ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 marca 5 (77) / 2007

,

TOMASZ GWIŃCIŃSKI

A A A
„Klub Samotnych Serc Pułkownika Tesko”. Mit Edition 2007.
Po raz pierwszy Gwińcińskiego zobaczyłem i usłyszałem pod koniec lat 80. w telewizyjnym programie dla młodzieży „Luz”, w którym debiutował m. in. zespół Big Day w aurze lekkiej hipiserki i IRA wzorująca się na (sic!) Bon Jovi (faceci z fryzurami a’la Dolly Parton, czyli pudel rock). Zaskoczył mnie tym, co i jak zagrał. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie słyszałem, co skłoniło mnie do bliższego zapoznania się z „dziwną” muzyką, nie tylko w wykonaniu Gwińcińskiego. Kilka lat po tym okazało się, że stoi on, obok Trzaski, Mazzolla seniora i Tymańskiego, na czele muzyczno-kulturowej rewolty pod nazwą yass, mającej na celu kompleksowe przewietrzenie i odnowienie polskiego jazzu. Wprowadzenia do niego energii punk rocka, bezkompromisowego podejścia charakterystycznego dla free jazzu i w połączeniu z nim improwizacji. Przywrócenie do łask nazwisk mistrzów i odszczepieńców: Coltrane`a, Aylera, Colemana, Dolphy`ego. Starsi jazzmani są oburzeni, a wtóruje im miesięcznik „Jazz Forum”, natomiast yassowcy pokazują starszym kolegom wyciągnięty środkowy palec i nagrywają płyty ze światowej sławy czarnoskórymi jazzmanami z Ameryki (Miłość & Lester Bowie „Talkin’ About Life And Death”), umieszczając na nich swoje wersje tak niejazzowych klasyków, jak The Velvet Underground.

„Klub Samotnych Serc Pułkownika Tesko” to oczywisty ukłon może nie tyle w stronę The Beatles, co w stronę lat 60. ubiegłego wieku, których muzyczny ferment, różnorodność, sposób brzmienia, nagrywania, aranżacji i technik gry do tej pory oddziałują na wykonawców końca pierwszej dekady XXI w. To właśnie tam jest owe niewyczerpane źródło, z którego można brać, przetwarzać, konfigurować, układać, interpretować, podważać, akceptować, modelować i asymilować. Gwińciński prostuje skomplikowane formy muzyczne, z którymi, na co dzień ma do czynienia w Łoskocie, Nonlinear Ensemble czy Maestro Trytonach i robi z nich piosenki. Piosenki psychodeliczne, big-beatowe, melodyjne z surrealistycznymi, czasami aż nazbyt tekstami: „tu rzeka zakręca niechcianym wyznaniem/ i szeptem dotyka podziemnej maczugi” („Noologia”).

Album jest płytą autorską z wyjątkiem utworu „Mieduwalszczycy”, w którym wykorzystany został tekst Stanisława Ignacego Witkiewicza. Duch „wariata z Krupówek” daje o sobie znać również w książeczce dołączonej do płyty. Gwińciński, dzięki odpowiednio ustawionemu systemowi luster, „klonuje” się kilka razy, jak zrobił to na początku ubiegłego stulecia Witkacy, podkreślając tym samym ogrom pracy, jaką włożył w tę płytę. „Czarną owcą” tego krążka jest „Hodowca czarnych róż”, jakby żywcem wyciągnięty z repertuaru Kilijańskiego. Na szczęście nad resztą czuwa Frank Zappa, który wywnioskował, że w sztuce najważniejsza jest rama, bo bez niej nie wiadomo, gdzie kończy się sztuka i zaczyna rzeczywisty świat. Ilu zwolenników swojej „ramy” zyska Gwińciński? Miejmy nadzieję, że zdecydowanie więcej, niż tylko kilka samotnych serc błąkających się w bezdusznych przestrzeniach hipermarketów.