ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (395) / 2020

Bartosz Marzec,

POZDROWIENIA Z BERLINA (UNORTHODOX)

A A A
Dziewiętnastoletnia Esther uciekła z... Williamsburga. Ściślej: z Satmar, ultraortodoksyjnej społeczności Żydów, w której czuła się skrajnie nieszczęśliwa. Jak dowiadujemy się z materiału dokumentującego powstawanie miniserialu, „Ruch Satmar należy do społeczności chasydzkiej i wywodzi się z miasta Satmar na Węgrzech. Członkowie ruchu to w większości potomkowie ocalałych z Holokaustu. Rozpoczęli ten ruch po wojnie w Nowym Jorku”. W przedstawionej w filmie społeczności przewidziano dla Esther miejsce takie jak dla pozostałych kobiet: u boku studiującego Torę męża, rodzącej oraz wychowującej dzieci. Nie ma innej możliwości samorealizacji w tym opartym na religii, tradycji i traumatycznej historii świecie. Esther co prawda pobierała lekcje gry na pianinie, ale tylko dzięki temu, że w drodze zrytualizowanego swatania trafił się jej tyleż dobroduszny, co zagubiony mąż – całkowicie zdominowany przez własną matkę. Zresztą wyjątkowo niechętną synowej.

O relacjach w tej społeczności dowiadujemy się z retrospekcji. Mimo że dość liczne i długie, zostały płynnie wplecione w główny nurt opowieści. Z jednej strony wyjaśniają motywacje bohaterki, z drugiej – służą dokładnemu sportretowaniu świata Satmar. Świata języka jidysz, rytuałów i zwyczajów, modlitw i wierzeń, strojów i artefaktów. Twórcom nie brakuje krytycyzmu wobec tego mikrokosmosu, ale są też dalecy od protekcjonalnego lekceważenia. Wydaje się nawet, że kamera Wolfganga Thalera, stałego współpracownika Ulricha Seidla, niekiedy patrzy na tę kulturę z zachwytem (sceny weselne!).

Esther ląduje na berlińskim lotnisku Tegel. Bierze taksówkę. Jedzie przez Tiergarten i zza szyby spogląda na Kolumnę Zwycięstwa. W pewnym sensie już zwyciężyła – na jej zapłakanej twarzy maluje się ulga, a nawet uśmiech. To pierwsza z przynajmniej dwóch interesujących aranżacji znanych przestrzeni Berlina. Co ciekawe Kolumnę Zwycięstwa wykorzystała również Urszula Antoniak w „Pomiędzy słowami” z 2017 roku. W tamtym filmie imigrant z Polski, także jadąc taksówką i przeżywając silne emocje, spogląda na kolumnę, po czym mówi: „Kurwa! Kocham to miasto”. W języku Goethego.

O ile jednak Urszula Antoniak problematyzuje status imigranta w Berlinie i podważa wyobrażenie o Zachodzie jako przyjaznej dla wszystkich ziemi obiecanej, o tyle w „Unorthodox” nikt – poza ultraortodoksyjnymi Żydami z Williamsburga – nie ma najmniejszych wątpliwości, że Esther ma prawo do szczęśliwego życia w stolicy Niemiec. Tu też zaczynają się problemy z miniserialem Netfliksa, wyreżyserowanym w całości przez Marię Schrader. W ujęciu twórców Berlin jest jednoznacznie kosmopolitycznym miastem, gdzie nie ma już śladu po antysemityzmie, nacjonalizmie czy ksenofobii. Także bieda i bezdomność nikogo tu nie dotyka. Raz tylko, jakby przypadkiem, mignie na drugim planie wielki na pół pleców tatuaż „Deutschland” albo dość obrzydliwa nadgorliwość skojarzy się z obrazami szmalcownictwa. To jednak niuanse tak drobne, że niemal niezauważalne. Ogólnie rzecz biorąc – w Berlinie wszystko OK.

Nic więc dziwnego, że Esther ex machina poznaje studentów i studentki konserwatorium. To kolorowe ptaki z całego świata, także z Izraela. Sceny, w której owi radośni, beztroscy młodzi ludzie wspólnie ćwiczą wykonanie utworu muzycznego, są alegorią dość naiwnej wiary w globalizację i uniwersalizm. Niemniej bohaterka przyłącza się do nowo poznanej paczki. Najpierw onieśmielona ich spontanicznością, powoli uwalnia się z więzów uwewnętrznionych nakazów i zakazów. Świetnie wypada grająca Esther Shira Haas: jej bohaterkę paraliżuje lęk, ale jednocześnie desperacko szuka ona w sobie siły, żeby przekroczyć narzucone granice. Interesujące, że proces emancypacji na dobre rozpoczyna się nad jeziorem Więzno, kiedy przy zachodzącym słońcu Esther zdejmuje perukę i zanurza się w wodzie. To nic innego jak akt ablucji. I rewers sceny rytualnej kąpieli w mykwie.

Esther ex machina (2) dostaje szansę na stypendium w konserwatorium. Musi tylko wypełnić wniosek, przyjść na przesłuchanie i przekonać komisję. Pomoc jest przeznaczona dla osób z krajów znajdujących się „w trudnej sytuacji”. „Williamsburg się do niej zalicza?” – pyta pół żartem, pół serio Esther. Ten interesujący paradoks – dla rodziny bohaterki to Berlin kojarzy się jak najgorzej – powraca w serialu. W niczym to jednak nie przeszkadza, szczególnie że „zdradzona” społeczność szybko się o Esther upomni.

Rozmowa bohaterki z profesorem odbywa się w kawiarni zlokalizowanej w pobliżu Placu Poczdamskiego. W „Unorthodox” nie brakuje innych rozpoznawalnych miejsc. Jest Brama Brandenburska z Aleją pod Lipami, Wyspa Muzeów z katedrą, wieża telewizyjna, kościół Pamięci itd. Co prawda stolica Niemiec nie prezentuje się w „Unorthodox” jak bezwstydna reklama turystyczna rodem z europejskich filmów Woody’ego Allena, ale dość blisko jej do pocztówki. I podobnie jest z serialem. Ogląda się go z zaciekawieniem, to sprawnie opowiedziana, angażująca historia. Niemniej trudno pozbyć się wrażenia pewnej powierzchowności – mimo że serial został zainspirowany autobiograficzną prozą Debory Feldman. Współproducentka i współscenarzystka Anna Winger przyznaje we wspomnianym materiale dokumentującym powstawanie serialu, że retrospekcje rzeczywiście nakręcono na podstawie książki, „ale druga część historii jest wymyślona”. Niestety, niezbyt przekonująco. „Unorthodox” to więc serial nierówny, udany połowicznie i ostatecznie pozostawiający wrażenie, że ślizgaliśmy się jedynie po powierzchni rzeczy.
„Unorthodox”. Reżyseria: Maria Schrader. Scenariusz: Deborah Feldman, Daniel Hendler, Alexa Karolinski, Eli Rosen, Anna Levine. Obsada: Shira Haas, Amit Rahav, Jeff Wilbusch, Alex Reid, Ronit Asheri, Delia Mayer, Dina Doron, David Mandelbaum, Gera Sandler, i in. Niemcy 2020, Netflix.