Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (327-328) / 2017

Michał Paweł Urbaniak,

DECYZJE, PRZESZŁOŚĆ I PRZYSZŁOŚĆ (ANN PATCHETT: 'DZIEDZICTWO')

A A A
Funkcjonowanie rodzin patchworkowych (zrekonstruowanych) wydaje się doskonałym materiałem na powieść obyczajową czy psychologiczną. Wejście w taki układ (często w cieniu dramatu, jakim jest strata poprzedniego małżonka czy rozwód) wymaga swoistego przewartościowania znanych schematów. Powoduje to stworzenie nowych związków między członkami (nowej) rodziny i często generuje niecodzienne sytuacje, silne emocje. Powstało wiele książek opisujących życie w rodzinie patchworkowej. Taki temat znajdziemy zarówno w literaturze wysokiej (przykładowo: „Żony i córki” Elizabeth Gaskell, „Saga rodu Forsyte’ów” Johna Galsworthy’ego, „Teraźniejszość i przeszłość” Ivy Compton-Burnett), literaturze środka („Cudze dzieci” Joanny Trollope, „Wielkie kłamstewka” Liane Moriarty), jak i literaturze popularnej („Zmiany” Danielle Steel, „Posklejana rodzina” Jane Green, „Macocha” Jadwigi Czajkowskiej), wreszcie także w tej przeznaczonej dla młodzieży („Jezioro osobliwości” Krystyny Siesickiej, „Tygrys i Róża” Małgorzaty Musierowicz). Coraz częściej pojawiają się też powieści przedstawiające niekonwencjonalne układy rodzinne. W „Żonach pana Glassa” Amy Nathan i „Żonach jednego męża” Anny Fryczkowskiej dzieci wychowują wspólnie dwie partnerki jednego mężczyzny. Z kolei w „Domu na krańcu świata” Michaela Cunninghama równorzędną opiekę nad dzieckiem sprawują rodzice biologiczni i ich przyjaciel gej. Jeszcze bardziej skomplikowane relacje panują wśród bohaterów „Kochanka” Jacka Melchiora. Członkowie rodziny rekonstruowanej to również bohaterowie powieści amerykańskiej pisarki Ann Patchett – „Dziedzictwo”.

Mamy tu do czynienia ze swoistą sagą rodzinną. Wszystko zaczyna się w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Albert Cousins chce odpocząć od ciężarnej żony Teresy, małej córeczki Jeanette, dwójki starszych dzieci – Cala i Holly. Wprasza się na przyjęcie do Francisa „Fixa” i Beverly Keatingów. Świętują oni chrzest swojej młodszej córki – Frances, zwanej Franny. Przyjęcie trwa w najlepsze – panuje gwar, rozgardiasz, tłoczą się goście. Bert, zafascynowany piękną Beverly, oferuje pomoc przy wyciskaniu soku z pomarańczy. Między tą dwójką pojawia się napięcie. Bert czuje, że nadchodzi przełom: „zdał sobie sprawę z czegoś, co wiedział od pierwszej chwili, w której ją zobaczył (…). To był początek jego życia”. Jeszcze tego samego dnia dojdzie do pocałunku, który rozbije rodziny Keatingów i Cousinsów. Oczywiście, nie stanie się to od razu. Jednak ten proces rozpocznie się właśnie w tę feralną niedzielę, w dniu – o ironio! – symbolicznego powitania nowego członka rodziny. Kilka lat później Beverly i Bert pobiorą się. Wszyscy – nowożeńcy, ich dotychczasowi małżonkowie, dzieci, kolejni partnerzy byłych małżonków – będą musieli się odnaleźć w nowych układach. Oryginalny tytuł powieści, Commonwealth, oznacza m.in. „wspólnotę” i to dobrze oddaje zaistniałą sytuację. Bohaterowie, również ci całkiem sobie obcy – zostają wtłoczeni w taki obszar życia, który muszą ze sobą dzielić. Tworzą coś nowego, unikalnego.

Trudno stwierdzić, czy ktokolwiek tu może być naprawdę szczęśliwy. Fix tęskni za córkami, które przenoszą się z matką i jej drugim mężem do innego stanu. Teresa zostaje przytłoczona samodzielną opieką nad czworgiem dzieci. Bert się wycofuje. Beverly nie zawsze radzi sobie jako macocha – wspólne wakacje spędzone z córkami i pasierbami to bardzo trudny czas. Dzieci krążące między Kalifornią i Wirginią przyjmują określone role. Relacje między przybranym rodzeństwem układają się poprawnie („Jeśli chodzi o dzieci Keatingów i dzieci Cousinsów, najbardziej niezwykłe było to, że wcale nie czuły do siebie nienawiści, a w dodatku nie miały w sobie ani krztyny plemiennej lojalności”), ale walka odbywa się na froncie rodzice/przybrani rodzice-dzieci. Dochodzi do wielu spięć, a w końcu – do tragedii, która odbije się na życiu rodziny.

Ann Patchett nie przedstawia tej historii linearnie i jest to ciekawe rozwiązanie. Czasem między kolejnymi rozdziałami mija kilkadziesiąt lat, to znów czas się „cofa”. Takie ujęcie zmusza czytelnika do samodzielnej rekonstrukcji dziejów tej rodziny. Jednak zdaje się, że nie jest ważne to, co stało się najpierw, a co potem. Amerykańskiej pisarce chodzi o pokazanie skutków, jakie wywołuje jedna decyzja, a właściwie – jeden pocałunek. Czy to, co zmieniło życie dwóch rodzin, to była realna potrzeba, czy raczej zachcianka? Tu początek historii miłosnej nie ma w sobie nic romantycznego i wzniosłego. Nieoczekiwana fascynacja Berta piękną Beverly opiera się na fizyczności. Liczy on na to, że „wyhaczy blondynkę”. Podchodzi do tego bezrefleksyjnie (żeby nie powiedzieć prymitywnie) i nader łatwo się usprawiedliwia: „Wiedział, że podrywanie mężatki to zły pomysł, zwłaszcza w jej domu, w którym jest także jej mąż, będący w dodatku gliniarzem, i trwa impreza z okazji narodzin ich drugiego dziecka. Cousins wiedział to wszystko, ale po kilku drinkach doszedł do wniosku, że działają tu jakieś większe siły”.

Następne pokolenie musi płacić za błędy rodziców. Nieodpowiedzialność Berta i Beverly (którzy zajmują się swoimi sprawami, a nie powierzonymi ich opiece dziećmi) pośrednio doprowadza do śmierci Cala. Holly najpierw jest zmuszona do przejęcia roli matki, a w dorosłym życiu szuka spełnienia w izolacji i medytacji. Caroline walczy z Beverly i Bertem, oskarża matkę o zrujnowanie rodziny („Gdyby Beverly nadal była żoną Fixa, Caroline byłaby wzorową obywatelką. Jej dobre zachowanie zależało wyłącznie od matki, a ta wszystko popsuła, postanawiając uciec z Bertem Cousinsem, więc nikt nie powinien mieć do Caroline pretensji o to, jak wygląda jej życie”). Trzyma ona stronę ojca i realizuje jego ambicje. Wrażliwa Franny boi się życia – ucieka w świat książkowy, a w końcu wikła się w podobny skomplikowany układ, w jakim znalazła się jej matka. Jeanette nie umie się odnaleźć między zabieganą Teresą, nieobecnym ojcem a rodzeństwem. Z kolei Albie – syn Berta i Teresy, który przyszedł na świat już wtedy, gdy rodzina Cousionsów zaczęła się rozpadać – właściwie czuje się dzieckiem niechcianym i niepotrzebnym. Opiekunowie nie mają dla niego czasu, rodzeństwo nie chce się nim zajmować. Osamotniony chłopak z trudem wchodzi w dorosłość i ostatecznie odseparowuje się od rodziny na długie lata.

Wymagającym osobnego omówienia motywem jest relacja młodszej córki Fixa z pisarzem Leo Posenem. Franny podzieli się z nim swoją historią rodzinną, a on przerobi dramat Keatingów i Cousinsów na powieść. „Dziedzictwo” okaże się bestsellerem, trafi też na duży ekran. W ten przewrotny sposób ta posklejana rodzina będzie mogła się spotkać raz jeszcze – i zmierzyć z tym, co zadecydowało o ich życiu. Podobnie jak w przypadku prawdziwej historii, to wtłoczenie w powieść dzieje się niejako wbrew woli większości zainteresowanych, wiąże się także z przymusową konfrontacją z trudną przeszłością.

Ann Patchett ucieka od oceny swoich bohaterów, aczkolwiek można wyczuć, że staje po stronie dzieci – cierpiących za winy, za które nie są odpowiedzialne. Tytułowe dziedzictwo to coś, co otrzymały niejako z konieczności, wbrew sobie. Można stwierdzić, że Holly, Caroline, Albie czy Franny próbowali uporządkować swoje życie, znaleźć szczęście – ale tak naprawdę niewiele od nich zależało. Inaczej mówiąc, niemal wszystko, co przytrafiło im się w dorosłym życiu, miało swój początek w jednym punkcie – w przyjęciu z okazji chrztu, w feralnym pocałunku, który w innych okolicznościach mógł się stać tylko błahym gestem bez konsekwencji. Być może gdyby nie tamten pocałunek, nie wydarzyłoby się wiele tragedii. Jednak autorka „Stanu zdumienia” ucieka od łatwych rozwiązań. Również dzięki tamtemu zdarzeniu Keatingowie i Cousinsowie mieli szansę na okazanie sobie wsparcia (Caroline i Franny opiekują się chorą Teresą) i zbudowanie czegoś pozytywnego (lepszych związków, obiecujących ścieżek kariery), nawet jeśli to wszystko działo się w cieniu traum. Zastanawiająca się nad kolejami losu Franny, orientuje się, że nie jest w stanie „nakreślić wszystkich tras, jakimi pobiegłaby przyszłość, gdyby nie cumy przeszłości”.

I właśnie o tym traktuje „Dziedzictwo”. Ann Patchett pokazuje, jak małe i wielkie decyzje, własne i cudze, budują i rujnują, kolosalnie wpływając na życie innych osób (niekoniecznie bliskich. Dość powiedzieć, że Leo Posen stworzył na kanwie historii Keatingów i Cousinsów swoje najlepsze dzieło). Przedstawienie wagi wyborów na przykładzie skomplikowanych losów rodziny patchworkowej – gdzie pewne niezbędne decyzje naturalną koleją rzeczy reorganizują dotychczasowe układy – okazało się świetnym pomysłem. „Dziedzictwo” to dobra powieść psychologiczna – bardzo dzisiejsza, bardzo przekonująca, bardzo prawdziwa.
Ann Patchett: „Dziedzictwo”. Przeł. Anna Gralak. Wydawnictwo Znak. Kraków 2017.