Wydanie bieżące

1 października 19 (379) / 2019

Dominika Polok,

CIERNIE (AD ASTRA)

A A A
W „niedalekiej przyszłości” ludzie podróżują turystycznie na Księżyc intensywnie eksploatowany z zasobów, posługują się anteną wysoką ponad atmosferę, zakładają habitaty

i stacje badawcze na Marsie, a najdalsza wyprawa sięgnęła granic Układu Słonecznego. Film „Ad Astra” tytułem pozornie sugeruje jedynie wpatrywanie się w rozwój i cywilizacyjne zmiany, jednak faktyczną jego treścią są wkłute na drodze podboju ciernie, które wcale nie zostają za plecami po dojściu do gwiazd.

Pionierską wyprawą w okolice Neptuna dowodził Clifford McBride, genialny naukowiec opętany koncepcją odnalezienia inteligentnych form życia poza Układem Słonecznym. Chcąc odpowiedzieć na to odwieczne pytanie, astronauta był zdeterminowany użyć do tego maksimum środków – w tym porzucić Błękitną Planetę, by bezprecedensowo zwiększyć zasięg obserwacji i nadawanych sygnałów. Clifford McBride odleciał kilkadziesiąt lat przed wydarzeniami rozgrywającymi się w filmie, zostawiając żonę i nastoletniego syna Roya z ambiwalentnym dziedzictwem bohaterstwa wobec ludzkości i niewierności wobec rodziny.

Roy dorósł i mimo cienia legendy ojca został astronautą. Zawodowo okazał się robotycznie doskonały, jednak emocjonalne fortyfikacje, jakie wzniósł wokół siebie, uniemożliwiają mu nawiązywanie bliskich relacji. Początkowo wydaje się, że Roy wlicza to w koszty obranego zawodu. Dzięki samotności nie naraża innych na cierpienie, a także nie rozprasza się nieistotnymi kwestiami. Jako niezawodny major (z cennymi powiązaniami rodzinnymi) mężczyzna zostaje wybrany do ściśle tajnej misji, mającej ocalić rodzimą planetę przed skutkami dziwnego kosmicznego kryzysu.

To, co w zawiązaniu akcji mogło brzmieć jak zapowiedź kolejnego sensacyjnego science-fiction, okazuje się bardzo intymnym i subtelnym filmem psychologicznym. Futurystyczny kontekst stanowi tło wykorzystane do opowiedzenia historii Roya McBride’a. Wszystko jest drugoplanowe względem tego, co dzieje się w jego głowie, a to o tyle fascynujące, że początkowo można łatwo dać się nabrać sugestiom, jakoby major był nudnawym

i nietowarzyskim monolitem. Twórcy rozpisali sobie szalenie trudny punkt wyjścia; i wprawdzie prędko przełamuje go stale toczący się w tle monolog Roya, ale zbudowanie tak głębokiej i skomplikowanej postaci jest przede wszystkim zasługą Brada Pitta. Charakter bohatera zapewnił aktorowi dość skromne środki ekspresji, a i sama historia, obiektywnie patrząc, okazuje się dość prosta; mimo to Brad Pitt pracuje z tym materiałem wprost spektakularnie. Roy jest na ekranie prawie cały czas trwania filmu, jednak ani przez chwilę nie daje się odczuć znużenia postacią czy fałszu w kolejnych wewnętrznych niuansach.

Planeta Ziemia nie pojawia się w filmie prawie nigdy. Planem nielicznych scen, jakie się tam rozgrywają, są raczej rządowo-korporacyjne sale lub minimalistycznie urządzone mieszkania – miejsca, które mogłyby być wszędzie, ich estetyka jest ze wszech stron oderwana od środowiska, wsobna i hermetyczna. Ziemia to ideowy punkt odniesienia, centrum ludzkiego wszechświata; zawsze widziana z daleka, z przestworzy, jest zarazem źródłem i uzasadnieniem działań bohaterów. Ta relacja między rodzimą planetą a kosmosem stanowi o nowym typie mentalności ludzi przyszłości; kontekst dla świadomości rozszerzył się, co trwale odkształciło perspektywę. Ten potężny, podwójny układ jest podbity jeszcze trzecim podmiotem – Bogiem, bo astronauci okazują się swobodnie i bezpretensjonalnie religijni. Subtelne narzucenie takiej siatki wewnętrznych powiązań i zależności nie tylko stanowi konstrukcję ogółu świata przedstawionego, ale przekłada się na charaktery jednostek, rodzi struktury analogiczne, choć nie identyczne, kreuje nieoczywistą hierarchię motywacji i komplikuje kwestię stopnia osobistego zaangażowania. Roy, rozpięty między Ziemią a ojcem, snuje refleksje zarówno o podróżach kosmicznych, jak i o własnym nierozwikłanym stosunku do rodzica, a kolejne etapy podróży i rozmyślań dyskretnie zaplatają się w spójnie rozwijający się wątek. Zostaje przy tym zachowana pewna harmonia we wzajemnym powiązaniu różnych planów – te dalsze, globalne, nie są prostolinijną ilustracją aktualnego stanu bohatera; konsekwentnie przemyślany świat nie istnieje tylko ze względu na niego, a raczej okazuje się znaczący dla jego osobistej historii. To ten rodzaj artystycznego science-fiction, w którym gatunek i jego sztafaż służy opowiedzeniu pewnej historii, a nie samego siebie.

Scenograficznie „Ad Astra” okazuje się arcydziełem. Bohaterowie są zanurzeni w najnowszej technologii; nie stanowi ona dolepionych gadżetów, tylko zupełnie naturalny element tych czasów. Ton i atmosferę nadaje jednak wspaniała estetyka retro-futuro, od detali w rodzaju ochronnych czapek pod hełm, po betonowe, brutalistyczne wnętrza (scena nagrywania wiadomości dzieje się w tak przepięknym pomieszczeniu, że chciałam, by trwała wiecznie). Nie sprawiają one jednak odpychającego, nieludzkiego wrażenia, jak to nieraz ma miejsce w artystowskim science-fiction; są idealnie adekwatne do tego, co dzieje się na ekranie, a nawiązania do futuryzmu połowy XX wieku budują nostalgię zgraną ze spowolnionym pulsem opowieści.

To bowiem film bardzo powolny. Zwierzchnicy Roya nieustannie podkreślają, że jednym z podstawowych atutów astronauty jest zadziwiająco niskie tętno w najbardziej ekstremalnych sytuacjach i ten szczegół wydaje się metaforą całego filmu. Głęboko sensowne nie tylko dla iluzji realizmu staje się (co prawda nie zawsze konsekwentne) wyciszanie dźwięków w próżni lub wytłumianie ich, by brzmiały jak z dna oceanu. Kilka scen rodem z typowego kina akcji, które przecinają wędrówkę bohatera, jest w tej intymnej historii dość nie na miejscu; spowolnione tempo wprawdzie hamuje adrenalinowy efekt, niemniej ich uzasadnienie dla fabuły wydaje się znikome (lub implikuje napoczynanie zbyt wielu współczesnych, krytycznych wątków). Kołem napędowym nie są nadświetlne akceleratory i laserowe spluwy, tylko dojrzewanie do zrozumienia, co jest najważniejsze. Koniec końców to opowieść o facecie gotowym przelecieć pół kosmosu, żeby pogadać z ojcem. To może i brzmi absurdalnie, ale wcale nie w śmieszny, lecz egzystencjalnie ludzki sposób.
„Ad Astra”. Reżyseria: James Gray. Scenariusz: James Gray, Ethan Gross. Obsada: Brad Pitt, Tommy Lee Jones, Donald Sutherland, Liv Tyler. Produkcja: Brazylia, Chiny, USA 2019, 124 min.