ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 marca 6 (78) / 2007

Ryszard Chłopek,

KRAINY BEZ ODDECHU

A A A
Orfeusz podąża za Eurydyką. Odyseusz pyta Tejrezjasza. Syzyf więzi Hadesa, a później nie pozwala się pochować. Grecy robili to z największym wdziękiem, ale w końcu każda mitologia poszukiwała sposobów na oszukanie śmierci – tej „niewielkiej” przyczyny naszego przerażenia. Nie przypadkiem wielkie religie oferują nam jako ostateczną rekompensatę życia – nieśmiertelność. Wśród gładkich hurys, przy śpiewach świętych, w nowej inkarnacji – zawsze chodzi o to samo, o oswojenie strachu.

A do tego Dante w XIII wieku zdefiniował poezję jako podróż przez krainy umarłych. I za nim poszły całe pokolenia, że wymienię jedynie Kochanowskiego, Słowackiego, Mickiewicza, czy Rimbauda. Idzie teraz i Marcin Siwek „dokąd poszli tamci, do ciemnego kresu”. Niesie „Nekyję” – ofiarę składaną zmarłym po to, aby wybawić dusze z Hadesu, aby przywrócić życie.

Choć to od samego początku jest niemożliwe, bo – „gołąbek duszy z ust / wyleci // w niebo uderzy / aż plusną // czerwone pióra”. Tę bezradność wobec Ostatecznej widać już na poziomie języka – ascetycznego, oszczędnego, z poszarpaną frazą, połamaną wersyfikacją. Języka bez oddechu, bez tętna, za to z ogromnym ładunkiem ciszy. Tę bezradność widać w każdym wierszu. Choć bohater pragnął czegoś innego, śmierć zamierzał oswoić, spętać, oszukać, zamienić w sen: „(...) chciałem popatrzeć // w inny sposób // tak / jak podgląda się // śniącego // w napięciu // tuż / przed przebudzeniem // które / wiem wcale // nie nastąpi”.

W tej krainie umarłych, o której opowiada Marcin Siwek, najbardziej przerażająca jest śmierć dziecięca: „piernik / twojego serduszka // zjada śmierć // dziecinna // piernikiem / umazana buzia // ciemnieje od głowy // psuje się / mała śmierć”. To taki kontrast budzący niezgodę i bunt – początek życia i jednocześnie koniec. Ale poeta nie wchodzi w uczucia. Przynajmniej pozornie, bo pod tym cienkim lodem rwie się nurt emocji. Wyczuwalny, gdy na przykład w wierszu „Lament” bohater mówi: „nie posłuchałeś mamy z rąk / wypuściłeś // stateczek // odpływał / daleko daleko // aż zgasły / żagielki w oczach // stateczek w ciemności żeglował // chcesz wiedzieć / gdzie teraz jest // we własnej / kałuży osiadł // przecięty wodą zepsuty // do siebie / niepodobny”.

Przed eschatologicznymi uczuciami i myślami należy uciekać. A przed śmiercią można zbiec jedynie w kulturę. Jakże kojące są jej opowieści o śmierci. Pozwalają toczyć swobodne rozważania, mądre oraz osadzone w tradycji, i zapomnieć przy ich śpiewie, że się właśnie umiera. Dlatego pojawia się Narcyz i jego śmierć z wyboru. Albo raczej z niemożności połączenia się z innym, bo „milcząc // przemienia // echo w kamień”. Siwek odziera imię mitycznego bohatera z jego pejoratywnego zabarwienia, spod którego nagle, jak spod łuszczącej się farby, wyziera ludzki dramat – zwykły i okropny.

Dlatego pojawia się Chrystus i jego śmierć z wyboru. Albo raczej z chęci połączenia się ze wszystkimi i wszystkim. Znowu poeta odsuwa w cień oczywisty religijny kontekst, tak aby mógł się pokazać człowieczy los – bolesny i codzienny. Aby odsłonić cielesność, bo „ciało / zdjęte z deski odbija // zimne światło”.

Marcin Siwek napisał książkę konfrontacyjną, która wprowadza czytelnika w krainę śmierci bez złudzeń, że się stamtąd wyjdzie. Nie można odebrać Eurydyki, nie da się uwięzić Hadesa, ani bezkarnie słuchać wróżb mądrego Tejrezjasza. Śmierć spotyka nas nieuchronnie i codziennie. Nie da się jej oszukać. Paradoksalnie na tym polega drobne oszustwo poety – jego gra ze śmiercią oraz jej majestatem. Bo skoro wszyscy umrzemy, to czym właściwie mamy się martwić?
Marcin Siwek: „Nekyja”. Wydawnictwo Zielona Sowa. Kraków 2006 [Biblioteka Studium].