Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (313) / 2017

Anita Jasińska,

NABRZMIAŁY BRZUCH TRUPA (JOANNA LECH: 'SZTUCZKI')

A A A
Joanna Lech w swoim debiucie prozatorskim „Sztuczki” nie daje czytelnikom chwili wytchnienia. Kusi lirycznymi opisami świata przyrody i pięknem krajobrazu, mami radosnym śmiechem dzieciaków oraz ich pierwszymi fascynacjami miłosnymi. Na pozór więc wszystko gra. Wszystko jest przecież dobrze. Podskórnie czuje się jednak nadchodzącą eksplozję, wybuch niepohamowanej siły, która zniszczy ów skrupulatnie zmontowany, kolorowy obrazek.

Wybuch, mimo przewidywań, nie nadchodzi. Po kartach opowieści rozlewa się jedynie słodko-gorzki zapach zgnilizny i postępującego rozkładu. Wykreowane postaci skazane są na ciągłe przeżywanie śmierci. Śmierć staje się tematem przewodnim, ale nie dotyczy jedynie ludzi. Cały świat – zdaje się mówić Lech – przesiąknięty jest atmosferą końca, dziwnej zagłady, która dotyka wszystko i wszystkich. Rzeczywistość „Sztuczek” to konstrukcja chybotliwa i niepewna. Doświadczenia narratorki książki zdają się być w nieustannym ruchu i drżeniu, ulegają małemu, niewyczuwalnemu prawie trzęsieniu ziemi, które nie pozwala mówić o stateczności opowiadanych historii i równowadze sił.

Opowieść Joanny Lech nosi znamiona jej wcześniejszej twórczości lirycznej. To książka nie tyle napisana, lecz skomponowana, jej język zbliża się do granicy wysublimowanego, niejednoznacznego języka poezji. Co więcej, granica ta w pierwszym dziele autorki pisanym prozą jest jednak cienka i wielokrotnie przekraczana.

W materiał książki należy się wgryźć lub tak, jak sugeruje okładka książki – zanurzyć się w nim, zachłysnąć jego brzydotą, cierpieniem i poczuciem klęski. W historii nie znajdziemy ani szczęśliwego zakończenia, ani prawdziwych zwycięzców – wszyscy sprawiedliwie skazani zostają na porażkę i solidarnie umierają. Każda z postaci zyskuje literacki potencjał w chwili śmierci. Tylko wtedy warto się nią zająć, opowiedzieć jej historię, wpleść ją w mikropowieść krótkiego rozdziału. Lech kreuje swoich bohaterów w sposób szczególnie subtelny i delikatny. Tworzy przestrzeń może nie sielską i nad wyraz przyjemną, ale nie niebezpieczną. Tajemniczą i podszytą niepokojem, ale nie straszną i obskurną.

Nastoletni bohaterowie przeżywają wzloty i upadki adekwatne do wieku, a ich wzajemne relacje nie są ni mniej, ni więcej inne od przeciętnych doświadczeń uczniów szkół ponadpodstawowych. Wszystko toczy się zwykłym, codziennym rytmem. Jedynie nagła informacja o czyjejś śmierci – szybka, krótka i zaskakująca – wybija z naturalnego toku lektury. Można odetchnąć z ulgą.

Wyróżnikiem opowieści debiutantki jest fragmentaryczność, migawkowość i przelotność. Książka zbudowana jest z dwudziestu małych rozdziałów, które układają się w swobodną mapę myśli – niektóre wątki powracają, na wybranych akcja zatrzymuje się nieco dłużej, inne są jedynie zasygnalizowane. Proces lektury przypomina odnajdowanie rozrzuconych puzzli i próbę ułożenia z nich pełnego obrazu. Obietnicy powodzenia jednak nie ma.

Odczytywanie kolejnych akapitów przypomina brodzenie w bagnie. Ta lepka, wilgotna i gorąca breja więzi czytelnika i nie daje możliwości zaczerpnięcia świeżego powietrza. Niegroźna opowieść o trudnym dojrzewaniu staje się w pewnym momencie nie do zniesienia. To o tyle zaskakujące, że literatura, która dotyka tematu związanego z dorastaniem, z założenia nie jest przyjemna. Można powiedzieć, że nie po to pisze się o wychodzeniu z okresu lat dziecięcych, by opowiedzieć o czymś, co wpisuje się w szeroko pojętą kategorię niewinności i lekkości. Ta literatura obarczona jest doświadczeniem wyobcowania, budowania niełatwych relacji interpersonalnych, trudnością z zaakceptowaniem siebie i swojego miejsca na świecie. Na to każdy czytelnik jest przygotowany, tego oczekuje i potrafi ocenić, jaką dawkę brudnej strony budowania dorosłej tożsamości otrzyma. „Sztuczki” Lech burzą te wyobrażania. Dostajemy więcej, niż mogliśmy oczekiwać.

Młodzieńczy świat tworzą ludzie i miejsca. Młoda bohaterka-narratorka, Andy, Arek, Ula, Berta, Łukasz i Michał to elementy składowe tematu głównego – dojrzewania. To, co się rodzi, musi dojrzeć, a potem, naturalną koleją rzeczy, przejrzeć i umrzeć. I właśnie tego procesu stajemy się naocznymi świadkami. Tkany od pierwszej strony krajobraz ulega powolnemu rozkładowi. Świat „Sztuczek” ma jednak dwa oblicza. Z jednej strony nastolatki stają się dorosłe, z drugiej pokolenie dziadków i babć umiera. W lirycznej formie zawarta zostaje banalna treść: czas mija nieuchronnie. Koło wychwytowe w zegarze mechanicznym wykonało kolejny ruch.

Śmierć staje się najważniejszą bohaterką książki. To wokół niej skupiają się wydarzenia i to ona urasta do roli demiurga. Obszary jej działań są więc nieograniczone. Swoim zasięgiem obejmuje przeszłość (śmierć ludzi zgromadzonych w stodole przed laty), teraźniejszość (śmierć rówieśników i dziadków), przyszłość (ciągłe zbliżanie się do tego, co nieuniknione i przeczucie końca).

Obecność niewygodnej historii, którą pamiętają najstarsi mieszkańcy wsi Niebo, zostaje pokazana kilkakrotnie. Raz, gdy dzieci odkrywają prawdziwą tożsamość samotnego człowieka, którego na początku biorą za niebezpiecznego Niemca, a który okazuje się Żydem. Nieufność bohaterów jest tak silna, że przeradza się w strach. Nie rozumieją, dlaczego mężczyzna jest wycofany, pozbawiony rodziny i przyjaciół. Widzą w nim jedynie dziwaka, który może ich skrzywdzić. „Kolczasty potwór”, według historii przekazywanych z ust do ust, jest duchem starego generała, który po wojnie „wymordował tu Żydów” oraz „jeździł czarną wołgą i porywał dzieci” (s. 67). Zupełnie nieinteresujące rozwiązanie zagadki kładzie kres barwnym opowieściom. Drugi raz zostaje wydobyty z przeszłości dzięki wspomnieniom dziadka, który gasząc płonący budynek, przypomina sobie pożar stodoły i zestawia te dwa wydarzenia na zasadzie porównania – „pod kościołem palono ludzi, jak to skwierczało, śmierdziało, panie. I cała stodoła poszła jak zapałka, to dopiero był pożar. Wszyscy w tym zginęli, musieli zginąć. A potem strzały. I ziemia zadrżała od bomb, cała wioska stanęła w ogniu. To był pożar, nie to co to” (s. 89). Żydzi musieli zginąć. Takie były czasy, zdaje się mówić mężczyzna. W Niebie nikt nie ponosi odpowiedzialności za wydarzenia sprzed lat, które stają się elementem pewnego rodzaju porządku – wojna rządzi się swoimi prawami, więc należy je zaakceptować.

Niezwykłe, w jaki sposób natura współgra z opowiadanymi wydarzeniami. Obrazy budowane przez autorkę są i plastyczne, i sugestywne, i pełnowymiarowe. To jednak jasne. Joanna Lech jest przede wszystkim poetką, jej umiejętność posługiwania się słowem i stwarzania lirycznej atmosfery jest bezsprzeczna. Tutaj chodzi o coś więcej. Przyroda jest współbohaterem, elementem koniecznym do zbudowania świata „Sztuczek”. Oprócz grozy dojrzewania ważnym elementem opowieści okaże się problem bezrobocia, alkoholizmu, przemocy domowej i bezdusznej pustki osiedli z wielkiej płyty. Na przemian przytłaczające są wysokie bloki i otwarte przestrzenie, bieda i stabilność finansowa, domowa wolność i surowa dyscyplina. Nic i nikt nie jest gwarantem bezpieczeństwa i spokoju.

„Sztuczki” są pozycją niepokojącą. Niepokojąca jest treść, niepokojący jest projekt graficzny. Nie dająca spokoju jest banalna prawda o zwykłej kolei rzeczy, której nie da się obłaskawić lub oszukać. Prawda w takim natężeniu wywołuje niemal fizyczny ból. To dzieło duszne, stęchłe i poddane procesom gnilnym. Tekst pęcznieje i nabrzmiewa, jak brzuch trupa. Zapach rozkładu wypełnia nozdrza i nie opuszcza, aż do ostatniej kropki.
Joanna Lech: "Sztuczki". Wydawnictwo Nisza. Warszawa 2016.