ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 października 19 (379) / 2019

Maja Baczyńska, Aleksandra Chmielewska,

TO, CZEGO SIĘ NIE WYPOWIE

A A A
Maja Baczyńska: Co Cię fascynuje w postaci Fridy Kahlo?

Aleksandra Chmielewska: Frida była dzika. Kiedy przeczytałam po raz pierwszy jej biografię – miałam wtedy dziesięć lat – towarzyszyło mi bardzo dziwne uczucie, jakbym czytała o sobie. Długo mogłabym się rozwodzić na temat łączących nas podobieństw: począwszy od zamiłowania do tego, co dziwne i niekonwencjonalne, przez wybujałą uczuciowość, a na silnym zaabsorbowaniu własną osobą zakończywszy. W każdym razie jej postać towarzyszyła mi od tamtej pory już zawsze, a ja ciągle, bardziej lub mniej świadomie, doszukuję się w naszych losach analogii. Poczucie pokrewieństwa zrodziło we mnie pomysł, żeby skomponować operę o Fridzie w ramach mojej pracy doktorskiej. Przede mną ogromne wyzwanie, nie tylko muzyczne, ale i dramaturgiczne. Nie chciałam, żeby to była opera o malarce, ale przede wszystkim o kobiecie balansującej pomiędzy własnymi ograniczeniami i pragnieniami.

M.B.: Inspiracji twórczych masz sporo. Jedna z nich to gamelan.

A.Ch.: Echa muzyki gamelanowej faktycznie pobrzmiewają w utworze „Letter from faraway island” wydanym niedawno na płycie Bartka Jakubczaka i Miłosza Pękali, ale to raczej jednorazowa inspiracja. Jestem całkowicie zakochana w Indonezji. Odkrycie tamtejszej kultury muzycznej wyznaczyło pewną cezurę w moim życiu artystycznym. Będąc dwukrotnie na Bali, w świątyni Uluwatu, miałam okazję uczestniczyć w fascynującym tańcu i zarazem przedstawieniu teatralnym Kecak, towarzyszącym zachodowi słońca. Do dziś bardzo wyraźnie pamiętam, jak siedząc tam na ziemi, przy ogniu, w tajemnym kręgu, zatraciłam się w tej transowej muzyce, mimo że była tak daleka od tego, co w muzyce najbardziej kocham, bo nie miała ani melodii, ani napięć, ani nawet kulminacji.

M.B.: Kiedyś zastanawiałam się, czy to rzeczywiście możliwe, aby wciąż powstawały nowe melodie. A może na przestrzeni dziejów wciąż powracamy do tych samych dźwięków i tylko nam się wydaje, że wciąż wymyślamy coś nowego? Bez wątpienia znane motywy zawsze można pokazać w nowej odsłonie, na swój własny sposób. No właśnie, jak to jest z tymi melodiami? Czy jeszcze coś tu nas może zaskoczyć czy w ogóle nie o to chodzi? Jak nieskończony może być wszechświat dźwięków?

A.Ch.: Oczywiście, z samych reguł kombinatoryki wynika, że powstawanie nowych melodii jest i prawdopodobnie zawsze będzie możliwe, bo przecież zestawianie ze sobą różnych wysokości dźwięków i czasów ich trwania daje niewyobrażalną liczbę permutacji. Bardziej można się zastanawiać nad zasadnością priorytetowego potraktowania tego elementu w dzisiejszych czasach, kiedy tak bardzo rozwinęły się możliwości kształtowania przebiegu muzycznego przy użyciu chociażby kolorystyki. Ja akurat uważam za przejaw dużego kunsztu i wrażliwości stworzenie tematu, który zapadnie w pamięć i w serce. Melodia jest dla mnie głównym motorem narracji; stworzenie „wciągającej” melodii jest dla mnie trochę, jak stworzenie pierwszego rozdziału powieści tak dobrego, że czytelnik będzie miał ochotę przeczytać kolejne.

M.B.: No właśnie, tworzysz także w warstwie słów. Opowiedz coś więcej o tym.

A.Ch.: Piszę powieści i opowiadania, może nawet z jeszcze większym zapałem niż muzykę, chociaż – póki co – z mniejszym, niestety, powodzeniem. Jeszcze będąc w liceum, napisałam powieść „Uczeń Czarnoksiężnika”, której fabułę osnułam na kanwie pożaru w barcelońskim teatrze operowym Liceu. Powieść została dwukrotnie wydana, a ostatnie wydanie – z 2014 roku – jest dostępne w księgarniach. Napisałam też dwie powieści dla dzieci, z których jedna „Wspomnienia z przyszłości”, do której ilustracje przygotowuje teraz uzdolniona artystka Kamila Śladowska, ma dużą szansę zostać wydana w tym roku. Mam na dysku komputera bardzo wiele szkiców i pomysłów, które rozwijam w miarę możliwości czasowych; prowadzę też dziennik, w którym staram się możliwie regularnie opisywać to, co mi się przydarza.

M.B.: Wróćmy jednak do muzyki. Jak na młodą kompozytorkę, współpracowałaś z szeregiem renomowanych zespołów muzycznych. Czego taka współpraca może uczyć?

A.Ch.: Najważniejsza lekcja, jaką udało mi się wyciągnąć ze współpracy z dużymi zespołami dotyczy precyzji odnośnie zapisu nutowego. Wszelkie nieścisłości związane z dynamiką, artykulacją, ekspresją, wywołują na próbie pytania, a te z kolei powodują, że niepotrzebnie traci się czas, którego przeważnie i tak jest za mało. Taka współpraca uczy też odpowiedniego wyrażania swoich sugestii i refleksji – a raczej powinna uczyć, bo ja ciągle mam z tym pewien problem. Na przykład podczas prób orkiestry paraliżuje mnie świadomość, że stoję sama jak palec naprzeciwko wielkiego zespołu i zamiast mówić jasno, że coś mi się nie podoba, staram się być przesadnie delikatna, przez co w rezultacie i wilk nie jest syty, i owca niecała. Pamiętam, jak kiedyś przezwyciężyłam ten opór i zdecydowanym tonem zwróciłam uwagę trębaczom, mówiąc, że prosiłabym o jeszcze krótsze staccato. Dyrygent wziął mnie po próbie na stronę i bardzo nieprzyjemnym tonem zwrócił mi uwagę, że powinnam być bardziej dyplomatyczna i w pierwszej kolejności powiedzieć, że trębacze świetnie grają, a dopiero potem, że chciałabym krótsze staccato. Poczułam się jak w podstawówce. Od tamtej pory znów – profilaktycznie – jestem przesadnie delikatna.

M.B.: Pewnie z podobnym dylematem boryka się niejeden młody dyrygent czy reżyser. Ale próby orkiestry czy chóru bywają wyjątkowo „barwne”. Masz jakieś szczególne wspomnienie?

A.Ch.: Mam ich całe mnóstwo, ale najbardziej zapadły mi w pamięć wydarzenia związane z pierwszym w życiu wykonaniem mojego utworu orkiestrowego przez Orkiestrę Filharmonii Lwowskiej. Podczas pierwszej próby usadowiłam się gdzieś w głębi widowni, czekając cierpliwie aż dyrygent zabierze się za moją kompozycję. Wtem zdałam sobie sprawę, że dźwięki utworu, nad którym orkiestra pracuje od dobrego kwadransa, brzmią znajomo. Okazało się, że ich interpretacja tak bardzo różniła się od brzmienia, które miałam w głowie, że dopiero po jakimś czasie rozpoznałam własną muzykę! A poza wszystkim bardzo polubiliśmy się z dyrygentem, który po koncercie bardzo skomplementował moją muzykę i powiedział: „ty jesteś jak anioł”. Potem napisałam mu piękną i poetycką dedykację w partyturze, w której zrobiłam feralny błąd w jego nazwisku i tak zakończyła się nasza znajomość.

M.B.: Jesteś przewodniczącą Koła Młodych ZKP. Jakie są Wasze główne cele?

A.Ch.: Nasze cele statutowe to przygotowanie młodych kompozytorów, teoretyków i muzykologów do twórczego uczestnictwa w rozwijaniu polskiej kultury muzycznej i do członkostwa w ZKP, a także promowanie twórczości młodych kompozytorów i muzykologów. Organizujemy koncerty kompozytorskie, jesteśmy współorganizatorami warsztatów kompozytorskich w ramach Warszawskiej Jesieni, mamy własny Konkurs Kompozytorski im. Zygmunta Mycielskiego. Od tego roku współpracujemy też z European Composers and Songwriters Alliance, co bardzo mnie cieszy, bo to krok w stronę wyjścia z naszą działalnością poza granice Polski.

M.B.: Jakie cechy Twojej osobowości według Ciebie najmocniej wpływają na Twoją twórczość?

A.Ch.: Jestem bardzo emocjonalna. Łatwo się wzruszam, ekscytuję, bardzo przeżywam sprawy, które ktoś inny mógłby uznać za całkowicie nieistotne. Na co dzień ta emocjonalność często mi zawadza (może dlatego wybrałam trochę samotniczą drogę twórczą...), ale w muzyce, czy szerzej – w sztuce – bywa bardzo pomocna, bo pozwala wyraźniej dostrzegać napięcia emocjonalne rozgrywające się pomiędzy dźwiękami czy słowami. Kiedy piszę muzykę, całkowicie kluczowe jest dla mnie jak najbardziej sugestywne przeprowadzenie słuchacza przez spektrum emocji, których doświadczam. To dla mnie bardzo ważna i bardzo osobista sprawa; mam silne poczucie, że muzyka daje mi szansę powiedzenia o tym wszystkim, o czym nie mam z kim porozmawiać.

M.B.: Na koniec mam jeszcze jedną nurtującą mnie kwestię. Jak zaistnieć na rynku muzycznym, pisząc muzykę współczesną? Jak stworzyć przestrzeń dla młodych twórców?

A.Ch.: Pamiętam, że prowadziłam kiedyś wywiad z Pawłem Mykietynem, który między wierszami rzucił taką uwagę, że muzyka klasyczna to nisza, a współczesna muzyka klasyczna to nisza do kwadratu albo i do sześcianu. Byłam wtedy na samym początku studiów i mocno wierzyłam, że w perspektywie kilku najbliższych lat zrobię spektakularną karierę; pamiętam, że te słowa wywarły na mnie mocne wrażenie. Faktycznie, kompozytorzy muzyki współczesnej (przy czym, posługując się tym terminem, myślę o kompozytorach współcześnie tworzących, a niekoniecznie posługujących się współczesnymi technikami), mają niewielką, a przynajmniej niedostatecznie dużą siłę przebicia tu, w Polsce, gdzie borykamy się m.in. z problemem marginalnego traktowania polskiej muzyki współczesnej przez radio. Bardzo chciałabym umieć odpowiedzieć na Twoje pytania, ale gdybym znała ten sekret, pewnie byłabym dziś w trochę innym miejscu niż jestem obecnie. Obserwując nasze środowisko muzyczne, wydaje mi się, że – szczególnie w porównaniu z krajami zachodnimi – nie jest naszą najmocniejszą stroną kumulowanie się i wspólne zabieganie o nasze interesy. Wielu twórców patrzy – co zrozumiałe – na interes własny, ale gdyby kierowało nami silniejsze poczucie dobra ogółu, gdybyśmy lepiej umieli jednoczyć się i walczyć o swoje prawa, to z pewnością nasze własne interesy by na tym nie ucierpiały, a wprost przeciwnie.

M.B.: A które wielkie muzyczne imprezy wskazałabyś jako najważniejsze dla „wkraczającego” na taki rynek kompozytora?

A.Ch.: Trudno mi wyłonić jeden „zestaw” takich imprez, bo każdy młody kompozytor poszukuje czego innego. Dla twórcy muzyki filmowej będą to głównie festiwale filmowe, takie jak Festiwal Muzyki Filmowej czy Transatlantyk Festival i towarzyszące im warsztaty i konkursy kompozytorskie, dla kompozytora muzyki sakralnej będą to na pewno takie konkursy, jak Musica Sacra Nova, dla twórcy skoncentrowanego na muzyce nowej festiwale: Warszawska Jesień, Sacrum Profanum, Poznańska Wiosna Muzyczna, czy Unsound Festival. Ja otarłam się o różne festiwale, kursy i konkursy, ale żaden nie okazał się trampoliną, dzięki której nagle z szarej myszki przepoczwarzyłabym się w rozpoznawalną postać. Jestem raczej zdania, że takie przepoczwarzanie to długi proces gromadzenia doświadczeń, sukcesów i porażek, podróżowania, słuchania otwartym uchem i głębokiego przeżywania, nie tylko muzyki. Najczęściej to wcale nie wielkie festiwale i towarzyszący im blichtr, ale te zupełnie niepozorne zdarzenia i spotkania pozostawiają w człowieku najtrwalszy ślad.

M.B.: Dziękuję za rozmowę.
Fot. Ludmiła Szulińska.