ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 kwietnia 8 (392) / 2020

Igor Kierkosz,

NAJDZIKSZY ZACHÓD (SOREN GAUER: 'RZECZY NIEWYSŁOWIONE')

A A A
Na niespełna osiemdziesięciu stronach „Rzeczy niewysłowionych” Søren Gauger rozpisuje dzieło podwójne. Po pierwsze: precyzyjnie skonstruowaną nowelę, w której wątki i postaci mocnym splotem otaczają antropologiczny komentarz. Po drugie: metanaukowy pastisz dekonstruujący współczesną narrację wokół tropików. Bardzo na miejscu jest tu motto z Claude’a Lévi-Straussa, antropologa strukturalisty: „Czyż nie było moim błędem, a zarazem błędem całej mojej profesji, wierzyć, że ludzie nie zawsze są ludźmi?” (s. 4). To pytanie w kontekście książki Gaugera również wybrzmiewa podwójnie. W pierwszej kolejności – jako przyznanie się do nie-ludzkiego pojmowania „człowieka Wschodu”. W drugiej – jako przypomnienie rodem z Zofii Nałkowskiej, że całe wieki kolonialnej i postkolonialnej opresji zgotował nie kto inny, tylko człowiek. Cywilizowany, postępowy, świadomy.

Dekonstruktywny wymiar „Rzeczy niewysłowionych” spełnia się w samym ukształtowaniu tekstu. Piętnaście niewielkich rozdziałów składa się na dość prostą fabularnie opowieść o naukowcach przybywających do dżungli, żeby zbadać tubylcze zwyczaje. Ale tę prostotę przełamuje fakt, że historia antropologów zaczyna się od końca, a później wielokrotnie zmienia wektor czasowy. Zaburzona chronologia jest zresztą nieuświadomioną deklaracją światopoglądową narratora-Brytyjczyka. To figura człowieka, który przez postępującą cywilizację stracił wiarę w logikę przyczynowo-skutkową, a przede wszystkim w zaufanie do obcego porządku narracji. Taki zaś trzeba za każdym razem rozmontowywać. Na sugestię jednej z mieszkanek wioski – że sposób jej opowiadania, „toporny, ograniczony do chronologii typu »najpierw to a to, a potem coś innego«” (s. 38), jest najwłaściwszy, bo zgodny z prawdą – antropolog odpowie nieprzekonującym sprzeciwem.

Gauger jest rzecznikiem swoich patronów, nie tylko Lévi-Straussa, ale też Josepha Conrada, Svena Lindqvista czy Ivana Angelo. Dołącza do chóru autorów, którzy już od dawna wyśpiewywali pieśń upadku zachodniej moralności w spotkaniu z „dzikimi”. Najbardziej nieznośne jest to, że w tropikalnej aberracji – przychylnej regresowi i obnażającej słabość bezrefleksyjnego postępu – narrator odnajduje znajome nici porozumienia. Jak gdyby przyznawał się w duchu, że doświadczenie dzikości jest też jego własnym doświadczeniem. I że nie zniknie ono ani w nowoczesnym mieście, ani w pokonującej zasady grawitacji windzie czy na pokładzie samolotu. Skazane na porażkę miotanie się dla zaspokojenia najważniejszych instynktów, beznamiętne stosunki seksualne obserwowane przez pozostałych mieszkańców wioski albo szczątkowe i dziwaczne wierzenia rymują się z całkiem „zachodnią” codziennością – pogrążoną w inflacji, pornografizującej ikonografii oraz religii w kryzysie.

Odnajdywanie w sobie obcego pierwiastka zdaje się godzić w poczucie tożsamości nawet bardziej niż przyznanie się do wszelkich okrucieństw. W posłowiu Gauger pisze, że „nieustraszona gotowość do publicznego zwierzania się z najpodlejszych myśli, jakie przyjdą nam do głowy, może być jednym z najlepiej rozpoznawalnych znamion naszych czasów” (s. 80). Takie zwierzenia wielokrotnie powracają na kartach noweli, co gorsza – podawane raczej z nieświadomą obojętnością niż „nieustraszoną gotowością”. Nie ma w nich też gotowości do zakwestionowania przyjętego przez Zachód porządku, który od lat usprawiedliwia orientalizm. Siłą Gaugera jest to, że daje czytelnikom przestrzeń do swobodnego wynajdywania takich momentów. „Rzeczy niewysłowione” wyjątkowo dobrze nadają się do wielokrotnej lektury i sprzecznych odczytań w różnorakich kontekstach. Podobnie jak sam Gauger, ujawniający nieco ze swoich autorskich oczekiwań w posłowiu, widziałbym „Rzeczy…” na przykład jako element dyskusji o „polskiej ochoczej nietolerancji wobec islamu” (s. 83), zaraz obok „Smutku tropików”.

Tekst Kanadyjczyka działa też o tyle lepiej jako traktat o podległości i uprzywilejowaniu, że prowadzi narrację z perspektywy dysponenta władzy. Jej opresyjność ujawnia się najsilniej w wyborach leksykalnych i opozycyjnym ujmowaniu opisywanych podmiotów. „My” (zachodni antropolodzy, potomkowie kolonizatorów) czyli najistotniejsi mieszkańcy tego świata i „oni” (tropikalni tubylcy), którym przypada co najwyżej miano współ-mieszkańców. To, że ludzkość przyswoiła i skomentowała na różne sposoby „Smutek tropików” Lévi-Straussa czy „Wytępić całe to bydło” Lindqvista, nie znaczy, że opisywane przez słynnych antropologów problemy zniknęły. Po prostu przeszły w dziedzinę niuansu – tych zaledwie kilku literek, które jednak mają moc najsilniejszego piętna. Tak jak wtedy, gdy cząstka „współ-” porządkuje ludzkość na kategorie albo gdy zamiast „ludzie”, powiemy „lud”. Na niuansach opiera się wartość erudycji Gaugera. W tym kontekście dobrze, że mamy do czynienia z tak krótkim tekstem, bo równocześnie jest on wyjątkowo gęsty od znaczeń i drobnych obserwacji. Dostarcza tyleż intelektualnej pożywki, co przyjemności z obcowania z dobrze skonstruowaną, skondensowaną literaturą.

„Rzeczy…” wychodzą poza narzucającą się od razu refleksję o instrumentalnym traktowaniu tubylców i o neokolonializmie. Dla bohaterów noweli podróż do dżungli to również zetknięcie ze światem wyzbytym (pojmowanych na sposób zachodni) informacji, historiografii, religii, kultury – to jakby trafić w niebyt, bez żadnego punktu zaczepienia. W obliczu takiego stanu rzeczy dochodzi do głosu bezradność zachodniego człowieka wobec przejawów życia spoza znajomego arsenału zachowań. Ludy pierwotne u Gaugera są probierzem biernie reagującym na elementy z zewnątrz. Mają porażającą zdolność siania fermentu bez robienia choć jednego gestu. Po prostu samym swoim istnieniem wytrącają z przyzwyczajeń, bez których nie daje się zrealizować imperialnego w swej naturze marzenia o nieustannej ekspansji technologii, kapitału i ciągłego dziania się. To również chwiejne marzenie o wieczności – przybywamy do dżungli, żeby opisać i zachować, a w przyszłości wykorzystać, wiedzę antropologiczną. Gdy na miejscu okazuje się, że brakuje danych, nieuchronnie musi nastąpić zwarcie w systemie. Dzieło Gaugera to opowieść o niezgodzie na naturalny porządek rzeczy. Diagnoza stanu wyjątkowego, na który Zachód nie jest przygotowany. Tym, którzy byliby w stanie go przetrwać dzięki swojej stoickości, w imię jedynej słusznej narracji wytrąca się oręż z ręki.

Nad całością „Rzeczy niewysłowionych” unosi się conradowska myśl: dżungla jest jądrem ciemności nie dlatego, że ma to w swojej naturze, tylko dlatego, że ciemność wtargnęła w nią w postaci zachodniego ekspansjonizmu. Ekspansjonizmu pojmowanego w XXI wieku nieco inaczej, bo skrywającego się za hasłami naukowymi. Roztrząsanie zasadności i granicy moralności nauki, która jako obiekt badań obiera człowieka, brzmi jak passus z Lema. Ale w Gaugerowskim uniwersum głęboka myśl łączy się z nastrojem wyjętym z „Podróży do kresu nocy” Céline’a. W efekcie dostajemy traktat zapisujący się w pamięci przede wszystkim obrazami – niektórych rzeczy nie da się inaczej wysłowić.
Søren Gauger: „Rzeczy niewysłowione”. Wydawnictwo Nisza. Warszawa 2020.