ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 marca 6 (78) / 2007

Sławomir Tomasz Markowski,

CRACKOWANIE JĘZYKA

A A A
Nie będzie wcale przesadą, jeśli powiem, że na najnowszy zbiorek poetycki Marcina Cecki zatytułowany „mów” nie sposób się nie na-mówić, wierszom tym nie sposób od-mówić – choćby pobieżnej lektury, a dzieje się tak właśnie dlatego, że warszawski poeta próbuje pobudzić twórczo naszą mowę, próbuje rozruszać nasz skostniały codzienny język, wyćwiczyć zwiotczałą metaforykę i wygimnastykować nieskoordynowane często słowa.

Ślady tej poetyckiej sprawności i językowego dynamizmu odnajdujemy już w otwierającym zbiorek wierszu „określ”: „(zostaw odejdź opuść wywal / chudy na golaska biegaj zbiednij usuń słowa / z gęby wytrzyj głowę wypość / co mówisz co ja mówię ja mówię żeby prosto / żeby prosto słyszysz / (…) / określ się / wybierz gramatykę ubioru / przede wszystkim proste linie ostre kanty)”. Czynność mówienia, stanowiąca istotną część składową naszej kultury, ma stanowić pasję świadectwa, bo pragnienie artykulacji jest silniejsze od trwania w nieświadomości. Niechętny jest Cecko jakiemuś buddyjskiemu zatrzymywaniu świata w medytacyjnym milczeniu: „gdyby to podejść naukowym sposobem patrzenia / można by mnie zobaczyć wtedy / w głębokiej bezrefleksyjnej pełni skupienia / tak mówią o tym najwybitniejsi naukowcy / którzy nie stracili kontaktu z ulicą: / kiedy nie ma żadnego znaku / to nie ma żadnego znaku i / nic się nie wydarza / świat jest twój” („czuru”). Rodzi się natomiast potrzeba nieustannego pozostawiania śladu swego istnienia w tym świecie, ekspansji kultury, ciągłego zawłaszczania tej kultury przez słowne stwarzanie: „ale wykroczyłem / wykrztusiłem / to co / rozpadło się w skrawki papieru / w wielotomowe podania / eposy i gesty / wykrzyczałem i to był właśnie / pierwszy odruch obronny / prowadzący do wielkiej wojny / ze spójną niewymowną prawdą” („czuru”).

Takim nadpobudliwym słownie, żwawym językowo poetą pozostaje Cecko konsekwentnie i w kolejnych swych wierszach i w ogóle w całym tym tomiku, od początku aż do końca. Ale skłamałbym wielce, jeśli chciałbym widzieć wartość tej książki tylko w jej słownej witalności, w „wiedzy w którą rurę puścić żar” („określ”), bo Cecko to również, jak się w tym tomiku okazuje: cracer…, a może nawet – przede wszystkim cracker języka. Wiersz „otwórz”, bowiem, jak mi się zdaje, znaczy coś więcej niż tylko prymitywne, dosłowne okradanie twórców komercyjnej aplikacji graficznej Adobe Photoshop, to metafora-dowód, jak wielką robotę odwala Cecko właśnie w tym języku – włamuje się do niego, usuwa poetyckie zabezpieczenia, niszczy kod literatury zamulonej, implementując swoje rozmaite patche, zwiększa jej sensotwórczą wydajność. W manifeście neolingwistów czytamy: „Wybieramy ekran, na którym słowa pojawiają się i gasną jakby ich nigdy nie było. Wybieramy zmianę, modyfikację i kolejne wersje systemu. Nic nie zostało powiedziane raz na zawsze”. I tak właśnie programowo Cecko modyfikuje tę poezję, przedrzeźniając słowa („powiem wam / powiem wam szczerze / powiewam // nie odchodzę / nie dochodzę // szczerzę”), wyrabia dodatkowe asocjacje i świeże frazeologizmy, to nic, że może czasem pompatyczne: „bytu porzeczka, siódme szczochy po nogach, jajca związane smyczką”, ale za to jakoś tak poetycko gibkie. I nie odmówimy też w tych przeróbkach i eksperymentach, zbawiennego dla zesztywniałej często poezji polskiej, humoru: „jeszcze drogie pomidory / a już krótki rękawek” („grzmi”), „wakat akt / a kto pyta / liczne japy ja” („wakat”). Mnie osobiście najbardziej podobają się w tym tomiku niektóre pełne adrenaliny erotyki – szaleństwo mowy ciała i duszy, jak na przykład wiersz „tele”: „odbierz telefon / weź / odbierz ode mnie telefon / odbierz moje ubrania / w całości i do końca // muszę powiedzieć ci coś do ust / muszę powiedzieć ci coś do ust / (…) / zapuściłem wąsy tak długie / że możesz się po nich wspiąć / do mnie na trzecie piętro / (…) / odbierz telefon / gotowe gotowe gotowe / przyjdź i zabierz się / za mnie”.

Prawdziwy dylemat natomiast pojawia się w momencie, gdy zapytamy: na ile w tych cracerskich zapędach literackich jest tak naprawdę prawdziwego artysty-wirtuoza, który traktuje swą działalność jako bezcenne hobby, a na ile wtajemniczonego w arcana językowych włamań, przechwalającego się i żądnego bisów („igrać i wisieć do oklasków”) showmana-mówcy? Gdzie jest granica mówienia i, no dobrze powiedzmy to szczerze, efekciarskiej gadaniny („marginesy zeszytów sycylijskich, gnie”)? Bo przecież również ton poetyckiej ekscytacji towarzyszący nielegalnemu procederowi omijana zabezpieczeń językowych może stać się w końcu zawiły i dla samego odbiorcy. I nieraz stał się takim właśnie i dla mnie, gdy zamiast rozmawiać z autorem „mów”, musiałem tylko niechętnie i bezświadomie słuchać, a podstawową funkcją mowy ma być przecież komunikacja, przekaz informacji, nie tylko sama artykulacja. Taką niejasną lukę, prymitywną zresztą, w kodzie tego tomiku widzę na przykład w wierszu „akcja”: „a oto partia dla chórków: / dziś nawet mistrzowi / pałka się nie wyprostuje / choć koleżanka się stara / niewiele cokolwiek skutkuje lub też w wierszu grzmi: polecam zdrętwiałe nogi parkom / wchodzę na sklepy / targi targowiska”. A więc idąc tropem Stokfiszewskiego: Mów! „określ się, otwórz, rozejrzyj, wejdź”, chciałoby się właśnie z perspektywy czytelnika dorzucić też: „powiedz, przekaż, bądź komunikatywny, treściwy, poczyń użytek nie z samej mowy, ale i z przekazu”.

Nie potrafię powiedzieć, który z warszawskich neolingwistów jest mi bliższy – Lipszyc, Kasprzak, Cecko? Wiem natomiast jedno, więc MÓWIĘ: włamywanie do języka nie musi oznaczać wcale nielegalnego procederu, może być owocne dla samej literatury. Proszę Państwa, oto za sprawą cracerskich zapędów „mów” wielu poetów zostało właśnie, jak mi się wydaje, okradzionych z niejednego dobrego pomysłu na nowoczesny wiersz …
Marcin Cecko: „mów”. Korporacja Ha!art. Kraków 2006.