Wydanie bieżące

1 lutego 3 (363) / 2019

Zofia Bałdyga, Milan Děžinský,

WIERSZE

A A A
przekład Zofia Bałdyga
wiersze z tomu „Obcházení ostrova“
Jeżeli pociąg...

Jeżeli

pociąg wyjedzie ze stacji, zwiększając prędkość

aż do momentu osiągnięcia szybkości 140 km/h,

a z drugiej strony będzie się zbliżać osobowy z Hněvic,

zwalniający do zera,

z jaką prędkością oba będą się oddalać od wypukłego cienia

zwierzęcia w lasku brzozowym,

dosięgniętego krzyżowym ogniem ich świateł końcowych,

jeśli zmęczony podróżny z wytartą walizką

pociągnie za klamkę dworcowej toalety,

a drzwi będą zamknięte?



O komecie

Chłopiec nieśmiało macha, a pociąg odjeżdża.

Myślę o dzisiejszym dniu, czym się różni?

Chyba tym, że czytałem o komecie.



Kometom zdarza się nie wrócić.



Plecaczek porywa uczennicę niczym różnokolorowy drapieżnik.

W hali dworcowej dwie opuszczone torby nadstawiają ucha.

Dziewczyny ślą sygnały dymne zza przyćmionych okien.



Widać stąd browar, łódź zakotwiczoną w doku.

Ludzie pustyni wnoszą do hali płochliwość.



Prawie ich nie widzisz przez dworcowe okna: dwie pogańskie boginie –

jedna drugiej wykasłuje ogień w twarz.



Kiedy nie wiem

Jest tak albo tak.

Kamień może być kamieniem lub sercem wulkanu.



Nie potrafię dojść tam, dokąd mi wolno.

Chybiam nawet nieruchomego celu.

Próchnieję niczym gałąź lub oddaję się południowym deszczom.



To strasznie wiedzieć, że kiedy nie wiem, to nie wiem.



A co zostanie na koniec?

To, że ustami łowię powiew wiatru, którym zdmuchnęła z rękawa listek?

Włos na siedzeniu w samochodzie?



Spojrzenie, którym odprowadza się łódź?



Języki Babilonu

Zamiast zapłaty zostawiłem na blacie rękę.

Ostatnia noc.

Światło oblizywało sarnę.

Radio Babilon chrypiało na życzenie

dla martwych jeźdźców z dyskotek.

Sarna, zanim skoczy, zastyga na chwilę i świecą jej oczy.



– – – 

Leżę w cichym wąwozie wśród wilgotnych liści, które grzeją.

Podgryzam porosty, zanim odważę się na pola.



Sarna przechodzi pomiędzy domami.

Omija zbieraczy metali, zagląda w okno

po piątkowej kłótni.

Znajduje odpowiednie drzwi.

Siada przy stole.

Życzliwie rozmawia z moją żoną

a talerz świeci jej w ludzką twarz

niczym księżyc.



Wolni

Kupki liści obracały nas na grabiach,

klamki drzwi pociągały za nadgarstki,

suknie owijały się wokół nas, jakby się dusiły,

kluczyki w stacyjce kręciły nami wokół naszej osi,

czapka łykała głowę niczym robak wolności.



Wolność, wolność, wolność, mówiono nam.