Wydanie bieżące

1 lutego 3 (363) / 2019

Piotr Nyga,

MIŁOŚĆ LARSA (DOM, KTÓRY ZBUDOWAŁ JACK)

A A A
Lars von Trier – poeta i James Joyce kina. Prorok i zbawiciel. Wygnany z canneńskiego raju, po siedmiu latach powraca, aby szerzyć dobrą nowinę, głosić prawdę, otwierać oczy ślepcom, uzdrawiać chorych od hermetycznego podejścia do sztuki filmowej, nauczać przez wywoływanie odruchu wymiotnego swoim obrazoburstwem, bo jak to mówią – przez żołądek do serca. 14 maja 2018 roku, Festiwal w Cannes. Ogień krzepnie, blask ciemnieje. Publiczność rozstępuje się niczym Morze Czerwone, bo oto wchodzi on, cały na biało, krocząc po czerwonym dywanie jak Chrystus po wodzie, wnosząc kolejny owoc swojego żywota, wiekopomne dzieło pt. „Dom, który zbudował Jack”.

Oto najpiękniejszy sen głośnego i niepokornego Duńczyka, który podobnie jak van Gogh, Picasso, Dostojewski oraz inni wielcy tego świata spotkał się z niezrozumieniem odbiorców swojej sztuki, niegotowych na niesiony przez niego kaganek oświaty. Nic jednak nie mogło zapewnić mu lepszej reklamy niż publiczność tłumnie opuszczająca salę na canneńskim pokazie, pobudzając tym samym apetyty żądnych skandalu kinomanów. Jak wiadomo, seks i przemoc sprzedają się najlepiej, a gdy dorzucić do tego otoczkę artyzmu, nie trzeba już nikogo dłużej przekonywać.

Twórca „Nimfomanki” tym razem postanowił naprawdę nie przebierać w środkach. Bohaterem swojego najnowszego filmu uczynił sadystycznego mordercę (w tej roli niezwykle przekonujący Matt Dillon), który już jako dziecko dla zabawy obcinał nóżki kaczuszkom, z satysfakcją patrząc, jak giną w męczarniach. Z czasem rozsmakował się w swoich zbrodniczych poczynaniach – raz urządzając sobie polowanie na dzieci, innym razem wkładając kobiecą pierś za wycieraczkę, niczym mandat za złe parkowanie – czyniąc swoje ofiary osobliwymi dziełami sztuki. Zmasakrowane twarze dzieci, przypominające obrazy Francisa Bacona albo karykatury Jokera, stanowiły kolejne trofea, będące elementami dekoracji wnętrza mieszkania Jacka.

„Dom, który…” daje nam zatem wszystko to, co książka „American Psycho” Breta Eastona Ellisa oraz jej filmowa adaptacja. O ile jednak tam beznamiętność opisywanych zbrodni mroziła krew w żyłach, a psychopata okazywał się produktem przytłaczającego kapitalizmu, o tyle u von Triera chodzi wyłącznie o pornografię przemocy. Reżyser dwoi się i troi, aby każda następna zbrodnia była bardziej szokująca od poprzedniej. Jego filmowi brakuje jednak tempa. Sceny dłużą się niemiłosiernie, a na makabryczną puentę czekamy w nieskończoność. Reżyser zbyt dużą wagę przywiązuje do szokowania, a za mało koncentruje się na jakości i spójności elementów swojej układanki. Mało tego, neutralizuje on efekt zbrodniczych poczynań bohatera jego nieudolnością, slapstickiem oraz bełkotliwymi teoriami i motywacjami, co w zderzeniu ze sobą wypada po prostu żenująco.

Ostatecznie cały potencjał filmu zostaje brutalnie zamordowany przez ego samego twórcy. Larsowi nie wystarczy bowiem wyłącznie szokowanie. Jego film ma być swego rodzaju spowiedzią. Spowiedzią, w której on sam pełni rolę zarówno wyznającego grzechy, jak i spowiednika. Reżyser wkłada w usta seryjnego zabójcy własne tezy, m.in. o filozoficznym sensie zbrodni i kary, niczym Dostojewski czy Nietzsche, stawiając siebie ponad wartościami moralnymi, uznając morderstwo za skrajny wyraz wolności. Wymyślony przyjaciel, w którego wciela się Bruno Ganz, najbardziej znany notabene z roli Hitlera, zostaje wprowadzony do historii tylko po to, żeby zadawać szereg tendencyjnych pytań, usprawiedliwiających ideologię samego twórcy.

Von Trier swoją egocentryczną wizję uzupełnia, podpatrzonymi z „Mother!” Darrena Aronofsky’ego, autotematycznymi elaboratami na temat artysty jako Boga Stworzyciela oraz innymi motywami biblijnymi i nachalnymi metaforami. Gdy bohater mówi o niewinności, na ekranie pojawia się baranek, kiedy o wybitnych jednostkach, nie kto inny jak Adolf Hitler, gdy o wielkich dziełach – mamy kadry z poprzednich filmów von Triera. Reżyser ostatecznie wpada zatem w otchłań pretensji i prowokacji. Koncentruje całą uwagę na sobie, na chęci pokazania środkowego palca krytykom jego twórczości oraz jego samego. Powoli gubi pozory realizmu na rzecz bijącej po oczach metafory zstąpienia do piekieł. Towarzysz Jacka okazuje się dantejskim Wergiliuszem, cały film natomiast zaczyna przypominać nieśmieszną parodię „Boskiej komedii”. Epilog jest tak długi, że równie dobrze mógłby trwać 120 dni, przez co seans staje się katorgą, istnym piekłem.

Von Trier z zimną krwią morduje siebie jako artystę minimalistycznego, łamiąc reguły, które niejako sam stworzył. Z jednej strony kreuje swój wizerunek największego grzesznika naszych czasów, z drugiej – usprawiedliwia własne poczynania. Największym jego grzechem jest jednak grzech pychy, chęć budowania pomnika anty-Chrystusa narodów, gdzie miłość do kina ustępuje narcystycznemu uwielbieniu. Dom, który zbudował Lars, to zatem mało stabilna konstrukcja, chociaż sam twórca zapewne wierzy, że zjednał sobie całą rzeszę nowych wyznawców, gotowych paść do jego stóp. Kościół, który stworzył, posiada jednak za mało solidne fundamenty, żeby bramy piekielne go nie przemogły.
„Dom, który zbudował Jack” („The House That Jack Built”). Scenariusz i reżyseria: Lars von Trier. Zdjęcia: Manuel Alberto Claro. Obsada: Matt Dillon, Bruno Ganz, Uma Thurman, Siobhan Fallon Hogan, Sofie Gråbøl, Riley Keough. Produkcja: Dania, Francja, Niemcy, Szwecja 2018, 155 min.