Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (313) / 2017

Przemysław Pieniążek,

POCZTÓWKI Z WIELKIEJ BRYTANII (DARIUSZ ORSZULEWSKI: 'ZJEDNOCZONE SIŁY KRÓLESTWA UTOPII')

A A A
Wraz z wejściem Polski do Unii Europejskiej Wielką Brytanię zalał wartki strumień imigrantów marzących o odnalezieniu szczęścia oraz godziwych zarobków w anglojęzycznej utopii. Nie inaczej było w przypadku protagonisty powieści Dariusza Orszulewskiego, który (podobnie jak wielu jego rodaków) osiadł w ojczyźnie Szekspira, dorzucając tym samym własną cegiełkę do wspominkowo-prozatorskich historii pisanych przez reprezentantów drugiej najliczniejszej mniejszości zamieszkującej Zjednoczone Królestwo.

„Anglia od dziecka była moją mekką. Chciałem ją nie tyle zjeździć, zwiedzić, ile stać się tubylcem. Turysta zwykle podziwia, a potem latami pielęgnuje wspomnienia. Ja pragnąłem stać się elementem krajobrazu. To ja chciałem być dla innych atrakcją turystyczną. Zamieszkać w Liverpoolu czy w Yorku i znaleźć się po drugiej stronie. Nie chciałem egzotycznych funtów wymienionych w kantorze na wakacje, tylko codziennego pieniądza, którym mógłbym płacić tutejszemu rzeźnikowi, tutejszym gazeciarzom, w tutejszych kawiarniach, za tutejsze mleko i bilety na mecze” (s. 48) – oczekiwania bohatera książki, pragnącego radykalnie zmienić swoje dotychczasowe życie, zostają skonfrontowane z nieubłaganymi realiami brytyjskiej codzienności piętrzącej przed migrantem szereg wyzwań, problemów oraz losowych komplikacji.

Doskwierająca narratorowi „Zjednoczonych Sił Królestwa Utopii” bariera językowa, trudności ze znalezieniem sensownego zatrudnienia („Praca była tematem powracającym niczym australijski rogal. Ileż to można było o tym gadać. A mówili zwykle ci, którzy całymi dniami przesiadywali w domu i narzekali na jej brak. Pozostali podniecali się natomiast na myśl o kolejnych dziesięciu pensach więcej na godzinę w innej firmie” [s. 65]), czy obostrzenia w dostępie do świadczeń ze strony brytyjskiej służby zdrowia (świetnie wyposażone kliniki i szpitale kontra skomplikowana procedura skorzystania z tej opieki) to tylko niektóre ze zjawisk oraz sytuacji kładących się cieniem na wyidealizowanej wizji emigranckiego etosu. Przy czym ten ostatni jest silnie zakorzeniony w świadomości bohatera recenzowanego utworu.

Wprowadzając do opowieści szereg barwnych, chwilami mocno osobliwych postaci (vide doświadczony budowlaniec nie bez kozery zwany Mózgiem), Dariusz Orszulewski mnoży w toku snutej przez siebie narracji mniej lub bardziej zabawne scenki rodzajowe z życia rodzimych outsiderów mieszkających (między innymi) w przyciasnym akademiku, regularnie zaopatrujących się w Tesco, wcinających potencjalnie rakotwórcze jedzenie z mikrofalówki, utyskujących na jakość miejscowego pieczywa bądź ceny tytoniu. „Wielu z nas nie miało zatrudnienia, ale i oni jakoś żyli, jedli, płacili zaniżony czynsz. Rozmawialiśmy bez przerwy, ale nikt o nikim nic nie wiedział. Mimo że mieszkaliśmy w jednym wielkim domu, jedną wielką paką, nie tworzyliśmy komuny. Każdy z nas działał na własnych zasadach, rozliczał się sam, miał inne plany i własną półkę w lodówce. Łączyło nas zajmowane terytorium, chęć lepszego życia i prezydent landlord. Byliśmy jak Stany Zjednoczone wschodniego Londynu” (s. 85) – protagonista powieści Orszulewskiego niejednokrotnie podkreśla, że w Wielkiej Brytanii czuje się niczym przybysz z innej planety, któremu w dodatku doskwierają cykliczna huśtawka nastrojów, apatia, samotność i tęsknota za domem, szczególnie nasilająca się w okresie świątecznym.

„Nie miałem wrażenia, że cofnąłem się w rozwoju. Byłem przekonany, że upadłem. Moimi przełożonymi stali się ludzie bez wykształcenia, bez pieniędzy, afrykańscy imigranci kaleczący mowę Szekspira, za to z dłuższym stażem ode mnie. Dno i mrok” (s. 17) – podobnych konstatacji znajdziemy w książce o wiele więcej, co jednak wcale nie oznacza, że perypetie narratora chwytającego się na obczyźnie przeróżnych zajęć, takich jak monotonna, w dodatku uczulająca praca w fabryce przy grafitowaniu tulei, są przykładem lektury depresyjnej. Dariusz Orszulewski nie stroni bowiem od humorystycznych akcentów, ciętych autorefleksji, jak również niezłych dialogów skrzących się tu i ówdzie od kolokwialnych sformułowań czy specyficznych anglicyzmów.

W dodatku liczne krajoznawcze eskapady protagonisty „Zjednoczonych Sił Królestwa Utopii” – odwiedzającego Leeds, Manchester, Liverpool czy Middlesbrough – okazują się dobrym pretekstem do przemyśleń, obserwacji i spostrzeżeń, stanowiących skądinąd ciekawy komentarz socjologiczny na temat ambiwalentnych relacji łączących Polaków z rdzennymi Brytyjczykami oraz przedstawicielami innych narodów, również znających (nie)dole migranckiego żywota. Autor porusza przy tym między innymi temat dostępu do świadczeń socjalnych czy edukacji, równocześnie ubogacając swoją historię odwołaniami do wydarzeń nagłaśnianych przez światowe media (chociażby zamach w londyńskim metrze), ale także solidnie zarysowanym wątkiem uczuciowym.

„Polacy pchają się na Wyspy. Dla Anglików rajem jest natomiast Australia: wykształceni i opaleni mieszkańcy, długie i ciepłe dni. Tam dzień na dobre zaczyna się po pracy. Dlaczego więc ludzie z całego świata przylatują w miejsce, skąd większość Anglików chciałaby wyjechać? Raj na przeludnionej wyspie zamienił się w wielokulturowy chaos, który pragnie się na powrót zmienić w błogie życie na dużo większej wyspie” (s. 281) – wielu z czynionych tonem pół żartem, pół serio refleksji bohatera „Zjednoczonych Sił Królestwa Utopii” trudno odmówić celności, jak również waloru dokumentalnego, nabierającego dodatkowej wagi w kontekście dokonanego przez Wielką Brytanię wyjścia z Unii Europejskiej.

Reasumując: książka Dariusza Orszulewskiego powinna przypaść do gustu czytelnikom zainteresowanym literackimi impresjami na temat przeróżnych aspektów i konsekwencji zarobkowej emigracji, jak i odbiorcom szukającym niezobowiązujących fabuł poświęconych odkrywaniu przez bohatera jego własnej życiowej drogi.
Dariusz Orszulewski: „Zjednoczone Siły Królestwa Utopii”. Korporacja Ha!art. Kraków 2016.