ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 lipca 14 (86) / 2007

Wojtek Mszyca Jr,

100NKA

A A A
„Potrawy S Trawy + Kompot Gratis”. Not Two 2007.
Najnowszy, dwupłytowy album katowickiej 100nki, ukazał się nakładem krakowskiego wydawnictwa Not Two. Pierwszy krążek zawiera materiał studyjny nagrany we wrześniu 2006 roku w podstawowym składzie zespołu: Przemek Borowiecki (perkusja), Tomek Leś (gitara) i Adam Stodolski (kontrabas). Drugi zawiera zapis koncertu, który odbył się w klubie Hipnoza w Katowicach 9 września 2005, czyli niemal dokładnie rok wcześniej niż sesja studyjna. W nagraniach koncertowych z Hipnozy muzykom towarzyszy w kilku utworach Antoni Gralak, weteran rodzimego „dziwnego jazzu”.

Nie jest łatwo w kilku słowach określić stylistykę 100nki. To oczywiście komplement dla zespołu i utrudnienie dla recenzenta. Choć trio obraca się w kręgach kojarzonych z szeroko pojętym jazzem, to jest on jedynie w niewielkim stopniu obecny w ich muzyce. Ogranicza się najczęściej do wymiaru strukturalnego utworów (temat – improwizacja – powrót do tematu), do pewnego stopnia również w brzmieniu sekcji rytmicznej, rzadziej gitary. Choć to inna muzyka, to stopień jej „jazzowości” zbliżony jest do tego, jaki prezentuje słynne trio Medeski Martin and Wood. 100nka buduje swój język z elementów rocka, jazzu, opiera się na mocnych i chwytliwych groovach, pozwala sobie jednak również na spore fragmenty całkowitej swobody i brzmieniowych eksperymentów, improwizowane wycieczki w kierunku chaosu i abstrakcji, ciążące ku psychodelicznym klimatom wczesnych nagrań Pink Floyd.

Studyjna płyta od pierwszych dźwięków cieszy naprawdę świetnym, dynamicznym i klarownym brzmieniem. Zaczyna się doskonale, od karkołomnego tematu, pełnego nagłych zwrotów i mocnych akcentów. Choć to cover „Alphaville” Thomasa Chapina, liczne autorskie motywy 100nki, które znajdziemy na płycie, nie ustępują mu błyskotliwością. Najbardziej udane z nich, jak np. ten otwierający utwór „Kukupipip”, potrafią naprawę szybko zapaść w pamięć. Wciąż łapię się na wystukiwaniu palcami rytmu tego porywającego tematu. Drugi na płycie utwór, o wymownym tytule „Pink troje – tribute to różowy freud” to dobry przykład na improwizowaną, swobodną stronę muzyki 100nki. Już wcześniej wspominałem nazwę Pink Floyd, do której – pośrednio – odwołuje się tytuł tego utworu. Pośrednio, bo poprzez żart związany z nazwą innej polskiej grupy – Pink Freud. Sądzę jednak że nawiązanie do stylistyki pierwszych, improwizowanych nagrań Pink Floyd jest w przypadku muzyków 100nki na tyle czytelne, że chyba świadome. Ich poszukiwania o wiele bliższe są „A Saucerful of Secrets” Floydów niż improwizacji jazzowej. Muszę jednak stwierdzić, że właśnie te swobodniejsze fragmenty są słabszą stroną albumu 100nki. Nie chodzi mi tu absolutnie o sam fakt rozluźnienia formalnych struktur. Problem tkwi raczej w samych improwizacjach, które – szczególnie w kontraście ze świetnymi tematami i groovami – zdają się nieco przypadkowe i nie utrzymują dramaturgii pozostałej części płyty. Na szczęście ta jest szybko przywracana przez kolejny mocny temat, kolejną zaskakującą zmianę kierunku.

Koncert z Hipnozy, choć utrzymany w nieco innym klimacie, ogólnie mieści się w podobnej stylistyce. Nagrania również brzmią od strony technicznej bardzo dobrze. Mniej tu może ciętych, ostrych tematów, nieco więcej przestrzeni, a za sprawą trąbki Gralaka momentami robi się nieco bardziej jazzowo. Rok, który dzieli je od sesji studyjnej, przyniósł w muzyce 100nki pewien zwrot w kierunku większego nacisku na całościową formę utworów, choć równie dobrze może to być jedynie różnica wynikająca ze specyfiki nagrań studyjnych i koncertowych. Generalnie wydaje mi się, że krążek koncertowy ukazuje te same dobre strony zespołu, które uwidocznia studyjny materiał: talent do chwytliwych motywów, świetne groovy, wyśmienitą pracę sekcji rytmicznej. Podobne mam też wątpliwości, mianowicie znów mniej atrakcyjnie brzmią dla mnie fragmenty improwizowane. Wydaje mi się również, choć to już dość mocno subiektywne, że na żywo Tomek Leś gra na gitarze nieco zbyt ostrożnie, jest jakby cofnięty względem pozostałych muzyków, co również jest szczególnie widoczne w abstrakcyjnych fragmentach. Im więcej w muzyce 100nki formy, tym lepiej ona brzmi.

Najnowsze wydawnictwo 100nki pozostawia mnie więc z nieco mieszanymi uczuciami. Ogólne wrażenie jest bardzo pozytywne, słucha się tej muzyki bardzo przyjemnie a wiele jest momentów wręcz porywających. Niedosyt, który pozostawiają bardziej eksperymentalne fragmenty, wynika raczej z mojej sympatii dla muzyków. W końcu wśród młodszego pokolenia są niemal osamotnieni w poszukiwaniu własnego brzmienia, podczas gdy 90% ich kolegów po fachu dąży jedynie do technicznego mistrzostwa i kompletnej przezroczystości, która zapewni im miejsca w zespołach akompaniujących „gwiazdom” w Opolu i Sopocie. Tylko kompletnym laikom może się zdawać, że improwizować jest łatwo! To najtrudniejsza sztuka a panowie ze 100nki są przecież wciąż na początku drogi. Świetny warsztat i otwarte głowy zaowocowały naprawdę interesującym wydawnictwem, które na dodatek wzmaga apetyt na więcej i podnosi poprzeczkę oczekiwań. Jest dobrze, oby było jeszcze lepiej!