Wydanie bieżące

1 września 17 (377) / 2019

Marek Bochniarz,

NA CO KOMU FANTASTYKA? (MIĘDZYNARODOWY FESTIWAL FILMÓW FANTASTYCZNYCH W BUCHEON)

A A A
Międzynarodowy Festiwal Filmów Fantastycznych w Bucheon pozostaje jednym z tych festiwali, o których w Polsce raczej się nie słyszy. Być może z powodu jego specyfiki – tego, że jest przestrzenią dla prezentacji kina gatunkowego, ze szczególnym naciskiem na kino fantastyczne, horror i thriller. A nasza rodzima kinematografia niezbyt umie grać w gatunki, choć ostatnio sprawia wrażenie, jakby zaczynała się tego uczyć, a nawet robić to dobrze. A jednak spoglądamy na ten rejestr filmu jak na wstydliwe przyjemności, które wielu z nas zaspokaja, ale nie uważamy ich za godne festiwalowego blichtru. Zawsze można też uznać, że w przypadku festiwalu w Bucheon to przecie rejestr bliski „zajawkom” na fantastykę, pogardliwie postrzeganych konwentów, fandomu uznawanego za zbiór jednostek niedojrzałych.

Oczywiście – ta sytuacja trochę już uległa zmianie, bo na mapie snobizmu i pretensjonalności polskich festiwali pojawiły się takie inicjatywy jak gdyński festiwal kina gatunkowego Octopus Film Festival. Zresztą, Bucheon IFFF jest imprezą, która w Korei prezentuje kino eksperymentalnie podchodzące do gatunków i przełamujące ich schematy. Trafiają tu więc też „ambicjonalnie” polskie produkcje, zmajstrowane w duchu naszego krajowego myślenia o gatunkach jako swobodnie potraktowanych punktach odniesienia, przy jednoczesnym twardym obstawaniu przy robieniu rzeczy artystycznych (w tym roku w selekcji znalazły się zresztą same pyszności – „Wilkołak” Adriana Panka i „Monument” Jagody Szelc).

Na festiwalu bardzo interesująco wypada sekcja konkursowa Bucheon Choice, w której prezentowane są spełniające tę szeroką ideę poszukiwania i przekraczania granic pełne metraże i szorty. Trzeba przyznać, że tymi drugimi rządzi zasada absolutnych skrajności. Sporo filmów krótkometrażowych ma charakter szkolnych, niezręcznych wprawek. Ich twórcy są właśnie takimi „zajawkowiczami”, którzy mogą co najwyżej trochę urzec nas intrygującymi pomysłami, bo wykonaniem już niekoniecznie.



[fot. 1: „11:50”]

Chińska „11:50” to niezgrabna wariacja na kino noir, hybrydalnie połączone z fantastyczną wizją czasowego zapętlenia-pułapki. Jej autor, Yinguo Chen, oparł się na buddyjskiej idei reinkarnacji i powtarzalności cyklu. Szanghajczyk parał się już różnymi rzeczami – był urzędnikiem państwowym i półprofesjonalnym kierowcą rajdowym. To filmowy samouk i miłośnik kina, chwalący się zręcznością do kręcenia reklamówek dla dużych graczy.

Ten kiczowaty „urok” bardzo szczelnie oblepia jego naiwny thriller. Bohater przez swe uczynki został jakby zaklęty w pętli bezustannie ponawianego koszmaru, w którym jedno z jego wcieleń zabija drugie. I jeśli brzmi to wtórnie (już nawet nie mam serca wymieniać tego typu tytułów), to takie właśnie jest, jeśli nie nawet odrobinę gorsze.

A cóż z przeintelektualizowanymi „zajawkowiczami”? Dobrym przykładem byłby Belg Frédéric Plasman, który jest trochę bardziej wyrafinowany w eksperymentach wizualnych, poszukując sposobu na połączenie elementów projektowania graficznego z animacją i sztuką operatorską. W przegadanym szorcie „The Auxiliary” zaleje nas fala dziwacznego języka – narracji snutej przez krnąbrny czip umieszczony w głowie bohaterki, który zyskuje samoświadomość i przejmuje kontrolę nad człowiekiem. Całość rozgrywa się w efekciarskiej przestrzeni postindustrialnej, której pozazdrościłaby nawet Łódź.



[fot. 2: „Ostatnie dni Człowieka Jutra”]

Niemniej, zwycięzca konkursu krótkometrażowego zachwyca pomysłem i wykonaniem (może tym silniej na tle nieudanych wprawek innych twórców). „Ostatnie dni Człowieka Jutra” to mockument Libańczyka Fadiego Baki, który za pomocą fikcyjnej opowieści o robocie stworzył metaforę tragicznych losów swojej rozdartej wojną domową ojczyzny. Tytułowy Człowiek Jutra, Manivelle, to myśląca maszyna, podarowana Libańczykom przez Francję z okazji uzyskania przez nich niepodległości. Robot staje się symbolicznym spadkiem postkolonialnym, albo i szerzej – balastem przeszłości, który nie daje o sobie zapomnieć. Za pomocą losów Manivelle’a śledzimy przemiany kraju, w tym okres wojny, aż po czasy współczesne. Baki umieszcza w filmie serię wywiadów z rozpadającym się robotem i jego byłym przyjacielem, konstruktorem-samoukiem. Mechanik przez lata naprawiał i ulepszał Manivelle’a, co pozwoliło temu drugiemu na karierę filmową i wystawne, ekscentryczne życie. Podczas wojny domowej dochodzi jednak do punktu zwrotnego – robot wiąże się z grupą militarystów i dokonuje strasznych czynów, zmuszając mężczyznę torturami do wprowadzenia w jego korpusie groteskowych, bojowych upgrade’ów. Robot przestaje bawić ludzi – teraz bierze udział w ich mordowaniu. Po tragicznym okresie wojny domowej mechanik ignoruje kolejne listowne prośby niszczejącego Manivelle’a o pomoc i literalnie „pozostawia go rdzy”. Baki prowadzi film z dziwną „szczerością” ostentacyjnego kłamstwa – jednoznacznie nierealistycznej fikcji, która jako metafora przekracza ograniczenia i zawiłości faktów historycznych, pozwalając nam popatrzeć zdystansowanym okiem na Liban i jego krwawe dzieje.



[fot. 3: „Druga strona pudełka”]

Z kolei nagrodę publiczności otrzymał pozornie skromny film Caleba J. Philipsa „Druga strona pudełka”. Amerykanin wpadł na świetny pomysł – opowieść o parze bohaterów, z których On jednego wieczoru otrzymuje od eks Jej niepozorne pudełko z instrukcją „musisz patrzeć na pudełko”. Po jego otwarciu bohater odkrywa, że pudełko jest portalem do innego świata i – gdy, rzecz jasna, przez chwilę nań nie patrzy – zaczyna przez niego przechodzić głowa dziwnego mężczyzny o wyłupiastych oczach, które wbijają się w bohaterów z intensywnością godną szaleńca. Philipsowi udało się w zaledwie kwadrans opowiedzieć wspaniały, przerażający horror – tak dobry, bo oparty na świetnym pomyśle, niewymagający dużego budżetu na stworzenie postaci potwora. Tym potworem zdaje się być coś jakby doskonale nam znanego, a jednak bardzo w gruncie rzeczy obcego.

Wybierz pigułkę

Na festiwalu sąsiadują z sobą dwie sekcje kina gatunkowego World Fantastic, odpowiadające gustom różnej publiczności. World Fantastic Red jest poświęcona prawdziwym fanom (fanatykom?) kina, a World Fantastic Blue to, cóż, rzecz dla typowej widowni festiwalowej, lubującej się w filmach artystowskich, choć organizatorzy określają ją mianem „bardziej zróżnicowanej”.



[fot. 4: „Ghost Master”]

W sekcji WF Red dla „prawdziwych fanów”, poza mistrzowskim „Wilkołakiem” Adriana Panka (to ciekawe miejsce dla tego filmu, prawda?), znalazł się japoński horror „Ghost Master” Paula Younga, młodego reżysera o mieszanym, amerykańsko-japońskim pochodzeniu. Film reprezentuje nową falę niezależnego japońskiego kina grozy, charakteryzującego się wykorzystaniem nowych mediów, metanarracyjną ramą (to zwykle opowieści o reżyserach, którym w trakcie realizacji zdjęć dzieją się dziwne przygody), łączeniem horroru z dość brutalnym humorem, a także odwoływaniem się do wiedzy o gatunku, którą posiada publiczność. „Ghost Mater” na tle innych tytułów z tego nurtu – „Sakramentu” Iwakiriego Isoli (zeszłoroczna edycja Bucheon) i „One Cut of the Dead” Shinichiro Uedy – sprawia wrażenie mniej wyrafinowanego, trochę jakby wręcz prostackiego tworu. To efekt osobliwego punktu odniesienia, uruchomionego dla Younga – kiczowatych, niskobudżetowych body horrorów spod znaku Yūdaia Yamaguchiego czy Yoshihiro Nishimury. Ta seria reaktywowała hasło Asia Extreme, pod którym sprzedawano na Zachodzie dziwne, ekstremalne azjatyckie horrory i thrillery.

Dla fanów tych szmirowatych produkcji (do których zalicza się piszący te słowa) „Ghost Master” działa odświeżająco, bo charakterystyczny dla tamtych filmów motyw ultraprzemocy prowadzącej do cielesnych deformacji ujmuje w zdystansowane ramy realizacji produkcji z zupełnie innego gatunku. Ekipa filmowa z „Ghost Mastera” kręci „Dzień, w którym spotkałem anioła” – prymitywną adaptację mangi w konwencji szkolnej opowieści o miłości. Asystent reżysera o nazwisku Akira Kurosawa jest nieudacznikiem poniżanym przez reżysera, a prywatnie fanem amerykańskiego twórcy Tobe’a Hoopera, znanego głównie z „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”. Young umieszcza w swoim horrorze cytaty do kina japońskiego z różnym okresów, szyderczo komentując jego stan obecny, wywołujący w miłośnikach tej kinematografii ciężkie, pełne smutku westchnienia zawodu.



[fot. 5: „Wiatr”]

Tegoroczna sekcja World Fantastic Blue przyniosła po raz kolejny filmy, których reżyserzy twórczo interpretują konwencje gatunkowe, odświeżając je w imię nowocześnie pomyślanego kina. Moim faworytem tej edycji jest „Wiatr”, w którym Emma Tammi z perspektywy feministycznej interpretuje western, łącząc go z horrorem i thrillerem psychologicznym. Główna bohatera mieszka z mężem na wschodnich rubieżach i jest dręczona samotnością, gdy opuszcza ją małżonek, a także tym przeklętym, nigdy niecichnącym, tytułowym wiatrem prerii.

Aż trudno w to uwierzyć, ale Tammi twierdzi w wywiadach, że zarówno ona, jak i scenarzystka Teresa Sutherland nigdy nie widziały i nie słyszały o „Wietrze” Victora Sjöströma, jednym z ostatnich arcydzieł kina niemego, w którym główną bohaterkę dręczy wiatr, przez co popada ona w szaleństwo. Nowy „Wiatr”, podobnie jak jego „pierwowzór”, jest opowiedziany prawie w całości za pomocą obrazów. Operator Lyn Montcrief musiał mieć niełatwe zadanie, aby zmierzyć się ze skodyfikowanym językiem gatunku i spróbować go podważyć.

Tammi zmodyfikowała scenariusz, w którym Sutherland zdecydowała się na pomieszanie ciągu przyczynowo-skutkowego, wprowadzając serię retrospektyw, które przez pierwszą połowę seansu są nie do końca dla nas czytelne. W drugiej połowie „Wiatr” zaczyna niebezpiecznie zmierzać w stronę banału, kończąc się trochę trywialnym finałem. Trudno przy tym nie odnieść wrażenia, że sama opowieść – o tym, jak na pustkowiu, poza cywilizacją, kobiety stają się ofiarami brutalnego świata i samotności – jest wtórna względem „Eskorty” Tommy’ego Lee Jonesa. A jednak, na tle tamtego bardzo poprawnego rzemieślniczo filmu debiut pełnometrażowy Emma Tammi zdaje się o wiele ciekawszym obrazem, bo opartym na poszukiwaniu historii budowanych za pomocą relacji wizualnych, a nie dialogów i perypetii. I nawet jeśli nie wszystko zostało w nim przeprowadzone na tyle zręcznie, by na koniec nie odbił nam się lekką czkawką, to wciąż jest to doskonała przygoda z wyjątkowo strasznym filmem.



[fot. 6: „Melancholic”]

Z kolei w „Melancholic” Seiji Tanaka – uznany za jednego z najbardziej obiecujących spośród debiutujących w tym roku japońskich reżyserów – próbuje na nowo spojrzeć na kino gangsterskie i półświatek yakuzy. W tym celu wybiera na swego bohatera nieudacznika Kazuhiko (Yoji Minagawa) – dwudziestokilkuletniego absolwenta prestiżowego Uniwersytetu Tokijskiego, stroniącego od dorosłości, pójścia typową ścieżką kariery i imającego się różnych, nijakich zajęć na pół etatu. I zapewne ta nijakość towarzyszyłaby mu przez resztę życia, gdyby nie zatrudnił się w łaźni.

Łaźnia w „Melancholic” za dnia pełni swoją normalną funkcję, a wieczorami staje się miejscem egzekucji ludzi, utylizowanych dzięki dostępnej infrastrukturze budynku. Kazuhiko zdaje się ostatnią osobą, która pasowałaby do sprzątania trupów – jest pozbawionym inicjatywy, wycofanym introwertykiem, stale stremowanym i niepewnym względem innych ludzi. A jednak staje się bohaterem kryminału na miarę nowych czasów. Oczywiście – „Melancholic” nie byłby kompletny bez żenującej i osobliwej, a jednak bardzo realistycznej historii miłosnej.

Duża część humoru filmu Tanaki zawarta jest w języku i humorze słownym. Reżyser dekonstruuje grzecznościowe sformułowania, powielając sytuacje, w których występują – do momentu, gdy za kolejnym razem zdają się być coraz bardziej oderwane od sytuacji i zgoła nie na miejscu. Równie śmieszne okazuje się przewrotne wykorzystanie kalk gatunkowych i próba odpowiedzi na pytanie, jak wygląda i zachowuje się przeciętny płatny morderca, jak postępuje zwykły yakuza czy szary człowiek zaangażowany w działalność przestępczą. Ta nijakość w „Melancholic” ujęta jest w nawias i głupio zrobilibyśmy, gdybyśmy uznali ten film za realistyczny, a jednak reżyser kontrolowaną przestrzeń gatunku zdecydował się przenieść w świat bardzo bliski temu, który nas otacza.

Jak poczynają sobie krajanie

Bucheon IFFF jest też, co raczej nie dziwi, doskonałym miejscem prezentacji dla kina południowokoreańskiego. Wydaje się, że zainteresowanie tą kinematografią znacznie już osłabło w Polsce. Przez lata było kilka inicjatyw poświęconych temu kinu narodowemu, a jednak zwykle stawiano na filmy artystyczne. Bywanie na takich seansach w wyludnionej sali kinowej sprawiało niemniej dość przykre wrażenie – i stawiało pytanie o to, czy to aby takie filmy południowokoreańskie chcą oglądać Polacy. Co prawda obecnie w naszych kinach produkcje gatunkowe z tego kraju dystrybuuje Mayfly, ale robi to w tak ograniczony sposób i przy braku dobrej promocji, że niezwykle ciężko jest się na nie załapać – o wiele łatwiej da się przeoczyć, że dany tytuł w ogóle się na chwilę w kinach pojawił (stąd Mayfly bije pod tym względem rekordy najniższej frekwencji wśród polskich dystrybutorów), a szkoda, zważywszy na ich duży komercyjny potencjał. Przy praktycznie wyschniętym źródełku dystrybucji DVD/BD można wręcz odnieść wrażenie, że weszliśmy w stadium bliskie „wyparciu” kina południowokoreańskiego z Polski.



[fot. 7: „Abyss: The Girl's Eyes”]

Gdyby nie festiwal w Bucheon, pewnie nie byłbym już w stanie śledzić, co obecnie interesuje południowokoreańskich reżyserów. Tegoroczna selekcja wypadła moim zdaniem całościowo zdecydowanie gorzej niż rok temu. Być może dlatego, że najlepiej zapowiadający się tytuł – „Abyss: The Girl's Eyes” Changa Hyun-Sanga – zupełnie nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Wydawało się, że reżyser po przejściu przez tematykę romansową w debiucie pełnometrażowym z 2013 roku „Neverdie Butterfly” i filmie drugim „Kissing Cousin” (2015) wykorzysta okazję na zwrot w swojej karierze i zaproponuje coś intrygującego. Fabuła – opowiedziana z perspektywy głównej bohaterki, dziewczyny o nadnaturalnych zdolnościach widzenia przyszłości i wysyłania snów innym – zwiastowała trochę mniej oczywisty horror. Elementem napędowym miała być walka bohaterki z demoniczną sektą, której członkowie mordują różne osoby związane z rodziną (klanem?) jasnowidzki. Na nowym filmie Changa zaciążył jednak dotychczasowy dorobek – i to nie ze względu na tematykę, a jego ogólny charakter, czyli tworzenie niskobudżetowego kina niezależnego. Ze względu na mierne zdjęcia „Abyss…” sprawia wrażenie co najwyżej ekscentrycznej i nietypowej produkcji telewizyjnej.

Kino południowokoreańskie uratował w tym roku film zamknięcia festiwalu. Kameralny dramat Ko Myoung-sunga „12. podejrzany” rozgrywa się prawie w całości jednego dnia, w ograniczonej przestrzeni podniszczonej herbaciarni, która w latach 50. jest miejscem spotkań lokalnego środowiska artystycznego. Podniszczony lokal, sygnalizujący zniszczenie kraju po wojnie koreańskiej, odwiedza wojskowy śledczy, aby przesłuchać obecnych w sprawie zagadki śmierci poety Baeka.

„12. podejrzany” ma w sobie siłę solidnie zmajstrowanych teatrów telewizji, bo wynika ona przede wszystkim z dialogów. Początkowo irytują nas wypowiedzi poszczególnych bywalców herbaciarni, u których duże ego i poczucie wartości nie przekładają się wcale na sukces artystyczny. A jednak Ko rozpisał te długie i męczące dialogi w taki sposób, że wraz z upływem akcji poszczególne relacje zaczynają coraz bardziej sobie przeczyć, podważając nie tylko prawdomówność postaci, ale i naszą wiedzę o prezentowanych wydarzeniach. „12 podejrzany” okazuje się w finale refleksją o Korei Południowej lat 50., w której balast wojenny i związane z nim tajemnice są niemożliwe do sprawiedliwego rozliczenia. Ko podsuwa nam gorzką myśl, iż osoby „dobrze” sobie radzące podczas okupacji i popełniające zbrodnie w trakcie wojny również i w nowej sytuacji politycznej unikną odpowiedzialności, bo wykorzystają dotychczasowe zdolności, aby „zinfiltrować” rzeczywistość. Tę może zbyt oczywistą prawdę otrzymujemy jednak podaną w filmie, który budzi podziw doskonale zbudowaną dramaturgią i świetnymi zdjęciami zrealizowanymi w myśl zasady „mniej znaczy więcej”. Ko umie też dobrze rozegrać intrygę kryminalną, igrając z naszymi oczekiwaniami i przeczuciami co do rozwoju akcji i winnych morderstwa poety. Trzeba przy tym przyznać, że refleksję o tym, iż prawdziwym wrogiem Koreańczyków są zdrajcy, a nie zagrożenie zewnętrzne, którą znamy z wielu mainstreamowych filmów koreańskich o charakterze nacjonalistycznym i antyjapońskim, Ko trochę temperuje na rzecz bardziej złożonej obserwacji społeczeństwa zdegenerowanego przez wojnę.

To podsumowanie kilku filmów można uznać za sygnał, jak bardzo nierówno wypada selekcja na MFFF w Bucheon. W przeciwieństwie do festiwali kina artystycznego musimy się w tym przypadku mierzyć z imprezą, której organizatorzy cenią nie tylko „dobre” kino, ale i intrygujące „pomysły”, nie zawsze prowadzące do satysfakcjonujących obrazów. I może paradoksalnie dlatego ten festiwal ma tak świeży i intrygujący charakter?
23. Międzynarodowy Festiwal Filmów Fantastycznych w Bucheon, Bucheon, 27.06-7.07.2019.