Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (361) / 2019

Karolina Kostyra,

NOSTALGICY I EPIGONI (12. AZJATYCKI FESTIWAL FILMOWY PIĘĆ SMAKÓW)

A A A
Dwunasta edycja Azjatyckiego Festiwalu Filmowego Pięć Smaków nieoficjalnie upłynęła pod znakiem powrotów do przeszłości. Filmy z Japonii, Chin czy Wietnamu przywoływały nie tylko historię przez duże H, ale również dzieje kina, teatru, komiksu. Współcześni reżyserzy kina azjatyckiego traktowali minione czasy mniej lub bardziej twórczo. Znakomita okazała się japońska makabra i sentymentalna, komunistyczna rewia. Nie przekonały kalki z Quentina Tarantino.

Pięć Smaków jest jednym z najważniejszych polskich wydarzeń w kategorii festiwali filmowych średniej wielkości. Przy czym określenie „średni” nie oznacza w tym wypadku bylejakości, lecz wskazuje na szczególną, wciąż dość kameralną atmosferę towarzyszącą seansom produkcji z Azji Wschodniej, Południowo-Wschodniej i Południowej. To impreza, która nie przytłacza widza szybkim tempem i przeładowanym programem, ale jednocześnie na tyle atrakcyjna, że przyciąga (przynajmniej na weekend) miłośników kina z całego kraju. O familiarnym charakterze wydarzenia najlepiej świadczy fakt, że programerzy Pięciu Smaków znani są doskonale publiczności, gdyż niemal każdy film poprzedzony jest ich autorską prelekcją, natomiast kinowe lobby staje się miejscem, gdzie można się natknąć na reżyserów filmów, które właśnie się obejrzało. Taki rodzaj gościnności nie dziwi w przypadku festiwalu średniej wielkości, a jednak, jeśli porównać Pięć Smaków chociażby do Sputnika nad Polską (festiwalu, który odbywa się w Warszawie w podobnym okresie, za klucz obiera kinematografię narodową, a na koncie ma tyle samo edycji), to trzeba przyznać, że święto kina azjatyckiego ma więcej serca niż równie bogaty programowo, ale bardziej wyalienowany od swej publiczności Festiwal Filmów Rosyjskich. Sprawnie zorganizowany i pozbawiony zadęcia festiwal Pięć Smaków jest imprezą, na której kinoman czuje się „w sam raz”. Otacza się go zarazem opieką i pozostawia dużą dozę wolności w komponowaniu repertuaru (w tym roku można było wybierać spośród blisko czterdziestu produkcji).

Oczywiście na ducha festiwalu składa się w równym stopniu atmosfera towarzysząca publiczności pomiędzy projekcjami, jak i sam program. Podczas dwunastej edycji wyraźnie rysowało się kino popularne – produkcje gatunkowe i wysokobudżetowe z Tajwanu, Japonii, Hongkongu czy Chin równoważyły autorskie realizacje w tempie slow cinema. W repertuarze znalazło się miejsce nie tylko dla obdarzonego pewną estymą kryminału i kina gangsterskiego, ale też gatunków specyficznych (kino sztuk walki, film dziecięcy), a nawet pogardzanych jak melodramat, horror i film erotyczny. Trzeba jednak zauważyć, że filmy prezentowane na Pięciu Smakach, niezależnie od tego, czy jest to kino artystyczne czy popularne, w znakomitej większości odznaczają się solidnym warsztatem. To często realizacje operujące wyrazistym stylem, podejmujące formalne eksperymenty lub przynajmniej dopracowane pod względem inscenizacji.

To nie przypadek, że na film otwarcia wybrano rozbuchany wizualnie chiński melodramat „Młodość” – dzieło niezwykłej urody opowiadające o konsekwencjach rewolucji kulturalnej w sposób tak wyrafinowany, że niemal oderwany od ziemi. W filmie Xiaogang Fenga lata siedemdziesiąte w Chinach jawią się jako upojny, wspominany z nostalgią okres, kiedy bohaterowie występujący w propagandowej grupie artystycznej przeżywali pierwsze miłości, zajadali się słodkimi pomarańczami z puszki i marzyli, słuchając rzewnych przebojów z kasetowego magnetofonu. Opowieść o nowych początkach (zarówno bohaterów, jak i kraju) wpisana jest w przestrzenie górskich krajobrazów i kolorowych sal tanecznych, które filmowane są finezyjnie poruszającą się kamerą. To świat czysty i niewinny. Część widzów opisała produkcję jako „piękną propagandę”, z czym można się zgodzić, dodając, że podobna wizja historii właściwa jest melodramatowi historycznemu jako takiemu. „Młodość” nie wydaje się mniej lub bardziej fałszywa od podobnych realizacji gatunkowych z Ameryki, Wielkiej Brytanii czy Włoch. Dzieło chińskiego reżysera jest odurzającą fantazją.

Konwencja melodramatu osadzonego w przeszłości przyświeca również wietnamskiej produkcji „Song Lang” rozgrywającej się w Sajgonie lat osiemdziesiątych. Film Leona Quanga Le, tak jak „Młodość”, przedstawia świat artystów scenicznych – jeden z bohaterów jest aktorem występującym w operze cải lương, drugi windykatorem długów skrycie marzącym o karierze muzyka. Opowieść o męskiej przyjaźni stanowi zarazem hołd dla dawnej opery wietnamskiej. Hołd, trzeba zaznaczyć, niezbyt przekonującym emocjonalnie, bo przepojonym ckliwym sentymentalizmem i pretensjonalnymi dialogami.

„Brzeg rzeki” Isao Yukisady to także powrót do minionej epoki, choć już w innej stylistyce. Japońska ekranizacja młodzieżowej mangi z lat dziewięćdziesiątych podejmuje popularny wśród twórców teen movie temat amoralnych nastolatków. Zarówno tytuł, jak i tonacja młodzieżowej czarnej komedii budzą skojarzenia z amerykańskim kinem opowiadającym o uczniach liceum, którzy dla rozrywki albo z głupoty mordują swoich kolegów. Oczywistym tropem jest „W zakolu rzeki” (tytuł mangi i filmu, temat utworów oraz cytaty wizualne odsyłają do dzieła Tima Huntera), ale podobne wątki i atmosferę znajdziemy między innymi w „Śmiertelnym zauroczeniu” albo najnowszej indie produkcji „Panny z dobrych domów”. Programerka festiwalu, Jagoda Murczyńska, zaznaczała jednak, że „Brzeg rzeki” ukazuje nastroje, które były udziałem konkretnej grupy nastolatków – młodych Japończyków dorastających u progu ekonomicznego spowolnienia kraju. Lata dziewięćdziesiąte powracają więc jako dekada niepokoju i moralnej obojętności, choć dla reżysera stworzenie period movie jest również okazją do zabawy kostiumami – bohaterowie noszą skejterskie spodnie i kraciaste wełniane kurtki, w czym upodabniają się do paczki dzieciaków ze wspomnianego „W zakolu rzeki”.

Kolejnej okazji do przywołania niedalekiej historii kina dostarczyła chińska animacja „Miłego dnia”. Komedia kryminalna w tempie, tonacji i estetyce przypominała produkcje z lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych autorstwa Guya Ritchiego i Tarantino. Historia walizki pełnej pieniędzy przerzucanej pomiędzy ekscentrycznymi bandziorami, ujęcia z wnętrza bagażnika i cała reszta „zadziornej” poetyki filmowych postmodernistów trącą dziś myszką. Film Liu Jiana nie wyrasta ponad jałową imitację stylu zachodnich autorów. Novum stanowi jedynie fakt, że akcja osadzona jest w małomiasteczkowych Chinach. Odrobinę bardziej twórczą i nieoczywistą trawestacją kryminału (tym razem w konwencji neo noir à la David Lynch) okazała się singapurska „Wyśniona kraina” – dzieło tyleż pomysłowe, co niespójne stylistycznie i zniechęcające artystowską manierą. Za pastisz w pełni spełniony można za to uznać japońską „Krew wilków” w reżyserii Kazuya Shiraishiego. Akcja tego brutalnego i pełnego wigoru kryminału osadzona jest w 1988 roku, ale, jak przekonują organizatorzy Pięciu Smaków, dzieło swym duchem nawiązuje do młodszych o dekadę gangsterskich produkcji yakuza film.

Najciekawsza próba wskrzeszenia kinowej przeszłości zamanifestowała się pod postacią… filmowego teatru papierowych kukiełek. Japońska „Krwawa wyprawa” jest pozycją dla miłośników horrorów retro w stylu lat osiemdziesiątych. Dzieło stworzone samodzielnie przez młodego filmowca Ujichę opiera się na przedziwnej formie animacji. Kartonowe postacie z mimiką niezmieniającą się w obrębie ujęcia nakładane są na kolejne tła tak, że widz obserwuje zjawisko, któremu bliżej do storyboardu, komiksu czy właśnie teatru papierowych kukiełek niż do konwencjonalnej animacji. Tego rodzaju konwencja nosi nazwę „gekimacji” i jest mikronurtem na tyle niszowym, że poza Ujichą ciężko wskazać innego filmowca tworzącego podobne dzieła. Zadziwiające, że w obrębie tej skromnej, surowej formy udaje się autorowi wskrzesić ogromnie bogatą, mroczną fantazję. To film stworzony z popkulturowych urywków, ale jego szczególne „nostalgiczne” ukierunkowanie ma migotliwy charakter. Ujicha podrzuca tropy, lecz nie jest dosłowny w cytowaniu przeszłości. „Krwawa wyprawa” podejmuje znajomy dla narracji coming of age temat letniej wędrówki dziecięcych przyjaciół, tyle że nie jest to realizacja w rodzaju „Stań przy mnie”, ale raczej opowieść sterowana zwyrodniałą wyobraźnią i absurdalnym humorem. Groteskowe połączenie makabry i słodyczy nasuwa skojarzenia z „Domem” Nobuhiko Ôbayashiego. Przekształcenia ciała ludzkiego z maszynami odsyłają do Davida Cronenberga. Kadry wyglądają jak ilustracje ze starych książek dziecięcych albo okładki drugoligowej literatury fantasy. Syntezatorowy podkład wyraźnie inspirowany jest muzyką 8-bitową. Pomimo że ten nietypowy horror wspiera się na sztywnych kartonowych rysunkach, to reżyser znajduje sposób, aby nasączyć „Krwawą wyprawę” substancjami innego rodzaju. Na ekranie przelewają się płyny: krew, ropa albo śluz powstały z mutacji kilkuletniego chłopca z metalowym robotem… Między innymi dzięki takim zabiegom oryginalne dzieło japońskiego reżysera pozostanie na długo w pamięci widzów festiwalu.

Pięć Smaków stawia na nieoczywiste tytuły, o czym świadczą chociażby filmy wybrane do sekcji „Klasyka”. Nie są to kanoniczne perły kinematografii, a raczej dzieła kultowe – zagubione perełki historii kina. Magiczno-realistyczne „Cudowne chwile” i familijne anime „Moja babcia jest czarownicą” łączy tajwańskie pochodzenie i fakt, że produkcje te nie doczekały się jeszcze cyfrowej rekonstrukcji. Filmy sprzed piętnastu i dwudziestu lat na ekranie wydawały się dużo starsze – chropowate, przykurzone, sprawiające dużą przyjemność odbiorczą. Innego rodzaju doznania przyniosła japońska erotyczna animacja „Belladonna smutku”. Śliczne fiołkowe kadry wypełnione kobiecą, kwiatową symboliką urzekały wrażliwością typową dla filmu erotycznego lat siedemdziesiątych.

Trzeba przyznać, że kino prezentowane na Pięciu Smakach ogląda się z zainteresowaniem również wtedy, gdy filmy nie są w pełni doskonałe. Wśród widowni dało się usłyszeć opinie, że to festiwal, który odróżnia się od innych tym, że nie żałuje się żadnego repertuarowego wyboru. To impreza, podczas której nawet po kilku dniach nie dokucza festiwalowe „zblazowanie”. Nawet gorsze produkcje sprawiają pewną frajdę. Jest tak być może po części dlatego, że kino azjatyckie wciąż jeszcze nie ma w Polsce szerokiej dystrybucji, a co za tym idzie, jawi się jako „towar egzotyczny” (przynajmniej w porównaniu z kinem amerykańskim i europejskim). Trudno jednak nie dostrzec, że program i atmosfera Pięciu Smaków robią swoje. Widz czuje się tutaj „w sam raz”.
12. Azjatycki Festiwal Filmowy Pięć Smaków, Warszawa 14.11-21.11.2018.