ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 maja 9 (393) / 2020

Patryk Szaj,

BIOLOGIA, GŁUPCZE! (TOMASZ ULANOWSKI: 'O POWSTAWANIU POLAKÓW')

A A A
Nie do końca wiedziałem, czego spodziewać się po „O powstawaniu Polaków”, zwłaszcza że nieco niepokoiła mnie nota promocyjna zamieszczona na skrzydełku: „Interesowały mnie odpowiedzi na pytania: Skąd przyszliśmy? Gdzie jesteśmy? Dokąd zmierzamy? Zupełnie nie chciałem napisać książki o tym, że na naszą biologiczną naturę nakładamy różne kulturowe maski, które przejmują nad nami kontrolę i mówią nam, jak mamy żyć. Myślę sobie jednak, że o tym tak naprawdę jest ta książka”. Obawiałem się, że porzucając nieuprawniony konstruktywizm kulturowy, Tomasz Ulanowski popadnie w drugą skrajność w postaci determinizmu biologicznego. I choć raz po raz rzeczywiście to się zdarza, to w większości udaje mu się umiejętnie balansować pomiędzy obiema perspektywami, a jego opowieść o tym, skąd przyszliśmy (raczej niż dokąd zmierzamy), czyta się z dużą przyjemnością.

Już na pierwszych stronach „O powstawaniu Polaków” wkraczamy w perspektywę geologiczną, Ulanowski rozpoczyna bowiem historię naszego pochodzenia od… Wielkiego Wybuchu sprzed 13,8 miliarda lat. W kolejnych rozdziałach zaś odbywamy chronologiczną podróż przez ów głęboki czas, od wyjścia życia z oceanu, przez rozejście się linii ewolucyjnych Homo neanderthalensis i Homo sapiens, kolejne wielkie imigracje ludzkie na teren współczesnej Europy, po genezę języków słowiańskich i tak zwany chrzest Polski. W toku narracji poznajemy ciekawe informacje, weryfikujemy pewne mity, ale przede wszystkim niemal na każdym kroku uzyskujemy dowody na to, że wszelkie życie jest ze sobą spokrewnione, a jego rozwój polega na nieustannym mieszaniu, przemieszczaniu i rekombinacji.

Podróż rozpoczynamy od odkrycia polskiego paleontologa Grzegorza Niedźwiedzkiego, który natrafił w Górach Świętokrzyskich na najstarszy znany odcisk czworonoga, pochodzący sprzed 390 milionów lat. Prowadzi to Ulanowskiego do żartobliwego wniosku, że „życie wyszło z oceanu pod Kielcami” (s. 15), z tym że „Kielce” znajdowały się wówczas w okolicach zwrotnika Koziorożca. Następnie dowiadujemy się o „mezaliansie” Homo neanderthalensis i Homo sapiens sprzed 60 tysięcy lat. Musieli oni uprawiać ze sobą seks, skoro w genach współczesnych ludzi znajduje się 1,5-2,1% domieszki neandertalskiej. Wyginięcie neandertalczyków (a także co najmniej trzech innych gatunków człowieka, żyjących jeszcze kilkadziesiąt tysięcy lat temu) wyznacza jednak stopniowe „ujednolicanie” genetyczne ludzi, przypieczętowane rolniczą rewolucją neolityczną, która zbiegła się w czasie z nastaniem epoki holocenu, niezwykle sprzyjającej rozwojowi cywilizacji ludzkich. Potem – około 5 tysięcy lat temu – miał jeszcze miejsce potężny napływ (a właściwie najazd) przedstawicieli kultury grobów jamowych ze Wschodu, tak że współcześni Europejczycy są stosunkowo jednolitymi genetycznie potomkami trzech wielkich imigracji: łowiecko-zbierackiej, rolniczej i pasterskiej. Tak naprawdę jednak decydujące znaczenie miała ostatnia z nich – to ona radykalnie zmieniła stosunki społeczne, pogłębiła hierarchizację i wytępiła „starych” mężczyzn-rolników.

Potem następuje swego rodzaju „przerywnik” genetyczny, w którym Ulanowski wywodzi genezę współczesnych ludzi od „Adama chromosomu Y” (żyjącego 300-150 tysięcy lat temu) i „mitochondrialnej Ewy” (sprzed blisko 180 tysięcy lat) – do dziś dotrwały bowiem linie genetyczne jedynie tych dwojga osobników. Autor zaznacza jednak, że męskie chromosomy Y i dziedziczone po matce mitochondrialne DNA to zaledwie ułamek naszego materiału genetycznego, więc nie mówią one całej prawdy o tym, skąd pochodzimy.

O „powstawaniu Polaków” w sensie ścisłym zaczynamy się dowiadywać właściwie, gdy książka zbliża się już do końca. Najpierw Ulanowski śledzi wyłanianie się języka polskiego – nie tylko od momentu rozejścia się języków słowiańskich w okolicach VI-VII wieku, ale aż od praindoeuropejskiej genezy. Przy tej okazji poznajemy opinię językoznawczyni Jadwigi Waniakowej, iż z fonetycznego punktu widzenia właściwszym sposobem zapisu języka polskiego niż alfabet łaciński byłaby cyrylica. I wreszcie docieramy do tak zwanego chrztu Polski z 966 roku – tak zwanego, ponieważ okazuje się on zwykłym historycznym mitem. Po pierwsze „Polska” w ogóle jeszcze wówczas nie istniała („wymyślił” ją dopiero Bolesław Chrobry), po drugie ochrzcił się co najwyżej Mieszko i jego dwór, a nie całe „państwo”, a po trzecie już co najmniej kilkadziesiąt lat wcześniej istniały na terenie Polski chrześcijańskie świątynie. Przyjęcie chrześcijaństwa było ponadto decyzją ściśle polityczną, sprzyjającą hierarchizacji i umocnieniu panowania, a procesy państwotwórcze zawsze przypominają bardziej narzucanie ludziom państwowości przemocą niż powoływanie jej do życia przez jakiś „naród”.

„O powstawaniu Polaków” to niewątpliwie książka, która niesie sporo czytelniczej (i poznawczej) przyjemności. Bije z niej autentyczna pasja, a także interdyscyplinarna „giętkość” autora, swobodnie poruszającego się między dziedzinami genetyki, archeologii, geologii czy językoznawstwa. Jest to przy tym książka sprawnie napisana, nieprzytłaczająca skomplikowanymi rozważaniami teoretycznymi, okraszona ciekawostkami odciążającymi co trudniejsze fragmenty. Choć przyznaję, że nie wszystko, o czym pisze Ulanowski, łatwo mi przyswoić (na przykład metodę datowania radiowęglowego rozumiem jedynie intuicyjnie), to autorowi udało się zainteresować mnie omawianymi tematami, a nawet zafascynować niektórymi z nich.

Trudno oczywiście nie zauważyć, że książka ma na celu wytrącenie argumentów z rąk wszelkiej maści nacjonalizmom, rasizmom, faszyzmom i ideologiom „prawdziwej” narodowości. Ulanowski przekazuje znaną skądinąd lekcję, że narody są wspólnotami wyobrażonymi i podobnie jak „etniczność” stanowią konstrukty kulturowe i odbicie mentalności, niemające wielkiego pokrycia w biologii. Z perspektywy tej ostatniej wszyscy bowiem okazujemy się „kundlami”. Demitologizacyjny aspekt „O powstawaniu Polaków” jest przy tym dość mocno wyeksponowany, czasem w subtelniejszy i celniejszy sposób (na przykład gdy autor udowadnia, że geny wskazują, iż potomkami Sarmatów są raczej współcześni Niemcy niż Polacy), czasem za pomocą mniej wyszukanych, a nawet dość małostkowych metod (naśmiewanie się z ideologii „Wielkiej Lechii”).

Warto jednak zwrócić uwagę na szerszy kontekst, w jakim mieści się „O powstawaniu Polaków” – na pokrewieństwo całej przyrody ożywionej (skoro nasze DNA zbudowane jest z tych samych elementów, co DNA pierwszych mikroorganizmów), a nawet nieożywionej (skoro cały Wszechświat składa się z tych samych pierwiastków). W tym horyzoncie biologiczną podstawą życia okazuje się nie tyle materia (cielesność), ile informacja zawarta w genomie, dla której człowiek stanowi jedynie nośnik danych. Z tej też perspektywy nie tylko kwestie narodowości, ale i ludzkości wydają się czymś mało istotnym – wszak życie na Ziemi będzie trwało nawet, jeśli obecne wielkie wymieranie zmiecie z jej powierzchni również nasz gatunek.

„O powstawaniu Polaków” ma jednak trochę wad. Pierwsza – i zasadnicza – wiąże się z samym tytułowym konceptem książki. Paradoksalnie koncept ów stanowi jeden z jej najmniej przekonujących aspektów. Tak naprawdę bowiem kwestii pochodzenia czy „wytwarzania” Polaków poświęcono w tej publikacji niewiele miejsca, traktuje ona raczej o antropogenezie jako takiej. Konwencja zastosowana przez Ulanowskiego jest więc bardzo umowna. Niestety też próby jej usprawiedliwiania często okazują się nieudane, a wręcz zakrawają na ciężkie anachronizmy. Dzieje się tak, gdy na przykład pisze autor o „szczątkach najstarszych Polaków sprzed 130-115 tysięcy lat” (s. 94), choć wiadomo, że mieli oni z „Polakami” co najwyżej tyle wspólnego, co Homo neanderthalensis z Homo sapiens. Albo gdy z faktu, że w Polsce nie znaleziono figurek podobnych do Wenus z Willendorfu, wyprowadza hipotezę: „czyżby Polacy byli pruderyjni nawet w epoce kamienia łupanego?” (s. 76). Tego typu „żartobliwe” sądy wiążą się zresztą z podwójnym nadużyciem: po pierwsze żadni „Polacy” nie istnieli w czasach, o których pisze Ulanowski, po drugie sam autor uczy, że kolejne kultury wymierały i były zastępowane przez inne, więc to, że kilkadziesiąt tysięcy lat temu ktoś przebywał na terenie współczesnej Polski, nie znaczy nawet, że jest przodkiem współczesnych Polaków. Podobnie rzecz się ma z tezą, że przedstawicielom kultury grobów jamowych „zawdzięczamy język polski” (s. 66), gdyż to oni mówili po praindoeuropejsku – to jakby powiedzieć, że swoje bycie ludźmi zawdzięczamy pierwszym mikroorganizmom, ponieważ nosimy w sobie ich DNA.

Jest wreszcie w „O powstawaniu Polaków” sporo generalizujących, małostkowych i koniec końców niepotrzebnych sądów, w których autor porzuca obiektywizującą narrację naukową i daje upust swym uprzedzeniom. Nawet jeśli uprzedzenia te są skądinąd słuszne, to wyzłośliwianie się na „prawdziwych Polaków” czy stwierdzenia w rodzaju „dla Polaka najważniejsza jest przecież przeszłość” (s. 194), pobłyskujące bardzo przytępionym ostrzem ironii, po prostu niczemu nie służą. Nie wspominając już o innych krzywdzących opiniach, takich jak rzekoma stetryczałość „znacznej części polonistów” (s. 192) petryfikujących naszą mowę. Nie tylko dałoby się obejść bez takich wtrąceń, ale wręcz wyszłoby to książce na dobre.
Tomasz Ulanowski: „O powstawaniu Polaków”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2020.