Wydanie bieżące

1 października 19 (379) / 2019

Krystian Wojcieszuk,

PIES W PUSTYM MIESZKANIU (SIGRID NUNEZ: 'PRZYJACIEL')

A A A
I think I’d prefer a novella of a life
S. Nunez: „The Friend” (2019)

„Try again. Fail again. Fail better”
S. Beckett: „Worstward Ho” (1983)
„Dlaczego utożsamiasz normalność z konserwatyzmem, Krystian?” – zapytał mnie niedawno lekko zanglicyzowany kolega. „A z czym innym miałbym ją utożsamiać?...” – moje pytanie zawisło na moment w powietrzu. Z kolegą, który wyemigrował do Wielkiej Brytanii, podczas regularnych wideorozmów omawiamy zwykle takie tematy, jak krążące nad Europą widmo brexitu, „nieuchronna” według niektórych konfrontacja Chin i USA czy maestria instrumentalna i wokalna gigantów rocka, takich jak Radiohead i Tool. Ostatnio jednak rozmowa zeszła na tzw. normalność.

Angielski przymiotnik conservative można oddać po polsku inaczej niż jako „konserwatywny”; w niektórych kontekstach może być przetłumaczony jako „zachowawczy” lub „ostrożny”. To ostatnie znaczenie pojawi się na przykład we frazie a conservative estimate – „ostrożne szacunki (od: szacować)”. Wielu z nas żyje obecnie „pomiędzy” językami, a prawdziwych purystów językowych dziś już nie ma. Poprawność językowa, czyli de facto językowy konserwatyzm, polega dziś więc na tym, by używać języka jak człowiek myślący, zachowując przy tym równowagę między nowoczesnością i tradycyjnymi normami. Pytanie zatem brzmi: kto jest dzisiaj bardziej konserwatywny – lewicowa („postępowa”) powieściopisarka czy prawicowy („zachowawczy”) internetowy nienawistnik (a.k.a. troll)?

Sigrid Nunez oczywiście należy do tej pierwszej kategorii jako autorka esejów i powieści, której teksty dają wyraz światopoglądowi przedstawicieli New York liberals. Drogi Czytelniku, możesz zatem w tym momencie zakończyć lekturę niniejszej recenzji, jeśli poszukujesz w życiu zbyt prostych odpowiedzi, a mowa twoja jest „tak, tak; nie, nie”, „imigranci won”, „pedały wyp*******ć”. Współcześnie przyjęło się twierdzić, że przedstawiciele zachodniej humanistyki („intelektualiści”) mają zwykle poglądy lewicowe lub są left-leaning, czyli ciążą, przynajmniej deklaratywnie, ku takim postawom, jak otwartość w stosunku do mniejszości etnicznych, seksualnych i innych, a także wyrażają w jakiś sposób troskę o dobrostan zwierząt i przyszłość planety. Warto w tym momencie jednak zadać sobie pytanie: czy inni humaniści byliby w ogóle do pomyślenia?

Nunez publikuje książki od z górą 23 lat, ale dopiero w bieżącym roku ukazała się po polsku jej powieść „Przyjaciel” (Wydawnictwo Pauza, Warszawa 2019), zapewne głównie dlatego, że rok wcześniej otrzymała ona prestiżową National Book Award. Być może powieść Nunez pozostanie także jej ostatnią książka, która będzie w stanie – dzięki wspomnianej nagrodzie i przekładom (u nas Dobromiły Jankowskiej) – znaleźć szerszy krąg odbiorców. „Przyjaciel” jest ambitnym literackim crossoverem między powieścią kampusową, esejem, wspomnieniami, reportażem uczestniczącym i książką kierowaną do miłośników psów i innych zwierząt domowych (nie muszę dodawać, która z tych kategorii ma najliczniejszą grupę odbiorców).

Nazwanie przeze mnie Sigrid Nunez nowojorską lewicującą intelektualistką może niestety wywołać ciąg skojarzeń, na końcu którego powstaje obraz osoby uprzywilejowanej, żyjącej od zawsze wygodnie i mającej niesłychanie dobry start życiowy, tymczasem wcale tak nie jest. Nunez to wykładowczyni literatury i kreatywnego pisania, która wywodzi się z klasy pracującej (ang. working class), a jej skomplikowane pochodzenie etniczne (niemiecko-panamsko-chińskie) jesteśmy w stanie odgadnąć tylko dzięki niekonwencjonalnemu połączeniu imienia i nazwiska. Autorka unika bowiem autopromocji i staroświecko posługuje się wyłącznie literaturą, czyli dziedziną, w której – obok języka – erudycja, wewnętrzny spokój i różewiczowskie „bycie w środku” to jedyne dopuszczalne narzędzia służące do egzekwowania własnej „strategii PR-owej”. Gdyby taka szufladkująca rekomendacja nie była jednocześnie protekcjonalna, szowinistyczna, naciągana i sztampowa, powiedziałbym, że Nunez jest takim W.G. Sebaldem w spódnicy. Lepiej więc przejdę do tego, co udało mi się zrozumieć z jej „Przyjaciela”.

Pusta strona i „element animalny”

O ile nie mówimy o tzw. rasach niebezpiecznych lub wrednych z charakteru „podłogowcach” (niektórzy nie lubią też chorobliwie dyszących mopsów, buldogów francuskich i chow-chowów), psy to z reguły pozytywni bohaterowie naszej, ludzkiej wyobraźni. Czy stają się jednak przez to pełnoprawnymi bohaterami literackimi? W tym zakresie Nunez wyraźnie uprawia kynologiczną krytykę tematyczną; czyli pisze o psach (przy okazji też kotach i królikach) to, co wie, wydaje jej się, że wie, oraz to, co czuje. Nie ma sensu tego wszystkiego po niej powtarzać. W książce pojawia się oczywiście John Maxwell Coetzee, z którego „Hańby” wielu z nas zapamiętało okrutne, „hurtowe” unicestwianie psów. Ważniejsze jest jednak zdanie wypowiedziane w pewnym momencie przez córkę Davida Luriego, czyli Lucy, na temat losu buldogów: „(…) są tylko częścią umeblowania, systemu alarmowego. Robią nam zaszczyt, że traktują nas jak bogów, a my w zamian traktujemy je jak przedmioty” (s. 92, tłum. Michał Kłobukowski). Jak z podłego „elementu animalnego” uczynić bohatera literackiego, w którym my, czytelnicy, moglibyśmy się jakoś przejrzeć? Odpowiedź jest o dziwo taka sama, jak w wypadku bohaterów ludzkich (i boskich) – podejście jednostkowe, żeby nie powiedzieć – personalne.

Ten jeden konkretny pies, czyli dog niemiecki arlekin (Apollo) pojawiający się na okładkach różnych wydań „Przyjaciela”, będzie tu najważniejszy jako spiritus movens fabuły; fabuły, która utknęłaby w miejscu, gdyby przyjaciel narratorki, popełniwszy samobójstwo, nie „osierocił” wspomnianego zwierzęcia. Bezimienny przyjaciel bohaterki odnalazł psa w tajemniczych okolicznościach w Central Parku i – w pewnym stopniu wbrew swojej naturze – postanowił go przygarnąć. Początek powieści nie traktuje jednak o psach/psie, tylko o narcystycznych erotomanach (psach na baby) będących czasem pisarzami, czyli ludźmi, którzy w księgarni lub kiosku z gazetami czują się jak pies w sklepie mięsnym (znów Tadeusz Różewicz).

Zakończenie przez Philipa Rotha kariery pisarskiej publikacją bardzo dobrej, refleksyjnej powieści „Nemezis” (2010 – oryginał wydany przez Vintage), a następnie śmierć pisarza (2018) można było odebrać jako symboliczny koniec epoki w historii powieści realistycznej. Narratorka nie pisze oczywiście, że jej zmarłym przyjacielem jest Roth – magia elipsy (niedopowiedzenia) i czytelniczej konkretyzacji zrobiła tu jednak swoje – wyobrażałem sobie w trakcie lektury nieco mniej oschłego i mniej literacko utytułowanego Philipa Rotha albo po prostu Davida Kepesha, najlepiej znanego czytelnikom z „Konającego zwierzęcia” (lub filmowej „Elegii”). Kogoś przecież musimy sobie wyobrazić jako tego wysokiego, szczupłego, „dobrze się starzejącego” mężczyznę, którego rozczarowuje „upierdliwość” współczesnego feminizmu i niepokoi upadek kultury pisma oznaczający jednocześnie degradację figury pisarza (masculinum). Wracając do „Hańby” Coetzeego: dużo jest w powieści Nunez tej dobrze znanej wykładowcom uniwersyteckim irytacji na „bezmiar ignorancji studentów”, bo to przecież: „posthistoryczni, postalfabetyczni postchrześcijanie, całkiem jakby dopiero wczoraj wykluli się z jaj”. W „Przyjacielu” mamy z kolei skargi studentów na „dziennik Anny Frank, w którym ponoć niewiele się dzieje, a potem historia się urywa” (s. 118).

Niektórzy nadal próbują pisać „wielkie współczesne powieści”, choć potem nie ma ich już kto czytać, jak pokazuje przykład „Infinite Jest” Davida Fostera Wallace’a. Znam kogoś, kto męczył do końca „Moją walkę” Knausgarda, czyli książkę, którą Apollo w „Przyjacielu” konsekwentnie pożera. Czasy są takie, że nic spektakularnego już z pisania wielkich narracji nie wychodzi. Podczas jednego z Festiwali Conrada w Krakowie Jonathan Franzen (w rozmowie z Grzegorzem Jankowiczem) wspominał co prawda, że spaliłby własną posiadłość za pomysł na kolejną „wielką powieść”, ale przy obecnym rynku nieruchomości chyba jednak tej powieści już nie napisze.

„Przyjaciel” Nunez jest miejscami polemiczny wobec wyżej wspomnianych prób – książka ta właściwie stara się zdemitologizować i strywializować wszelkie takie dążenia. Jednocześnie jednak autorka broni stanowiska, że powieściopisarstwo to rodzaj świeckiego powołania, sacrum, religii… Nie ma w jej podejściu sprzeczności, ponieważ wielka literatura jest ciekawsza niż jej twórcy, nie wspominając już o tym, że jest mądrzejsza niż konkretni czytelnicy w konkretnych momentach swojego życia. Szczerze mówiąc, czytałem powieść Nunez z dużą przyjemnością, ale ewidentnie okazała się dla mnie zbyt „mądra”, zbyt meta-, mimo że poczytna. Sądzę, że szczególna trudność, przed którą stanęła Dobromiła Jankowska podczas tłumaczenia, dotyczyła odtworzenia erudycji autorki/narratorki w docelowym języku polskim. Wbrew pozorom książki „uszyte” z cytatów nie są prostsze w tłumaczeniu.

Recenzując „Przyjaciela”, uparcie walczę z kolejną pustą stroną. Czytelników (niestety, tylko tych dobrze znających język angielski), którzy chcieliby przeczytać poważną analizę tej powieści, ze szczególnym uwzględnieniem uwikłania uczuciowego narratorki, odsyłam do recenzji Laury Kipnis z „The New York Review of Books” sprzed ponad roku.

Poza pustą stronę

Strach przed kolejnym krokiem i przed pustą stroną można pokonać na dwa przynajmniej sposoby: zajmując się losami innych ludzi lub wymyślając historie i postacie. Obydwa te sposoby znajdują zastosowanie w „Przyjacielu”. Nunez rozpoczyna od krótkiej „anegdoty” o kambodżańskich kobietach wypłakujących oczy tak długo, aż psychosomatycznie ślepły. Później, po refleksjach na temat egocentryczności panującej w światku literackim i obrzydliwości samej pisarskiej profesji, narratorka zajmuje się innymi strasznymi losami spotykającymi kobiety, znanymi jej a to z filmu „Lilja 4-ever”, a to z ośrodka dla ofiar handlu ludźmi, gdzie prowadzi warsztaty pisarskie. W pewnym momencie nawet sama pozwala nam spojrzeć na własną „blokadę pisarską”. Minimalizm autorki jest tu naprawdę na miejscu – gdyby tę książką pisał mężczyzna, w najlepszym razie oddałby Apolla do schroniska, a przez resztę powieści użalał się nad swoim słabnącym libido.

Sigrid Nunez pisze natomiast, konstruując kolejne realistyczne scenki, podpierając się przemyśleniami z własnych lektur i analizując siebie wraz z psem oddanym jej pod opiekę. Apollo potrzebuje weterynarza, ona – psychoterapeuty. Jej relacja ze zmarłym przyjacielem była czymś, co tak szczelnie wypełniło jej życie uczuciowe, że nie zostało miejsca na prawie nic innego. W ten sam sposób dog niemiecki wypełnia jej małe mieszkanie i codzienne życie. Kłopot w tym, że nie jest narcystyczna i nie potrafi być samolubna; wobec bezproduktywnych uczuć, jak nieprzepracowana żałoba po niespełnionej miłości, powinniśmy móc się zachowywać bezwzględnie. Nie potrafi, przez co wrażliwość na cierpienie zwierzęcia staje się na dłuższą chwilę jej przekleństwem.

„Przyjaciel” jest ostentacyjnie zmyślony i realistyczny zarazem. Zmyślenie przejawia się we wspomnianej intertekstualności, z której powstało w tej powieści wszystko, łącznie z Apollem. Realizm to natomiast przypadkowość, wszechobecny absurd i wyraźne podkreślenie faktu, że najlepsze zakończenie, jakie czeka nas wszystkich w życiu, to starzenie się i śmierć. Zwierzęta różnią się od ludzi tym, że na swojej życiowej drodze nie wierzą w żadne narracje; żaden pogląd nie wydaje im się prawdziwszy od innego – nie stworzyły mitologii, religii, kina i fake news.

***

Zatem z czym innym, poza konserwatyzmem, miałbym utożsamiać „normalność”? Według wspomnianego na początku tej recenzji kolegi – z równowagą. Wytrąceni z równowagi, na przykład w stanie żałoby jak narratorka „Przyjaciela”, przestajemy być „zachowawczy”, poszukujemy aktywnie poza naszymi zwyczajowymi zachowaniami. Klocki życia muszą ułożyć się na nowo. Jedni zakładają w tym celu partie polityczne, inni przygarniają bezpańskie psy…
Sigrid Nunez: „Przyjaciel”. Przeł. Dobromiła Jankowska. Wydawnictwo Pauza. Warszawa 2019.