ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 marca 5 (77) / 2007

Grzegorz Wysocki,

O TYM, W JAKI SPOSÓB PLASTIKOWYM WIDELCZYKIEM I JEDNORAZOWĄ CHUSTECZKĄ RATOWAĆ SPADAJĄCY SAMOLOT I ROBIĆ SOBIE DOBRZE PRZY REQUIEM MOZARTA

A A A
Bardzo lubię takie tematy w prozie polskiej: namiętny romans Polki z tajemniczym Irakijczykiem. Nie dość, że jest romans, a więc będzie intryga, seks i zdrada, to jeszcze temat aktualny i zaangażowany. Zapowiada się wyjątkowo ciekawie, a nie będę ukrywał, z każdą kolejną stroną będzie tylko lepiej i lepiej.

W jednym z poprzednich wydań „artPAPIERu” pisałem o „Grzechu” Josephine Hart. Pisząc dzisiaj o „Grzecherezadzie” Kariny Obary, kontynuuję niejako dwa cykle autorskie: pierwszy, to oczywiście cykl tekstów o literaturze, która za cel stawia sobie zmierzenie się z fenomenem grzechu; drugi cykl kontynuowany jest nie wiedzieć, w którym już z serii moich tekstów, w których niżej podpisany autor uprawia masochistyczną, krytycznoliteracką masakrę piłą mechaniczną, dzięki czemu – mam przynajmniej taką nadzieję – czytelnik nie będzie sięgał po książki, które nie powinny nigdy ujrzeć dziennego światła. Chyba że czytelnik dysponuje w swoim mieszkaniu piecami kaflowymi i od jakiegoś czasu nie potrafi się uporać z niedostatkami opału. Do rzeczy więc. Na początek kilka słów na temat – fantastycznej, a jakże! – fabuły.

On nazywa się Basar, wykłada w Polsce religioznawstwo i kryje w sobie więcej tajemnic niż dwa kilometry teczek skrzętnie skrywanych w archiwach IPN. Ona nazywa się Iwona i jako studentka filozofii uczęszcza na prowadzone przez niego zajęcia. Nie od pierwszych chwil mamy do czynienia z wątkiem romansowym (pomijam w tym miejscu pierwsze strony powieści, na których śledzimy przesłuchanie Iwony – po tych fragmentach cofamy się w czasie do chronologicznego początku opowiadanej tutaj historii) – pierwsze spotkanie egzotycznego profesora z przemądrzałą, namiętnie posługującą się ciętą ripostą i specyficznym rodzajem poczucia humoru (przeszczepionego zapewne od samej Obary) studentką nie wypada najlepiej. Dalej, jak to w romansach, wydarzenia toczą się w przyspieszonym tempie. W tle całej historii oglądamy współczesną Polskę, ale i Irak pod rządami Saddama Husseina, akcja co rusz przenosi czytelnika w inne miejsca, więc na brak wrażeń narzekać nie sposób. Zamiast ze sobą rozmawiać – bohaterowie nieustannie się kłócą, co ostatecznie odczytać należałoby jako miłosny flirt dwojga zakochanych skoro ich przekomarzania doprowadzają do narodzin wielkiego uczucia. Ona spotykając się z nim odchyla się na krześle, wypinając przy tym piersi, by on miał pełen wgląd w jej dekolt, a przy okazji broni praw irakijskich kobiet. On ma w swoim mieszkaniu bramę na zacinającego się pilota i nie je mięsa, bo mięsożerność powoduje wojny.

To, że książka Obary jest po brzegi wypełniona wartką fabułą, setką ekstremalnych przygód i niespotykanych na co dzień zdarzeń, jest faktem niezwykle pocieszającym, ale, proszę wierzyć mi na słowo, w ostatecznym rozrachunku niewielkie to pocieszenie. Niestety – prócz tego, że jest w niej jakiś pomysł i co najmniej nieudolna próba jego realizacji, niewiele dobrego o „Grzecherezadzie” da się powiedzieć. Książka napisana została szkaradnym, pseudoliterackim stylem, który od biedy nazwać moglibyśmy kampowym, a to tylko w przypadku, gdyby autorka swej radosnej twórczości miała tego świadomość, w co szczerze śmiem wątpić. Narracyjne szaleństwa dla jeszcze większego urozmaicenia przesycone zostały opisami taniej, pretensjonalno-romantyczno-ekstrawaganckiej erotyki i seksu, którego ja w żadnym wypadku nie chciałbym uprawiać, a przynajmniej nie w takim stylu (literackim). By nie pozostawać gołosłownym oraz by uatrakcyjnić lekturę niniejszego tekstu czytelnikowi zapraszam do próbki dzieła: „Po chwili stał się gwałtowny. Niemal ją szarpał. Przewrócił na podłogę z takim impetem, aż zgasła część świec. Zdarł z niej ubranie. Pospiesznie. Nie całe, plątał się z biustonoszem, nie radził sobie z majtkami [ach, ci niezdarni mężczyźni – przyp. G.W.]. Pomagała mu [ach, te kochane kobiety, co my byśmy bez nich zrobiły! – przyp. G.W.]. Pocałował ją trzy razy z impetem w usta, wycisnął na nich trzy soczyste pocałunki, bez rozwierania ich, bez zagłębiania języka. Dotarł znów do piersi. Miętosił je jak glinę, cmokał głośno, szeptał po arabsku (...). Dwa dzikie koty na spalonej słońcem sawannie. Nie myślała jednak, że tak nagle w nią wejdzie. Chciała być tej nocy zdobywana jak pożądany szczyt Mont Blanc. Chciała być powietrzem wypełniającym płuca zaprawionego w alpejskich wędrówkach sportowca, kamieniami pod jego stopami, kiedy będzie stąpał, wdrapując się na wzniesienie, soczystą trawą, na której na chwilę spocznie, i wiatrem, który go ochłodzi. (...) Kilkanaście ruchów, jakże potrzebnych samotnej od miesięcy pochwie. Na chwilę przestał istnieć świat...”.

Bez dwóch zdań – rewelacja. Do tego niektóre z rozwiązań fabularnych, które, jak mniemam, przejdą do historii polskiej literatury: scena masturbacji Basara przy jednoczesnym słuchaniu „Requiem” Mozarta („Wytrysnął przy Recordare, Jesu pie. Udało się i jak szybko. Sprawdził – niecałe trzy minuty”), przedwcześnie zakończony stosunek z Iwoną, po którym Basar pada wyczerpany i ze swoim „pokracznym akcentem” (akcent w jednosylabowym wyrazie!) mówi: „Juś”, czy Basar jako MacGyver ratujący rozbijający się samolot pasażerski za pomocą plastikowego widelczyka i namoczonych jednorazowych chusteczek (autentyczne!), co pokazywać ma, zdaniem autorki, że nie wszyscy obywatele krajów arabskich są terrorystami, a świat wcale nie jest tak prosty, jak mogłoby się wydawać. Nie – zdaje się nam mówić Obara – świat skomplikowany jest co najmniej tak bardzo, jak fabuła „Grzecherezady” lub gra wstępna Basara.

I jeszcze te okropne dialogi. I postaci: jest oczywiście przyjaciel – gej-informatyk, przeuroczy i przecudowny, nieprzeciętnie inteligentny. Pracodawca Iwony to z kolei niereformowalny kobieciarz i znawca najwytrawniejszych win, a knajpa, którą prowadzi, działa na klientów tak magicznie, że kto raz tutaj trafi, już nigdy nie wybierze innego lokalu. Jest i ojciec, który wiele lat temu molestował seksualnie swoją córeczkę. Jest chłopak, który zajmuje się dilerką, za co odsiedział swoje w więzieniu, ale na swoje usprawiedliwienie posiada tyle, że głównej bohaterce potrafi („aplikując jej swoją męskość”) zaoferować cudowne i jedyne w jej życiu orgazmy, co w końcu również jest nie bez znaczenia i warto to we współczesnej, wyemancypowanej prozie podkreślać, czemu upust w swej powieści daje Obara niejednokrotnie. Bym zapomniał! Jest i pewien znany z telewizorów batonik jako bohater jednego z akapitów („Dwudziestego listopada [Basar – przyp. G.W.] zjadł batonik bounty. Zawsze nosił przy sobie bounty. Zawsze, od kiedy przestał jeść mięso. Dlatego ostatnio przytył. Trzy bounty dziennie to stanowczo za dużo – włączył komputer i zaczął pisać, rozgryzając kokosowe wiórki oblane mleczną czekoladą”).

Kupa śmiechu, tyle że tu płakać raczej trzeba i ręce załamywać. Nic tylko zostać seksistą po tak intrygującej dawce literatury kobiecej. Być jak Basar – oto marzenie każdego mężczyzny, którego spotka nieszczęście uraczenia się tą jakże frapującą lekturą.
Karina Obara: „Grzecherezada”. Wydawnictwo Dolnośląskie. Wrocław 2006 [Seria do torebki. Proza polska].