Wydanie bieżące

1 września 17 (377) / 2019

Przemysław Pieniążek,

WSZYSTKO, CO CHCIELIBYŚCIE WIEDZIEĆ O FANDOMIE, ALE NIE MACIE KOGO ZAPYTAĆ (TOMASZ PINDEL: 'HISTORIE FANDOMOWE')

A A A
„Dawno, dawno temu, w odległej niczym galaktyka epoce, skupiona na trudnościach i bolączkach życia codziennego populacja kraju znanego pod skrótową nazwą PRL żyła pogrążona w kulturowej szarzyźnie. Cała? Nie! Istniały w niej bowiem jednostki, które poszukiwały, przede wszystkim w lekturach, jakiejś innej rzeczywistości, sięgały daleko, głównie w kosmos, i wcale nie był to odruch tylko eskapistyczny. Czasami te inne światy służyły właśnie do tego, aby lepiej zrozumieć, a w każdym razie lepiej poczuć się w tym rzeczywistym. W drugiej połowie lat siedemdziesiątych owe jednostki zdały sobie sprawę, że choć rozproszone, to całkiem są liczne, i zaczęły łączyć się w grupy, oplatając z czasem kraj istną siecią organizacji zrzeszającej ludzi, dla których fantastyka była czymś więcej niż tylko rozrywką. Tak narodził się ruch miłośników fantastyki, czyli fandom, a wraz z nim zupełnie nowe w kraju zjawisko literacko-kulturowo-społeczne, które miało wydać owoce, o jakich wtedy, dawno temu, na samym początku, raczej nikomu się nie śniło” (s. 9) – dowcipnie nawiązująca do gwiezdnej sagi George’a Lucasa oraz przygód Galla Asteriksa refleksja Tomasza Pindela otwiera niezwykle ciekawą i potrzebną publikację, jaką są „Historie fandomowe”.

Rodzimy tłumacz, wykładowca i znawca literatury hiszpańskojęzycznej w podzielonej na dwie części („Kiedyś” i „Teraz”), napisanej w bardzo przystępny sposób książce obala utarte, krzywdzące wyobrażenia na temat fandomu (choć dziś mówi się już o wielu fandomach), przypominając, że ruch polskich fanów fantastyki to nie tylko zjawisko o ponadczterdziestoletniej historii, ale także wyjątkowe środowisko twórców oraz animatorów kultury (Pindel trafnie zauważa, że w domenie fantastyki granica między twórcą a odbiorcą jest szczególnie płynna) oraz chwalebny przykład zróżnicowanej formy uczestnictwa w kulturze (nie tylko) literackiej.

W rozdziale pierwszym – a właściwie w fazie pierwszej, wszak na taki podział zdecydował się twórca recenzowanego tomu – poznajemy rebelianckie początki ogólnopolskiego ruchu oraz charakterystykę spotkań klubowych, dla których uczestników (rekrutujących się wówczas głównie ze środowisk studenckich z przewagą adeptów nauk ścisłych) liczyły się przede wszystkim dyskusje i kolekcjonowanie książek zdobywanych na specjalnych giełdach. Autor pisze o rozwoju rodzimego wariantu fantastyki socjologicznej; wyjaśnia, dlaczego relacje Stanisława Lema ze środowiskiem fandomu nigdy nie były specjalnie udane, oraz wspomina zorganizowany w 1976 roku poznański Eurocon (Europejski Kongres Science Fiction), zaznaczając, że powyższa data wskazuje jednocześnie narodziny polskiego fandomu – w tym czasie powstał bowiem Ogólnopolski Klub Miłośników Fantastyki i Science Fiction (OKMSiSF).

Drugą fazę „Historii fandomowych” otwiera przełomowe wydarzenie, jakim było wydanie w październiku 1982 roku pierwszego numeru miesięcznika „Fantastyka”, jednego z najbardziej długowiecznych magazynów tego typu na świecie. Autor tomu „Za horyzont. Polaków latynoamerykańskie przygody” odsłania kulisy powstania czasopisma (obowiązki redaktora naczelnego pełnił w nim początkowo Adam Hollanek), które próbowało zaspokoić niemałe skądinąd apetyty rodzimych czytelników i klubowych działaczy, pomagając jednocześnie w ukonstytuowaniu się wyjątkowego środowiska literackiego. Słynne dyskusje między „starym” a „młodymi” – czyli chwilami dość ostre polemiki Macieja Parowskiego (ówczesnego redaktora działu polskiego „Fantastyki”) z przedstawicielami nowego pokolenia pisarzy pragnących tworzyć nie dzieła zaangażowane, lecz stricte rozrywkowe – powstanie grupy Trust, Klubu Twórców (dopuszczalna forma zapisu: Tfurców, a nawet Tfurcuf) oraz fanzinu „Fantom” to tylko niektóre z wątków przywoływanych w tej partii książki. „Środowisko fandomu działało jak uniwersytet (…). Na przykład zamawiało referaty, teksty na dany temat, z tego potem robiło się książki. Organizatorzy rzucają temat, a ty zaczynasz się zastanawiać. Fandom zachowuje się jak mądry mecenas, nie tylko robi spędy i pijaństwa, ale też zmusza swoich twórców i intelektualistów do aktywności” (s. 86) – wspomnienia Parowskiego idą tu w parze z anegdotą Pawła Ziemkiewicza opowiadającego o projekcjach filmowych, którym często towarzyszyły improwizowane tłumaczenia na żywo. „Szczytem wszystkiego było, jak oglądaliśmy angielski horror z niemieckim dubbingiem, napisami po francusku i arabsku, i jeszcze z pirackim lektorem” (s. 87) – konstatuje rodzimy tłumacz, krytyk i redaktor, podczas gdy Jacek Dukaj zaznacza, że fandom „ma wielką tradycję alkoholową, ze szczególnym uwzględnieniem piwa” (s. 88).

Obok fragmentów poświęconych pierwszej odsłonie Polconu, Nagrodzie Zajdla, Śląkfie (wyróżnieniu Śląskiego Klubu Fantastyki) czy Złotemu Meteorowi (przyznawanemu do 2005 roku za wyjątkowo szkodliwą działalność na polu fantastyki) w tym segmencie „Historii fandomowych” znalazły się zarówno historyczne refleksje na temat tak zwanego trzeciego obiegu (w odróżnieniu od pierwszego, oficjalnego, i drugiego, opozycyjnego), czyli fanowskiego przemysłu wydawniczego, jak i pytanie o ideologiczny wymiar środowiska polskich miłośników fantastyki. Kolejna faza dotyczy natomiast zmian na rodzimym rynku książki. Prymat fantasy, napływ świeżej krwi oraz boom wydawniczy wygenerowany przez nowo powstające oficyny to najważniejsze, choć nie jedyne symptomy przemian, których symbolem stały się debiut i późniejsza twórczość Andrzeja Sapkowskiego. Niemniej Pindel nie zapomina także o Jacku Dukaju, Annie Brzezińskiej, Rafale Kosiku czy Łukaszu Orbitowskim – autorach odnajdujących swoją własną niszę na coraz szybciej nasycającym się rynku. Jak zauważa badacz, metamorfoza rodzimego fandomu (który w świadomości nie tylko fanów przestał funkcjonować jako rodzaj getta, stając się za to formą enklawy) wiele zawdzięczała coraz liczniejszej grupie miłośników gier, określanych przez Parowskiego mianem „turlaczy kostek”.

Pindel ma pełną świadomość tego, że „Historie fandomowe” (narracyjny wielogłos stworzony na podstawie rozmów z członkami fandomu, ale także w oparciu o własne lektury i spostrzeżenia samego autora) stanowią syntetyczne, popularyzatorskie, absolutnie niewyczerpujące tematu spojrzenie na główne trendy oraz uwarunkowania omawianego zjawiska, którego kluczowym aspektem jest potrzeba tworzenia, przynosząca owoce w postaci utworów literackich określanych mianem fan fiction (po polsku zwane fanfikami), dzieł plastycznych (fan art), opowieści graficznych (fan comic) czy dzieł audiowizualnych (fan video). Choć akademik przyjmuje postawę obiektywnego outsidera – wszak zaznacza, że nie jest i nigdy nie był członkiem ani działaczem fandomu – wszystko zmienia się za sprawą jego uczestnictwa w jednej z edycji poznańskiego Festiwalu Fantastyki Pyrkon (której przebieg Pindel referuje w finalnej części tomu poświęconej także grom i cosplayom).

Badacz udaje się bowiem na spotkanie autorskie z Bernardem „Bédu” Dumontem, belgijskim scenarzystą i rysownikiem komiksowym, autorem popularnej także u nas serii „Hugo”, którą twórca niniejszej książki zaczytywał się w dzieciństwie. „I tu przeżywam pokoleniowy szok. Wchodzę: sala prawie pusta, jest nas kilkanaście osób. To gorzka pigułka, która dobitnie uświadamia mi moją popkulturową – i generacyjną – alienację… Ale spotkanie jest znakomite, Bédu zauważa, że polscy czytelnicy lepiej niż Francuzi i Belgowie zrozumieli jego komiks. Słucham z ogromną przyjemnością i wtedy coś się ze mną dzieje. Do tej chwili byłem na Pyrkonie obserwatorem. Ale teraz coś we mnie pękło. Po spotkaniu pędzę na stoisko wydawcy, kupuję zbiorcze wydanie »Hugo« w nowym przekładzie (no i co z tego, że już mam te wszystkie albumy?) i ustawiam się radośnie w kolejce po autograf. Nie jestem już obserwatorem. Jestem fanem” (s. 200) – konstatuje Pindel, na koniec przyglądając się polskiej społeczności twórców, wydawców, czytelników, krytyków i recenzentów, tworzących rodzime Komiksowo.

Wiktor Bukato, Jacek Rodek, Tomasz Kołodziejczak, Wojciech Sedeńko, Paulina Braiter-Ziemkiewicz, Piotr W. Cholewa, Jacek Inglot, Marek Oramus, Lech Jęczmyk, Wojciech Orliński, Paweł Dunin-Wąsowicz oraz Szymon Holcman to zaledwie przykładowe nazwiska zaczerpnięte z galerii osób, których wspomnienia i refleksje stanowią kościec „Historii fandomowych”. Książki posiadającej wyodrębnioną sekcję narracyjnych dygresji, w ramach których Pindel opowiada między innymi o początkach światowego fandomu (który narodził się wraz ze śmiercią Sherlocka Holmesa), analizuje casus fana i twórcy w jednej osobie na przykładzie Howarda Phillipsa Lovecrafta, przypomina o amerykańskich oraz radzieckich inspiracjach umożliwiających powstanie polskiego fandomu, naświetla fenomen kontrowersyjnego dorobku Ericha von Dänikena, rekonstruuje literacki status rodzimych autorek science fiction („Polski fandom lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych z całą pewnością można określić mianem szowinistycznego” – wspomina Maria Głowacka [s. 93]) oraz wyjaśnia podstawowe pojęcia ze świata gier. Mówiąc krótko: „Historie fandomowe” to lektura obowiązkowa dla tych wszystkich, którzy mają dość mgliste lub, co gorsze, z gruntu fałszywe wyobrażenie na temat szeroko rozumianych miłośników fantastyki. Polecam!
Tomasz Pindel: „Historie fandomowe”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2019.