ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (386) / 2020

Agnieszka Piela,

O RZUCANIU MIĘSEM... (BENJAMIN K. BERGEN: 'WHAT THE F.')

A A A
Są takie książki, które jednocześnie przyciągają i odpychają czytelników. Z jednej strony mamy ochotę je czytać, bo mocno intryguje nas zapowiadana w nich treść, z drugiej natomiast – trudno nam wytrwać w ich lekturze do końca, albowiem prędzej czy później wywołują w nas pewien niesmak. Wśród omawianych publikacji bez wątpienia centralne miejsce zajmują pozycje traktujące o rzucaniu mięsem, czyli przeklinaniu. Zatem to nic dziwnego, że mieszane uczucia targały mną podczas czytania książki Beniamina K. Bergena, językoznawcy z Uniwersytetu Kalifornijskiego w San Diego, „What the F. Co przeklinanie mówi o naszym języku, umyśle i nas samych”. Zresztą autor już na wstępie komunikuje odbiorcom, że „To jest książka o brzydkich słowach. Nie o lekkich pseudoprzekleństwach w rodzaju »cholera« czy »kurde« których pełna jest publiczna telewizja. Mam na myśli gruby kaliber. Jak »jebać«. Albo »cipa«. Albo »czarnuch«. Te wyrazy są wulgarne. Szokujące. Obraźliwe. Krzywdzące” (s. 7).

Na polskim rynku wydawniczym charakteryzowana publikacja jest nowością – do obiegu czytelniczego weszła stosunkowo niedawno, bo pod koniec 2019 roku, natomiast na amerykańskich półkach księgarskich ukazała się w roku 2016 nakładem nowojorskiego wydawnictwa Basic Books. Warto nadmienić, że nie jest to pierwsze dzieło Bergena ogłoszone w Polsce przez krakowskiego wydawcę Copernicus Center Press i przetłumaczone z języka angielskiego przez Zuzannę Lamżę. Zapewne każdy, kto śledzi dokonania naukowe zagranicznego lingwisty, ma już za sobą lekturę jego książki o nader chwytliwym tytule „Latające świnie. Jak umysł tworzy znaczenie” (2017).

Benjamin Bergen reprezentuje kognitywne podejście do języka. Ogólnie mówiąc, ideą językoznawstwa kognitywnego jest osadzenie języka w szerokim kontekście ontologicznym. Według kognitywistów język stanowi odbicie procesu ludzkiego poznania, stąd jego badanie sprowadza się do eksplorowania ogólnych procesów poznawczych warunkowanych czynnikami kulturowymi, psychologicznymi oraz socjologicznymi. Inaczej rzecz ujmując, język człowieka jest obrazem naszego świata, a zatem kontekstem, w jakim należy go postrzegać, jest otaczający świat (zob. Tabakowska 1995: 12-14). I rzeczywiście w ten sposób patrzy Bergen na słownictwo nacechowane wulgarnie, próbując dociec, co przeklinanie mówi o naszym języku, umyśle i nas samych. Ciekawe, że tematyka podjęta w książce wydaje się autorowi dość bliska, ponieważ – jak sam bez ogródek przyznaje – na co dzień posługuje się niecenzuralnymi formami językowymi, czemu daje wyraz, pisząc: „Dla kogoś takiego jak ja, kognitywnego językoznawcy niestroniącego od rynsztokowego języka, wulgaryzmy to kopalnia złota” (s. 7). Co więcej, autor zupełnie nie ukrywa przed czytelnikami faktu, że żywi do przekleństw szczególny afekt, a jego dzieło jest niczym „list miłosny do wulgaryzmów” (s. 368).

Na omawianą książkę składają się: „Wstęp” (s. 7–16) oraz jedenaście rozdziałów: I. „Rany boskie, jebany, zasrany, pedał” (s. 17–51), II. „Słowo na cztery litery” (s. 53–83), III. „Jeden palec wart jest więcej niż tysiąc słów” (s. 85–134), IV. „Plugawy język świątobliwego męża” (s. 135–157), V. „Dzień, w którym papież powiedział słowo-na-C” (s. 159–193), VI. „Pieprzona gramatyka” (s. 195–229), VII. „Jak Wackowi urosły jajka” (s. 231–270), VIII. „Niewyparzone buzie małych Samoańczyków” (s. 271–291), IX. „Kruche młode umysły” (s. 293–322), X. „Słowo za 100 000 dolarów” (s. 323–351), XI. „Paradoks wulgarności” (s. 353–379). Uzupełnieniem publikacji są: „Podziękowania” (s. 381–384), „Przypisy” (s. 385–392), „Bibliografia” (s. 393–410) oraz „Indeks” (s. 411–413).

We wstępnej części pracy Bergen tłumaczy czytelnikom, dlaczego wulgarny język zasługuje jego zdaniem na głębszą uwagę. W zasadzie podaje trzy powody, które zainspirowały go do napisania książki o miotaniu przekleństwami. Pierwszy jest taki, że wulgaryzmy same w sobie są fascynujące, drugi – są ważne, ponieważ ludzie posługują się nimi, aby wyrazić swoje najsilniejsze emocje, trzeci – są potężne, bo mają siłę emocjonalnego i społecznego oddziaływania. Zadania, jakie postawił sobie badacz, określone zostały w formie następujących pytań: „Dlaczego wulgaryzmy są wulgarne? Czy chodzi o coś w ich pisowni? Czy raczej w brzmieniu? Skąd się wzięły? Czy cały świat anglojęzyczny posługuje się tymi samymi przekleństwami? Na ile angielskie przekleństwa są reprezentatywne dla reszty globu? Co przeklinanie robi z naszym mózgiem? I z mózgami naszych dzieci? Na co ma wpływ w środowisku zbudowanym z różnych grup religijnych, etnicznych i kulturowych?” (s. 14), „Jak tabu językowe różnią się w różnych językach i w czym są do siebie podobne? (…), Dlaczego wyzwiska w rodzaju »czarnuch« czy »pedał« są tak niezrównane w wyrządzaniu krzywdy? Co by się stało, gdyby udało się zniwelować ich wpływ na marginalizowane grupy i jednostki? Czy możemy zakazać, ocenzurować lub nadać nowy wydźwięk szkodliwym wyrażeniom?” (s. 7-8).

Nie będę ukrywać, że wstęp do „What the F.” mocno mnie rozczarował. Otóż zdecydowanie za dużo w nim danych o życiu prywatnym Bergena i stanowczo za mało merytorycznych kwestii. Zastanawia, dlaczego autor nie zajął w części wprowadzającej stanowiska wobec kluczowych problemów – nie ma tu mowy o rozumieniu określenia „brzydkie wyrazy” czy „rynsztokowy język”, nie ma też żadnej wzmianki na temat pojmowania podstawowych w dziele pojęć. Co prawda w innym miejscu pracy językoznawca próbuje zdefiniować wulgaryzm, przekleństwo, bluzg oraz obelgę, ale, według mnie, nie udaje mu się wytyczyć ścisłych granic między tymi określeniami (zob. s. 18–21). Co więcej, kognitywista zaznacza, że przecież na co dzień „ludzie nie dokonują systematycznych rozróżnień między przeklinaniem, klęciem czy bluzganiem” (s. 19). To fakt, ale czyż nie jest to właśnie wystarczający powód, by precyzyjnie i wyczerpująco objaśnić czytelnikowi znaczenie użytych w pracy pojęć? Na szczęście w tym względzie z pomocą przychodzą nam rodzime opracowania. Mam na myśli między innymi „Słownik polskich przekleństw i wulgaryzmów” Macieja Grochowskiego. Ze wstępu do leksykonu dowiemy się, jakie są różnice i wzajemne korelacje między ciskaniem przekleństwami, wypowiadaniem wulgarnych słów a wyzwiskami (Grochowski 1995: 12–19).

I jeszcze jedna uwaga. Kiedy czytamy wstępne słowa Bergena, odnosimy wrażenie, jakoby to właśnie autor dokonał odkrycia wulgaryzmów i po raz pierwszy w dziejach ludzkości je opisał. Świadczą o tym następujące fragmenty pracy: „W ciągu całej swojej liczącej kilka tysięcy lat historii naukowa analiza języka zwykle ignorowała wulgaryzmy, jeśli w ogóle zauważała ich istnienie. Jestem jednak gotów stwierdzić, że działo się to ze szkodą dla niej samej. W pewnym sensie słowo na cztery litery może nauczyć nas więcej niż takie, za które dostaje się nagrody literackie” (s. 8), „Język jest fascynujący. Niemniej jednak przez ostatnie dwadzieścia trzy wieki zajmujący się nim naukowcy skupiali się raczej na jego uładzonej i nieco wyjałowionej wersji” (s. 11), „(…) pomimo tego, jak wszechobecne i potężne są przekleństwa, niemal nikt nie wie o nich nawet najbardziej podstawowych rzeczy” (s. 14), „Przez większość czasu jednak lingwiści trzymają się z dala od badań dotyczących wulgaryzmów, nawet jeśli są one potencjalnie porywające, ze strachu przed tym, co mogłoby się stać, gdyby ich przełożeni zaczęli oceniać zebrany materiał badawczy lub gdyby ich dorobek miano przedstawić na radzie wydziału decydującej o zatrudnieniu” (s. 15), „Po to powstał ten tekst: jako impreza na cześć wyjścia z szafy kognitywnych badań dotyczących przeklinania (…)” (s. 16). W mojej opinii przytoczone zdania są mało wiarygodne, ponieważ nie zostały poparte niezbitymi argumentami, a przecież prace naukowe powinny odznaczać się wyjątkową rzetelnością badawczą. Jestem też przekonana, że, gdyby autor pokusił się o przedstawienie stanu badań nad wulgaryzmami, to z pewnością uniknąłby szermowania ogólnikami. Tak czy owak, trudno amerykańskiemu badaczowi uwierzyć wyłącznie na słowo w to, co mówi.

Opisowi, jakie słowa użytkownicy danego języka uważają za wulgarne, poświęcony został rozdział pierwszy. Autor, przyglądając się językowi angielskiemu, występującemu w różnych zakątkach świata (np. w Wielkiej Brytanii, Nowej Zelandii, USA) oraz innym językom, np. francuskiemu czy rosyjskiemu, dochodzi do wniosku, że wulgaryzmy mają wspólne źródło, ponieważ wywodzą się z podobnych dziedzin, tj. sfery sacrum, współżycia seksualnego, procesów fizjologicznych oraz obrażania kogoś. Zauważa przy tym, że specyficzne uwarunkowania kulturowe społeczeństw przesądzają o sposobie funkcjonowania przekleństw w danym języku.

Czytelnika szukającego odpowiedzi na pytanie, co sprawia, że dany wyraz staje się wulgarny, z pewnością zainteresuje drugi rozdział pracy. Bergen próbuje w nim rozwikłać dość problematyczną kwestię – chodzi mianowicie o ustalenie, dlaczego jedne wyrazy uchodzą za brzydkie, a inne, choć również „pikantne”, niekoniecznie już za takie są uważane. Kognitywista szczegółowo omawia współzależność między długością wyrazów wulgarnych a częstotliwością ich użycia oraz rozpatruje stronę brzmieniową nieprzyzwoitych form językowych.

W kolejnej części pracy autor koncentruje swoją uwagę na wulgarnej mowie ciała. Wychodzi z założenia, że „[w] przeciwieństwie (…) do sygnałów wydawanych za pośrednictwem języka znacznie łatwiej nam rozgryźć, dlaczego znaki kreślone przez dłonie – w tym nieprzyzwoite – przybierają takie, a nie inne formy” (s. 83). Językoznawca stara się odpowiedzieć na następujące pytania: „Które ruchy ciała są obraźliwe i dlaczego? Na ile podobne do siebie są wulgarne gesty w różnych językach? Czy rządzi nimi jakaś ogólna zasada?” (s. 93).

Rozdział czwarty „What the F.” wprowadza odbiorcę w rejony neurolingwistyki, czyli nauki zajmującej się, najogólniej mówiąc, badaniem relacji między mową a mechanizmami funkcjonowania ludzkiego mózgu. Autor dzieli się tutaj wieloma ciekawymi spostrzeżeniami. Pisze na przykład o tym, że wulgaryzmy są generowane przez inne obszary mózgu niż niewulgaryzmy oraz że chorzy na koprolalię i afatycy, u których została zachowana automatyczna mowa, przeklinają zupełnie inaczej. Wykrzyknienia obecne w koprolalii wiążą się głównie z czynnościami życiowymi ludzkiego organizmu, natomiast afatycy posługują się zazwyczaj określeniami nazywającymi uczucie frustracji (zob. s.153).

O tym, że każdy z nas, nawet papież Franciszek, nie jest wolny od językowych lapsusów, traktuje piąta część omawianej publikacji. To naturalne, że „Języki plączą się wszystkim, nie tylko tym, którym zdarzyło się zostać papieżem (…). Jednak błąd błędowi nierówny” (s. 160). Według amerykańskiego lingwisty przejęzyczenia, zwłaszcza te, które prowadzą do wulgaryzmów, są szczególnie cennym źródłem wiedzy, ponieważ dostarczają informacji o tym, w jaki sposób ludzie planują swoją wypowiedź, jak dobierają słowa i jak artykułują dźwięki.

Z szóstego rozdziału dowiadujemy się, że wulgarna może być również gramatyka danego języka. Bergen na niemal 20 kartkach swojej książki próbuje dowieść, że przekleństwami rządzą odrębne prawa gramatyczne, co ilustruje odpowiednimi przykładami z języka angielskiego, jednak koniec końców konkluduje, że sprawa tak naprawdę nie jest oczywista i jednoznaczna, albowiem: „Jeśli gramatyka języka jest pewnym systemem prawidłowości (…), to wulgaryzmy zarazem wpisują się weń i narzucają mu ze swojej strony wiele własnych podreguł” (s. 228).

O ewolucji przekleństw traktuje część zatytułowana „Jak Wackowi urosły jajka”. Generalnie badacz skupia się na opisie zmian semantycznych wyrazów angielskich, które w toku rozwoju zyskały wulgarne nacechowanie. Historycznojęzykowe dociekania zawarte zostały następujących podrozdziałach: „Krok pierwszy: znaczenie słowa rozszerza się”, „Krok drugi: rozpowszechnienie”, „Krok trzeci: każda akcja rodzi reakcję”, „Krok czwarty: zachwianie równowagi”, „Krok piąty: zamienniki”, „Krok szósty: eufemizmy”, „Krok siódmy: zmiana jest jedyną stałą”.

W rozdziale ósmym „What the F.” łamie Bergen stereotypowy sposób myślenia o języku, ściślej mówiąc, o pierwszych słowach wypowiadanych przez nas w dzieciństwie. Panuje powszechne przekonanie, że pierwsze z wyartykułowanych przez nas dźwięków stanowią wyrazy opisujące rodzica czy opiekuna. Jednak w egzotycznej kulturze samoańskiej dzieci zaczynają naukę mowy nie od słowa mama czy tata, ale od wulgaryzmu tae ‘gówno’.

Kolejna partia książki zawiera informacje na temat wpływu wulgaryzmów na język i zachowanie dzieci oraz młodzieży. Autor zapytuje: dlaczego tak wielu ludzi ślepo wierzy w szkodliwość wulgarnego języka, skoro brak dowodów na to, że przekleństwa są złe?

W przedostatnim rozdziale „What the F.” kalifornijski uczony przestrzega czytelników przed publicznym rzucaniem mięsem, gdyż takie zachowanie mowne może nas słono kosztować – nawet 100 000 dolarów! Otóż grzywną w takiej kwocie za używanie obraźliwych słów pod adresem sędziego ukarano koszykarza Kobego Bryanta. Czy odgórne zakazywanie obelg jest słuszne? Czy kary finansowe za ciskanie obelgami rzeczywiście są dotkliwe? Odpowiedzi na te pytania pozna czytelnik dopiero po lekturze tej części publikacji.

Całość tomu wieńczą rozważania o bardziej i mniej skutecznych metodach walki z wszechogarniającą wulgaryzacją języka. Okazuje się, iż rozmaite działania, mające służyć eliminacji brzydkich słów z przestrzeni publicznej, nie przynoszą spodziewanych rezultatów, np. cenzurowanie niepożądanych treści przez ich zagłuszanie lub „wypikanie”. Zgodzić się trzeba z Bergenem, że: „Język to ruchomy cel: zakazywanie jakiegoś słowa sprawia jedynie, że jutro na jego miejscu pojawi się kolejne. Cenzura przypomina językową wersję gry w »uderz kreta«: każdej trafionej młotkiem figurce odpowiada wyskoczenie trzech następnych” (s. 360). W ostatnim rozdziale autor zwraca uwagę również na pozytywne aspekty przeklinania. Podobno używanie „brudnych wyrazów” zwiększa tolerancję na ból, a klęcie w trakcie prowadzenia samochodu ma zbawienny na kierowcę wpływ – pomaga mu rozładować złe emocje, przez co jazda staje się bezpieczniejsza. Zawsze jednak trzeba pamiętać, że „wulgaryzm wulgaryzmowi nierówny” (s. 370).

Pewnie rekomendowanie książki o przekleństwach nie jest zbyt eleganckie, niemniej jednak uważam, że „What the F.” przeczytać warto. Publikacja wcale nie popularyzuje wulgarnej mowy i wcale nie uczy kląć jak dorożkarz, szewc lub na czym świat stoi, ale w znacznym stopniu przyczynia się do wzrostu świadomości językowej czytelników, bowiem podstawowy jej cel stanowi zgłębienie istoty nieparlamentarnego słownictwa. Zresztą nie polecam jej do poduszki, bo trudno ją czytać tuż przed zaśnięciem, wszak nie jest to lektura ani łatwa, ani lekka, ani przyjemna. Bez dwóch zdań „What the F.” nie ukołysze czytelnika do snu. Swoją drogą dobrze byłoby książki traktujące o przekleństwach, wulgaryzmach i wyzwiskach zaopatrywać w ulotki zawierające wytyczne do ich czytania. Niewątpliwie Bergena jednym tchem pochłonąć się nie da. I to nie tylko dlatego, że omawiana pozycja jest dość obszerna, bo liczy niemal 400 stron, ale głównie z uwagi na fakt, iż po jakimś czasie od jej zawartości po prostu trzeba odpocząć. Tylko wówczas nabierzemy do książki dystansu, a przy okazji również zatroszczymy się o higienę własnego umysłu. Jednym słowem lekturę „What the F.” najlepiej sobie dozować.

LITERATURA:

Grochowski M.: „Słownik polskich przekleństw i wulgaryzmów”. Warszawa 1995.

Tabakowska E.: „Gramatyka i obrazowanie. Wprowadzenie do językoznawstwa kognitywnego”. Kraków 1995.
Beniamin K. Bergen: „What the F. Co przeklinanie mówi o naszym języku, umyśle i nas samych”. Przeł. Zuzanna Lamża. Copernicus Center Press. Kraków 2019.