ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 lutego 4 (52) / 2006

Sebastian Frąckiewicz,

KOMUDA MIERZY SIĘ Z ECO

A A A
Do tej pory autor „Wilczego gniazda” zaludniał czartami i demonami opowieści toczące się w realiach Rzeczpospolitej szlacheckiej. Tymczasem fabułę swojej najnowszej książki (składającej się z trzech powiązanych ze sobą opowiadań) Jacek Komuda, niewątpliwie specjalista od kultury sarmackiej, postanowił usytuować z dala od Kresów czy magnackich intryg. Tym razem twórca przeniósł czytelnika do średniowiecznej Francji widzianej oczyma Franciszka Villona – legendarnego poety, hultaja i bywalca zamtuzów w najbardziej podłych dzielnicach Paryża.

Komuda nie bał się wyzyskać dla swoich potrzeb postaci Villona, bowiem tak naprawdę niewiele o nim wiadomo. Nawet to, czy rzeczywiście istniał, do końca nie zostało wyjaśnione. Autor „Imienia Bestii” wykorzystuje możliwości tkwiące w niepełnej biografii – kreuje paryskiego poetę na bohatera, który z własnej woli wybiera życie z dnia na dzień, pośród ludzi marginesu, nosząc w swojej głowie wizje nieuchronnej śmierci z rąk kata. Mimo że Villon doskonale zna swoje przeznaczenie, a nawet mimo nieustannych konfliktów z prawem, oddaje się całkiem oryginalnej pasji. Jest nią wpadanie w dość poważne kłopoty ze sługami piekielnymi w roli głównej. Co ciekawe, bohaterowi raczej to nie przeszkadza, a z czasem do swojej obszernej listy umiejętności i zawodów mógłby dopisać sobie nowy – najlepiej „detektyw od zła wszelkiego” albo „ świecki inkwizytor-amator”. Nie mogło stać się jednak inaczej – Komuda wpisuje „Imię Bestii” w niezwykle modny ostatnio nurt kryminału historycznego. Odwołuje się przy tym całkiem otwarcie do „Imienia Róży” Umberto Eco i to nie tylko poprzez zbieżność tytułów, ale przez paralelność rozwiązań fabularnych czy osadzenie istotnej partii akcji tytułowego opowiadania w klasztorze. Jednak slogan reklamujący książkę Komudy: „Imię Róży” już było... teraz jest „Imię Bestii”, okazuje się dość niefortunny i zachęca czytelnika do niepotrzebnych porównań. Bo gdyby zestawić te dwie pozycje, to oczywiście „Imię Bestii” wypada słabiej od bestsellera Eco. Nie ma sensu wskazywać czytelnikowi takiej analogii, bo zaletą książki Komudy są akurat te cechy, które odróżniają ją od dzieła Włocha.

A jest to przede wszystkim niezwykle barwny i niejednoznaczny bohater. Zdegenerowany i szlachetny zarazem, inteligentny oraz piekielnie przebiegły. Potrafi docenić urok ksiąg, jak i wątpliwą urodę paryskich prostytutek. Cały świat średniowiecznego marginesu Komuda stara się przedstawić z pietyzmem i dokładnością naturalisty. Nie dość, że ukazuje jego specyfikę, to sporo uwagi przywiązuje do warstwy językowej: dialogi stylizuje na ówczesny język złodziei, oddaje nawet wymyślne przekleństwa.

Problem polega jednak na tym, że średniowiecze w książce Komudy zostaje oddane tylko na poziomie opisu. Możemy „poczuć” smród zaułków czy wyobrazić sobie widok brudnej paryskiej ulicy. Ale autor nie idzie o krok dalej i tak, jak świetnie przedstawia scenerię, w której toczy się akcja opowiadań, tak niezbyt głęboko wnika w mentalność człowieka średniowiecznego (co akurat z powodzeniem robi Eco). Próżno szukać tu odwołań do ówczesnego światopoglądu, o którym pisali choćby Minois, Le Goff czy autor „Jesieni średniowiecza”. Tekst Komudy nie wykracza poza reklamowane na okładce książki „atmosferę i koloryt” i w efekcie sprawia wrażenie dobrze przygotowanego kostiumowego filmu. Wyjątkiem jest może pierwsze opowiadanie „Diabeł w kamieniu”, w którym dochodzi do ideowego sporu o wynalazek druku. Budowniczy katedr, zazdrosny o przekazywanie wiedzy poprzez księgi, wzywa na pomoc nieczyste siły. Obawia się bowiem, że upowszechnienie wiedzy wśród pospólstwa zabije dotychczasową, mistyczną religijność i zaburzy porządek świata. Natomiast w pozostałych dwóch opowiadaniach, czyli w „Imieniu Bestii” oraz w „Tak daleko od nieba”, rozważania antropologiczne czy kulturowe zostają przedstawione jako miły dodatek do kryminalnej fabuły. W tytułowym fragmencie prozy mamy do czynienia z sektą katarów, którzy nie zostają niestety zbyt dokładnie przedstawieni. Autor, wprowadzając ideologiczny konflikt między katolikami a katarami, nie stara się też rozwinąć go do rozmiaru porządnej polemiki.

Mimo wszystko w dziedzinie literatury fantastycznej, a ściśle – jej odmianie nakierowanej bardziej na rozrywkę – najnowsza książka Komudy zajmuje dość wysokie miejsce. Autor świetnie poradził sobie z legendą Villona, ciekawie wplótł jego teksty literackie we własną fabułę, potrafił zbudować nastrój grozy i niebezpieczeństwa. Niepotrzebnie tylko starał się skonfrontować swój tekst z dziełem Eco, bo tym samym skierował uwagę czytelnika na te elementy swojej książki, które są wtórne w stosunku do „Imienia Róży”. To, jak odbierzemy „Imię Bestii”, zależy również od naszego nastawienia. Jeśli spodziewamy się po tej powieści wrażeń estetycznych oraz inteligentnej rozrywki i atmosfery horroru, będziemy zadowoleni. Jeśli natomiast chcielibyśmy widzieć w „Imieniu Bestii” powieść w pełni postmodernistyczną, z rozbudowanymi wątkami filozoficznymi, nastawioną na jakiś złożony problem, a nie na akcję, to musimy zakołatać do innych drzwi.
Jacek Komuda: „Imię Bestii”. Fabryka Słów, Lublin 2005.