Wydanie bieżące

15 września 18 (306) / 2016

Joanna Soćko,

POEZJA (META)FIZYCZNA POTRZEBNA OD ZARAZ (H.M. ENZENSBERGER: 'ELIKSIRY NAUKI')

A A A
„Głównym powodem, dla którego słusznie nie ufa się politycznym sądom naukowców – pisała Hannah Arendt w „Kondycji ludzkiej” – (…) jest fakt, że poruszają się w świecie, w którym mowa utraciła moc” (Arendt 2010: 22). To konstatacja o doniosłym znaczeniu, trafnie zauważa bowiem filozofka, że wszystko, czego doświadczamy, co robimy i co wiemy, może mieć sens tylko wtedy, gdy potrafimy o tym mówić. Owszem – istnieją prawdy poza językiem i dla pojedynczego człowieka mogą mieć one wielką wagę, ale – jak pisze Arendt – „ludzie w liczbie mnogiej (…) doświadczają sensowności tylko dlatego, że mogą ze sobą rozmawiać i nadawać sens sobie wzajemnie oraz sobie samym” (tamże). Diagnoza żydowskiej myślicielki jest ważnym punktem wyjścia dla refleksji o „Eliksirach nauki” Hansa Magnusa Enzensbergera, jako że pomaga uchwycić stawkę jego literackiego projektu. Z okładki polskojęzycznej wersji dzieła niemieckiego pisarza wyziera wszak pytanie, które koresponduje z tezą filozofki, oddając zarazem przewodni motyw pisarskiego eksperymentu Enzensbergera: „[s]toimy wobec zagadki: dlaczego matematyka pozostała w naszej cywilizacji czymś w rodzaju białej plamy, eksterytorialnego obszaru, gdzie okopali się tylko nieliczni wtajemniczeni?” (cytat wybrany na obwolutę pochodzi z eseju „Most zwodzony nieczynny albo matematyka w zaświatach kultury”, s. 12).

„Eliksiry nauki” to nie pierwsza książka, w której jeden z najbardziej znanych współczesnych pisarzy obszaru niemieckojęzycznego podejmuje ten pozornie nieliteracki temat. Po polsku ukazał się również napisany w 2002 roku „Diabeł liczbowy” – opowieść dla dzieci, w której Enzensberger przekonuje, że matematyka nie musi być koszmarem; wystarczy, iż w tym śnie pojawi się sprytny demon, który nie tylko doda cyfrom nieco magii, ale przede wszystkim rzuci na nie odpowiednie światło. Książka, którą w przekładzie Sławomira Leśniaka wydało w tym roku wydawnictwo słowo/ obraz terytoria, może się wydawać analogiczną opowieścią, z tym że przeznaczona jest ona dla dorosłych, a dokładniej: dla tych dorosłych, którym z matematyką nigdy nie było po drodze. Przy czym pisarz wychodzi z założenia, że takie grono odbiorców stanowi grupę nader liczną, w pierwszym eseju utyskuje bowiem na matematyczny analfabetyzm ogółu społeczeństwa. „Niech pan przestanie! Tylko nie matematyka!”, „Koszmar! Dla całkowicie pozbawionego talentu, jak ja” – przywołuje Enzensberger popularne komentarze. „Inteligentni, wykształceni ludzie wypowiadają je rutynowo, z osobliwą mieszanką przekory i dumy” (s. 11). Tymczasem podobnie jak inklinacje muzyczne (kto z nas nie lubi słuchać piosenek?) czy też zdolności do analizy obrazów (kto z nas nie czerpie przyjemności z oglądani filmów?), tak również predyspozycje do liczenia są wrodzone, naturalne. I nie powinniśmy okazywać pobłażliwości, a tym bardziej ogólnej aprobaty, wobec matematycznej ignorancji.

A zatem – tak – można by powiedzieć, że literacki eksperyment niemieckiego pisarza ma na celu uczynienie matematyki bliższą: bardziej popularną. Ta wyjątkowa, niezwykle erudycyjna książka składa się z wierszy, poematów i esejów, a sporą jej część stanowią wierszowane prezentacje uczonych o szczególnych zdolnościach w zakresie nauk ścisłych. Znajdziemy tu sylwetki takich myślicieli jak Leibniz, de Condorcet, de Vaucanson, Messier, Darwin czy Humboldt, są oni jednak przedstawieni nie okiem biografa, w którego również wcielał się Enzensberger, lecz okiem poety, a więc intrygująco, zaskakująco, jak gdyby na nowo. Pisarz najwyraźniej bowiem stawia sobie zadanie przekonania nas (w domyśle: nas – humanistów, nas – matematycznych analfabetów), że „nie taki diabeł straszny, jak go malują”, a matematycy nie tacy „nieludzcy”, jak mogłoby się wydawać. Nasuwa się przy tym wątpliwość, czy podkreślając domniemaną obcość owych wtajemniczonych w matematyczne niuanse ekspertów, Enzensberger nie poszerza hipotetycznej przepaści pomiędzy matematykami a „resztą” – przepaści, którą następnie w chwale próbuje przekroczyć. Po pierwsze, wydaje się, że pisarz nie dostrzega ogromnej rzeszy ekonomistów, którzy ani nie należą do grona geniuszy nauk ścisłych, ani nie są matematycznymi analfabetami; po drugie, czy naprawdę trzeba kogokolwiek przekonywać, że „[m]atematycy, abstrahując od ich działalności, przypuszczalnie niewiele się różnią od innych ludzi”? (s. 13). Czasami odnieść można wrażenie, że miłośnicy „królowej nauk” przedstawieni są w tej książce jak plemię dzikich Indian, które przez wieki rozwijało nieznaną nikomu kulturę w niedostępnych dotąd rejonach Alaski. Czy nie jest jednak przesadą utożsamianie astronomów z kosmitami? Tego typu uproszczenia i naiwne dywagacje psują nieco lekturę „Eliksirów…”. Wydaje mi się, że Enzensberger dostrzega ważki problem i podejmuje go w twórczy sposób, lecz, w przeciwieństwie chociażby do Arendt, brakuje mu trafnego rozpoznania jego istoty. Clou problemu nie tkwi chyba bowiem w niechęci do matematyki i matematyków. Gdzie zatem? Spróbujmy przejść do sedna…

Najistotniejszym pytaniem, jakie powinniśmy postawić w kontekście książki Enzensbergera, jest: „dlaczego właściwie miałoby nas to obchodzić?”. Czemu miałabym się przejmować matematycznym analfabetyzmem? Co mnie interesuje teoria liczb pierwszych lub „przesunięcie Bernoulliego”? Odpowiedź jest tyleż oczywista, co zmuszająca do refleksji. „Jeszcze nigdy bowiem żadna cywilizacja nie była – tak jak nasza – przeniknięta aż po życie codzienne metodami matematycznymi i tak bardzo od nich zależna” (s. 18) – zauważa Enzensberger. A przecież nie chodzi tylko o to, że zepsute komputery paraliżują pracę urzędów; że coraz to nowsze wynalazki elektroniczne prześcigają się w transformowaniu zwykłych, powszednich czynności. Matematyczne obliczenia – jakkolwiek nie wydawałyby się abstrakcyjne – prowadzą przecież do realnego zagrożenia. Przed śmiertelnym niebezpieczeństwem nauki ostrzegała Arendt, pisząc o naukowcach, którzy nie odmówili badań nad bronią jądrową i którzy, być może, są na tyle naiwni, by łudzić się, że ktoś skonsultuje z nimi jej użycie (Arendt 2010: 22). Niemiecki autor nie porusza bezpośrednio tego problemu, a przecież to właśnie odkryta przez naukowców energetyczna potencja atomów sprawia, że nad naszą planetą ciąży groźba ostatecznej zagłady, która steruje globalną polityką. Trudno w tym kontekście podzielać optymizm Enzensbergera zasadzający się na hipotetycznej wyższości biologii nad technologią („[n]ajszybsza maszyna (…) nie potrafi nadążyć za jego małym mózgiem” – pisze autor w wierszu „Zając w centrum komputerowym”, s. 75) – wszak te laboratoria nawiedzane niespodziewanie przez kicające zwierzę mogą ostatecznie przyczynić się do likwidacji biologicznego życia (pytanie, czy pozostanie nam wówczas jakiekolwiek inne życie?).

Powróćmy jednak do kluczowego problemu: jeżeli rację ma Arendt, twierdząc, że nauka jest światem, w którym „mowa utraciła moc”, i jeśli nie myli się Enzensberger, pisząc, że „matematyka pozostała w naszej cywilizacji czymś w rodzaju białej plamy” (co również wskazuje na jej opór wobec porządku symbolicznego), to wobec powyższych ustaleń dotyczących wszechobecności matematyki w życiu współczesnych społeczeństw musimy uznać, że oto steruje nami coś, czemu nie potrafimy nadać sensu w językowej wypowiedzi. Rację ma autor „Eliksirów nauki”, gdy zauważa, że w dziedzinie matematyki kulturowy time lag jest obecnie największy w historii: „Świadomość ogółu z trudem podąża za nauką i jest spóźniona o całe wieki” (s. 18). Oznacza to, że oddajemy się „na pastwę” czegoś, czego istoty nie rozumiemy, a naszym życiem rządzi coś, o czym nie potrafimy mówić: „większość ludzi, gdy tylko ujrzy wzór, wpada w panikę” (s. 14) – zauważa pisarz. Cóż zatem? Czy nie powinniśmy (my – humaniści!) stać na straży ducha, z którego rugują nas matematyczne kalkulacje? Niewątpliwie największą zaletą książki Enzensbergera jest to, że na tak postawione pytanie odpowiada on negatywnie; pisarz przekracza bowiem przepaść pomiędzy fizyką i metafizyką, wyznaczając literaturze nową rolę. Jaką? Sztuka musi starać się nadawać sens tym obszarom społecznego życia, które znajdują się poza mową. Umieszczenie tajemnic nauki na orbitach języka – oto zadanie dla poetów!

Nie chodzi tu o eksplikatywną translację. W tym przypadku niemiecki pisarz trafia w dziesiątkę: matematyczne kody, podobnie jak poezja, są nieprzetłumaczalne. Uproszczone do formy jasnego, językowego komunikatu zatracają swoją naturę. Nakreślenie paraleli pomiędzy językiem literackim a matematycznymi prawidłami nie jest tu przypadkowe: najwyraźniej chodzi bowiem Enzensbergerowi o wzajemną infiltrację sztuki i nauki – infiltrację, w wyniku której sekrety matematyki nabiorą znaczenia, a poezja zyska nowe środki wyrazu. Pod tym względem wypada uznać „Eliksiry nauki” za eksperyment udany, bo czy nie zatrzymamy się w zadumie nad nieoczywistym pięknem frazy: „[z]ębate koła, wprowadzone w ruch w mózgu ośmiolatka na widok srebrnej tancerki”? (s. 37). I czy istotnie nie spojrzymy nieco inaczej na świat nauki, gdy przeczytamy, że „[w]ykuta własną ręką niebiańska maszyna” Giovanniego da Dondi przypomina „zegar ze słów, / zbudowany przez Francesca Petrarkę”? (s. 50). Czy obaj XIV-wieczni Włosi nie starali się oddać „stanu nieba”, pod którym „wciąż jeszcze żyjemy” (tamże)?

LITERATURA:

Arendt H.: „Kondycja ludzka”. Przeł. A. Łagodzka. Warszawa 2010.
H.M. Enzensberger: „Eliksiry nauki. Spojrzenia wierszem i prozą”. Przeł. Sławomir Leśniak. słowo/ obraz terytoria. Gdańsk 2016.