ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 września 17 (89) / 2007

Piotr Zawojski,

O POSZUKIWANIACH RZEŹB(Y) W MIEŚCIE

A A A
„Turystyka kulturowa” (albo „kulturalna”) od pewnego czasu stała się nie tylko dochodowym biznesem dla wielu biur podróży, ale także ciekawą alternatywą dla znudzonych podziwianiem pięknych plaż i kurortów turystów. Przybiera ona różne formy i rzecz jasna nie jest zjawiskiem wyłącznie ostatnich lat, lecz ostatnio można chyba zauważyć pewne zmiany dotyczące celu wypraw wielu zainteresowanych szeroko rozumianą kulturą turystów. Mówiąc najkrócej – obecnie nie tylko szacowne i konsekrowane na klasyczne obiekty i miejsca stają się celem kulturowych wojaży, ale i imprezy do niedawna traktowane jako miejsca spotkań wąskiego grona fachowców, znawców, koneserów. Myślę tutaj przede wszystkim o wydarzeniach poświęconych sztuce współczesnej, oczywiście rozumiejąc to pojęcie w miarę elastycznie.

Wystarczy tylko przywołać kilka wydarzeń, jakie miały (bądź ciągle mają) miejsce w Europie, by uświadomić sobie, co zresztą nie jest żadnym odkryciem, iż sztuka dzisiaj funkcjonuje przede wszystkim w kontekście wielkiego biznesu i rynku, który stał się dobrodziejstwem (dla wielu artystów) i jednocześnie przekleństwem (dla innych). Dla odbiorców, owych „kulturowych turystów”, to jednak niepowtarzalna okazja, by zafundować sobie dowolnie przez siebie (albo przez biuro podróży) „skomponowaną” podróż. Na przykład rozpoczynając ją w Bazylei (Art Basel, 4-8 czerwca), kontynuując w Kassel (documenta 12, 16 czerwca – 23 września), by zakończyć w Wenecji (La Biennale di Venezia, 10 czerwca – 21 listopada). I rzeczywiście, wielu turystów (zwłaszcza pozaeuropejskich) tak planuje swoje podróże, by za jednym zamachem „zaliczyć” wszystko. Być może zatem Europejczycy są w lepszej sytuacji…

Ale obok tych najgłośniejszych, największych, najsławniejszych imprez, festiwali, targów – w okresie wakacyjnym zwłaszcza – odbywa się szereg interesujących imprez, takich jak choćby Skulptur Projekte 2007, gdzie trafiłem trochę przypadkowo, na zasadzie swoistego uzupełnienia do documenta. Od razu muszę też powiedzieć, że koincydencja odbywającej się co pięć lat od 1955 roku imprezy w Kassel z terminem imprezy w Münster, która odbywa się co lat dziesięć (od roku 1977), absolutnie nie jest przypadkowa. Miasta te oddalone są od siebie o około dwieście kilometrów, co w naturalny sposób stanowi zachętę dla odwiedzenia niejako przy okazji documenta także Münster. I bardzo wielu „kulturowych turystów” tak czyni, co miałem okazję sam stwierdzić, spotykając znajomych (tych bliższych i tych nieco przypadkowych) w obu tych miejscach.

Czterdziestoletnia, pamiętając o dziesięcioletnim cyklu, historia Skulptur Projekte może być znakomitym dowodem na konsekwentne myślenie w kategoriach „długiego trwania” kulturowego, co z polskiej perspektywy oczywiście musi budzić pewną zazdrość czy też pobudzać do nie zawsze najciekawszych refleksji. Owe polskie konteksty niespodziewanie dosyć nasunęły mi się w momencie zwiedzania Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku, tak się złożyło, że niebawem po powrocie z Niemiec. Być może to porównanie wydaje się sztuczne, ale kiedy przypomniałem sobie te tłumy „zwiedzających” (czyli przemieszczających się po mieście w poszukiwaniu kolejnych obiektów rzeźbiarskich) w Münster (w roku 1997 było około pół miliona gości) i zestawiłem to z sytuacją, w której byłem jedynym (sic!) gościem Centrum, w którym poza pracami ze stałej (ogrodowej) ekspozycji podziwiałem prace Adama Myjaka („Dekada”) – kontrast ten wzbudził niewesołe refleksje. Oczywiście rozumiem specyfikę Orońska i olbrzymią rolę, jaką to miejsce odgrywało i odgrywa w kontekście dokumentacji, promocji, pomocy artystom, międzynarodowych warsztatów etc., mimo tego zestawienie swego rodzaju „obszaru kontemplacji” (przestrzeni bez widzów) i gwaru, szumu, życia miasta, w które wtopione zostały projekty artystów z całego świata, daje do myślenia.

W roku 1977, kiedy omawiany projekt startował w Münster swoje prace zaprezentowało tylko dziewięciu artystów, ale od razu warto przywołać ich nazwiska, bowiem od początku poprzeczka ustawiona została niezwykle wysoko: Joseph Beuys, Donald Judd, Bruce Newman, Claes Oldenburg, Richard Serra. W roku 1987 byli to m. in. Jenny Holzer, Jeff Koons, Sol LeWitt, Nam June Paik, Dan Graham; w 1997 Maurizio Cattelan, Ilya Kabakov, Diana Thater, Douglas Gordon, by wymienić tylko najbardziej znanych artystów; zresztą niektórzy twórcy byli zapraszani w następujących po sobie edycjach ponownie. Część ze zrealizowanych w kolejnych latach prac można oglądać do dziś, ale z tegorocznej imprezy przetrwa zapewne tylko kilka realizacji, które zostaną w mieście jako swego rodzaju ślady „wystawy” z roku 2007, pozostałe, z racji „tymczasowego” charakteru, będą istnieć tylko w pamięci widzów bądź w postaci materiałów dokumentalnych.


Paweł Althamer „Ścieżka”. Fot. P. Zawojski.

Tak stanie się z pracą pierwszego polskiego artysty, który został zaproszony do stworzenia projektu w Münster. Jego propozycja jest też dobrą egzemplifikacją zmian, jakie dokonały się ostatnimi czasy w materii pojmowania tego, czym jest, albo czym może być rzeźba. Wszak już w nazwie całego przedsięwzięcia mamy to określenie. Praca Pawła Althamera „Ścieżka” to kończąca się nagle, kilkusetmetrowa dróżka, którą artysta wytyczył w obszarze rekreacyjnym już poza miastem; kiedy przechadzałem się nią, skoszono trawę, więc tym trudniej było ją odnaleźć. Wcześniej, gdy roślinność była bujniejsza, łatwiej było ją wyodrębnić z otoczenia. Zapewne ten konceptualny projekt niedługo zupełnie zniknie, nie będzie kolejną „pamiątką” po ekspozycji z roku 2007. W niezbyt dużej odległości od „Ścieżki” można natrafić na pracę Donalda Judda („Untitled” 1977) – zestawienie tych dwóch realizacji w nieco symboliczny sposób można potraktować jako egzemplifikację tego, jak zmieniło się postrzeganie rzeźby jako obiektu w przestrzeni miejskiej w ostatnich kilkudziesięciu latach. „Twarde” materiały wypierane są często przez „immaterialne” (albo inaczej rzecz ujmując „miękkie”) obiekty, konceptualne kompozycje, które żyją w danej chwili, konkretnej czasoprzestrzeni, ale nie przetrwają w fizycznej postaci artefaktów. To, że impreza odbywa się co dziesięć lat, pozwala zarówno dostrzec zmiany zachodzące w rozumieniu obiektów rzeźbiarskich, jak i w postrzeganiu przestrzeni miejskiej jako naturalnego środowiska dla prac rzeźbiarskich. W tym też kontekście nasuwają się skojarzenia z teoretycznymi problemami związanymi z koniecznością przepracowania koncepcji muzeum, co na przykład wyraża się w starej idei „nowego instytucjonalizmu” Alexandra Dornera, oraz pytaniach o rolę i miejsce muzeów w zmieniającym się pejzażu współczesnych nam koncepcji wystawienniczych.


Donald Judd „Untitled”. Fot. P. Zawojski.

Z ubiegłych edycji pozostało w Münster trzydzieści siedem prac, których tropienie w mieście (podobnie jak trzydziestu trzech prac tegorocznych) jest jak się okazuje zajęciem nie tylko niezwykle fascynującym, ale i wyzwalającym specyficzny rodzaj emocji, które zapewne towarzyszyły rozmaitym odkrywcom. Przyznaję, że ma to swój urok i stanowi rodzaj niezapomnianego doświadczenia. Dodam tylko, że przy okazji niejako poznaje się piękne miasto, jakim jest stolica kulturalna Westfalii. Czy można sobie wyobrazić lepszy rodzaj promocji własnej kultury, dziedzictwa, zabytków, które notabene prawie w całości zostały zrujnowane przez alianckie naloty w czasie II wojny światowej i pieczołowicie odbudowane w latach 50. ubiegłego stulecia?


Jorge Prado „Pier”. Fot. P. Zawojski.


Ilya Kabakov „Looking Up. Reading the Words”. Fot. P. Zawojski.

Podziwiając prace Jorge Prado („Pier” 1997), Ilyi Kabakova („Looking Up. Reading the Words” 1997) czy też zaprojektowaną w 1977, ale zrealizowaną dopiero w tym roku pracę Bruce’a Naumana („Square Depression”), widzowie w naturalny sposób odnosili je do projektów przygotowanych na tegoroczną edycję imprezy. Co więcej, niektóre z tegorocznych realizacji, np. „A Münster Novel” Dominique`a Gonzalez-Foerstera, odnosiły się do przeszłości. Przywołana realizacja to rodzaj repliki kilkunastu prac w przeszłości pokazywanych w „mieście jako muzeum”, tyle że pomniejszonych w skali 1:4. Każdy ze zgromadzonych w jednym z parków miasta obiektów jest swoistą reprodukcją oryginału, ale zgromadzone w jednym miejscu tworzą one nową jakość poprzez relacje do innych dzieł, które nigdy wcześniej nie były eksponowane obok siebie. W ten sposób jak na dłoni można zobaczyć różnice w podejściu do materii rzeźbiarskiej oraz różne strategie estetyczne artystów. Równocześnie tworzony jest pewien pomost i ciągłość „wystawiennicza” pomiędzy obiektami zrealizowanymi w przeszłości i dziełami prezentowanymi w tym roku.


Dominique Gonzalez-Foerster „A Münster Novel”. Fot. P. Zawojski.


Andreas Siekmann „Trickle Down. Public Space in the Era of Its Privatization”. Fot. P. Zawojski.

Bo i tak należy traktować ogólną koncepcję Skulptur Projekte – miasto jako globalna przestrzeń muzealna jest otwarta na różne sposoby traktowania już nie tylko rzeźby, rozumianej jako obiekt w przestrzeni publicznej, ale także jako miejsca nieustannie rekomponowanego przez dodawanie kolejnych obiektów, miasta jako specyficznego work in progress. Celem artystów nie jest uatrakcyjnianie czy też dekorowanie przestrzeni miejskiej, lecz raczej krytyczna refleksja dotyczącą użycia sztuki jako strategii subwersyjnej, wytrącającej rzeczywistość z ustalonego porządku, zwracającej uwagę na kontrasty, sprzeczności, ale i symbiotyczne współżycie różnych elementów składających się na miejski pejzaż. W tym kontekście interesującym projektem była praca Andreasa Siekmanna („Trickle Down. Public Space in the Era of Its Privatization”), który konfrontuje swą realizację, będącą przykładem współczesnej „sztuki miejskiej”, z barokowym pałacem pozostającym w rękach prywatnych. Jaki jest zasadniczy cel takich działań? Kasper König, obok Brigitte Franzen i Cariny Plath kurator całego projektu, wyjaśnia, iż zasadniczym zadaniem Skulptur Projekte jest zbadanie specyficznych relacji zachodzących „między sztuką, przestrzenią publiczną i środowiskiem miejskim”. Miasto zatem staje się rodzajem medium, a przy tym samo jest mediatyzowane przez artystów, a precyzyjniej mówiąc – przez ich dzieła.

Projekt zatem na poziomie metadyskursywnym stawia generalne pytania o to, czym jest dzisiaj rzeźba, jaki jest jej społeczny i estetyczny wymiar, jak tego typu działania wpływają na nas, zmieniają nasze myślenie o tym, co należy do sfery publicznej i społecznej. Obecnie ta przestrzeń jest w rozmaity sposób przeprojektowywana, co związane jest także z syndromem powszechnej estetyzacji, również za sprawą ingerencji artystów. Ale ci z kolei muszą konkurować ze zmasowanym atakiem różnych komunikatów wizualnych, dźwiękowych, audiowizualnych w postaci wystaw sklepowych, plakatów, billboardów, monitorów, ekranów, które nieustannie krzyczą „patrz na mnie”. Königa uważa, że jedną z zasad umieszczania obiektów rzeźbiarskich w przestrzeni miejskiej powinien być rodzaj dyskretnego apelowania do widzów, bez nachalności, która właściwa jest rozmaitym przekazom publicznym.


Tue Greenfort „Diffuse Entries”. Fot. P. Zawojski.


Susan Philipsz „The Lost Reflection”. Fot. P. Zawojski.

Bardzo wiele zaprezentowanych w Münster projektów odbiegało od tego, co zwykliśmy uznawać za rzeźbę. Często były to raczej autorefleksywne działania odwołujące się do idei rzeźby, czasem były to po prostu projekcje wideo bądź specyficznie wykorzystane „miejskie” ready mades albo inaczej rzecz nazywając objet trouvé. Wystarczy tylko przywołać takie prace jak „Diffuse Entries” Tue Greenforta czy „The Lost Reflection” Susan Philipsz. Zwłaszcza ta ostatnia praca w sposób interesujący dekonstruuje tradycyjne pojmowanie obiektu rzeźbiarskiego, jest to bowiem rodzaj instalacji dźwiękowej zrealizowanej pod jednym z miejskich mostów (Torminbrücke), gdzie wykorzystano naturalną przestrzeń do prezentacji śpiewu autorki, który, jakby „unosząc się” nad wodą, w zadziwiający sposób łączy dwa brzegi. Co skłania do ponownego namysłu nad tym, czym jest dziś rzeźba.


Suchan Kinoshity „Chinese Whispers”. Fot. P. Zawojski.

Podobnie dzieje się w przypadku projektu Suchan Kinoshity „Chinese Whispers”. Widzowie, czy też raczej widzowie-słuchacze, zakładają słuchawki w niewielkim pomieszczenie z widokiem na ulicę (sami przy tym, poniekąd będąc żywymi rzeźbami, wystawiają się na widok przechodniów) i stają się uczestnikami, choć tylko biernymi („podsłuchującymi”), przetworzonej dziecięcej zabawy w „głuchy telefon”. Nie wchodząc w szczegóły projektu, wypada ponownie zapytać o granice tego, co nazywamy „rzeźbą”; i ten typ refleksji można potraktować jako rodzaj artystycznej wypowiedzi, która z poziomu konkretnego obiektu przenosi się na poziom metateoretyczny.

Dla większości uczestników i widzów, tych bardziej i tych mniej zaangażowanych w poszukiwanie kolejnych obiektów porozrzucanych po całym mieście, Skulptur Projekte może być znakomitą formą partycypacji w szczególnym, innym doświadczaniu przestrzeni publicznej. Jej oswajanie, najpierw przez zaproszonych do stworzenia dzieł artystów, a później przez widzów można potraktować jako rodzaj eksperymentu na żywej tkance miasta, miasta przekształconego na sto dni w jedno wielkie muzeum czy też galerię.
Skulptur Projekte Münster 07. 16 czerwca – 30 września 2007. Münster. Niemcy.