ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 maja 9 (441) / 2022

Patryk Szaj,

WRÓŻENIE Z KOŚCI (FRANK WESTERMAN: 'MY, CZŁOWIEKOWATE')

A A A
Na początku swojej książki Frank Westerman przekonuje nas, że „reportaż powstaje z zadziwienia” (s. 19). Chodzi o coś więcej niż zwykły metakomentarz na temat pracy reportażysty. „My, człowiekowate” to bowiem nie tylko opowieść o paleoantropologii i poszukiwaniach „brakującego ogniwa” między małpą a człowiekiem, to także swego rodzaju reportaż o pisaniu reportażu. Przez niemal połowę książki tematowi głównemu towarzyszą rozległe fragmenty poświęcone prowadzonemu przez autora na Uniwersytecie w Lejdzie kursowi kreatywnego pisania, podczas którego próbował on zarazić studentów swoją fascynacją ludzkimi kośćmi, a przy okazji nauczyć ich „jak” reportażu. Od razu przyznam, że niezbyt przekonuje mnie to rozwiązanie. Po pierwsze, czyni ono z publikacji de facto dwie książki: „właściwy” reportaż i coś na kształt podręcznika pisarstwa non-fiction. Oba te wątki biegną równolegle i nie udało się ich ciekawie połączyć. Po drugie, fakt, że na okładce pojawia się jedynie nazwisko Westermana, budzi we mnie pewien opór natury etycznej. Czy studenci, którzy pomagali w wyszukiwaniu i opracowywaniu materiałów oraz formułowaniu pierwszych problemów badawczych, nie zasłużyli sobie na coś więcej niż podziękowania na ostatnich kartach książki? Choć pytanie wydaje mi się bardzo istotne, to niestety tylko początek problemów, jakie mam z publikacją „My, człowiekowate”.

Temat wydaje się szalenie ciekawy. Autor podąża śladami słynnych holenderskich paleoantropologów, takich jak pozbawiony formalnego wykształcenia ksiądz-misjonarz Theodor Verhoeven czy odkrywca Homo erectus Eugène Dubois; po drodze odsłania tajemnice tego pierwszego, który z niejasnych (początkowo) powodów opuścił stan kapłański i ożenił się z byłą zakonnicą; relacjonuje zaciekłe spory interpretacyjne pomiędzy poszczególnymi paleoantropologami, w których chodzi tyleż o prawdę, ile o ego, status dostarczyciela „brakującego ogniwa” czy wreszcie dumę narodową i zaszłości kolonialne. Na pierwszy plan wysuwa się historia tzw. Homo floresiensis odkrytego w 2003 roku na wyspie Flores przez Michaela Marwooda. „Flo”, jak się go pieszczotliwie nazywa, mierzył zaledwie około metra, zaś objętość jego mózgu nie przekraczała 400 cm3, co zgodnie z tradycyjnymi „widełkami” powinno go wykluczać z rodzaju Homo. Początkowo datowany na 18 tys. lat (co czyniłoby go ostatnim żyjącym Homo poza nami), później „postarzony” do 50-70 tys. lat, okazuje się skrywać znacznie więcej tajemnic. Jego niski wzrost może tłumaczyć tzw. reguła wyspy, zgodnie z którą na odizolowanych wyspach takich jak Flores ewolucja przebiega inaczej niż na lądach, „uśredniając” wielkość poszczególnych gatunków: małe zwiększają swe rozmiary, duże zaś karłowacieją (a dodajmy, że z kolei Verhoeven odnalazł na Flores szczątki karłowatych słoni i – dla odmiany – szczurów osiągających rozmiary psa).

Dlatego Homo floresiensis najczęściej uznaje się za skarłowaciałą odmianę Homo erectus, ale w 2017 roku ogłoszono, że w ogóle nie należał on do rodzaju Homo, a Westerman przytacza też alternatywne rozwiązania. Indonezyjski paleoantropolog (i, co nie bez znaczenia, polityk) Teuku Jacob głosił na przykład, że „Flo” to zwykły zdeformowany przez chorobę Homo sapiens, ale jeszcze ciekawsza wydaje się dość sensacyjna hipoteza, że Homo floresiensis nadal żyje, o czym miałyby świadczyć krążące wśród mieszkańców Flores ludowe opowieści o Ebu Gogo – niskim, włochatym „potworze” zamieszkującym lasy.

Jak widać, wartość poznawcza książki „My, człowiekowate” bywa wysoka, a gwoli wydobycia niewidocznej często pracy dodajmy też, że została bardzo dobrze przetłumaczona przez Olgę Niziołek. Szkopuł w tym, co Wersterman robi – albo raczej: czego nie robi – z uzyskiwaną wiedzą. Zacznę od kwestii pozornie drugorzędnej, mianowicie od sugerowanej przez niego raz po raz niechęci do refleksji teoretycznej, a zwłaszcza do filozofowania. Holenderski reportażysta ustanawia dość silną (by nie rzec: dogmatyczną) opozycję między materią a opowieścią, rzeczywistością a fikcją, prawdziwą nauką a filozoficznym bajaniem. Może trochę przesadzam, choć znamienne wydaje się, że od razu utożsamia sceptycyzm swoich studentów wobec „twardych” danych z postmodernistycznym skażeniem. Tymczasem wbrew niechęci Werstermana do filozofii nie zawsze jest ona tak całkowicie bezużyteczna. Nie tylko dlatego, że – jak uważał Arystoteles – również refleksja filozoficzna wynika z „zadziwienia” światem. Ważniejsze, że nieraz każe nam się ona zastanowić, czy aby nie zadajemy obiektowi naszych badań niewłaściwych pytań.

Nie sposób bowiem nie odnieść wrażenia, że autor stara się odnaleźć „złoty Graal” paleoantropologii, czyli słynne „brakujące ogniwo” pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem. Gdzie kończy się zwierzę, a zaczyna człowiek, co czyni nas ludźmi, w którym momencie nastąpiło przejście od małpy człekokształtnej do, by tak rzec, Homo z krwi i kości – to pytania, które zaprzątają uwagę Westermana. Niestety więc, choć zauważa on, że „reporter, który wyrusza bez uprzednich założeń, wróci bez wątpienia z nieoczekiwanym odkryciem” (s. 159), sam przystępuje do swojej pracy z szeregiem niezwykle antropocentrycznych założeń, zwłaszcza jak na tak rzekomo fascynujący go temat ludzkich i nieludzkich skamielin. Innymi słowy, choć reportaż powstaje z zadziwienia, zadziwienie Westermana wydaje się… niezbyt głębokie.

Nie trzeba zresztą – dajmy na to – Giorgia Agambena z jego koncepcją maszyny antropologicznej, skoro biolodzy i biolożki, z którymi rozmawia autor, przekonują go, że nie widzą „żadnej różnicy między człowiekiem a zwierzęciem” (s. 78), że „Homo sapiens to po prostu gatunek naczelnych z rodziny człowiekowatych, tego niewielkiego zakątka w królestwie zwierząt, który dzielimy z szympansami, bonobo, gorylami i orangutanami” (s. 116), że koncepcja brakującego ogniwa opiera się na nieporozumieniu, gdyż „nie było żadnej przepaści między człowiekiem a zwierzęciem, więc nie trzeba było niczego zasypywać” (s. 181), że wreszcie „pojęcie »gatunku« to wymysł” (s. 226). Cóż z tego, skoro Westerman lekką ręką odrzuca wszystkie te twierdzenia. Wciąż wierzy w linię podziału między człowiekiem a zwierzęciem, sprowadzając argumentację biologów do absurdu: „Człowiek to zwierzę, ale to nie znaczy jeszcze, że prawdą jest odwrotne zdanie: zwierzę to człowiek” (s. 183).

Nie chcę pastwić się nad autorem, zwłaszcza że sam piszę z radykalnie odmiennych niż on pozycji, ale momentami bywa on wręcz porażająco płytki. Gdy zastanawia się, dlaczego ludzie pomagają nieznajomym, i pyta: „Czy humanitaryzm przynosi konkretne korzyści w walce o byt?” (s. 117), nie przychodzi mu do głowy najprostsza odpowiedź, że być może solidarność z własnym gatunkiem jest po prostu mechanizmem adaptacyjnym: skoro pomagamy innym, możemy mieć nadzieję, że i oni w razie potrzeby pomogą nam. Gdy stawia tezę, że „Homo sapiens buntuje się tam, gdzie wszystkie inne istoty postępują pod dyktando swoich genów” (s. 118), jako dowód przytacza… homoseksualizm, choć występowanie zachowań homoseksualnych w przyrodzie należy do najlepiej udokumentowanych zjawisk, także zresztą dających się wytłumaczyć mechanizmami ewolucyjnymi.

Problem z książką „My, człowiekowate” polega jednak moim zdaniem na czymś więcej niż zwykłym ludzkim szowinizmie. Bardzo momentami uniwersalizujące refleksje Westermana znajdują paradoksalne potwierdzenie nawet w rewersie jego typowej postawy, gdy z kolei zaczyna on oskarżać Homo sapiens o całe zło tego świata: „Udało nam się, samozwańczej »koronie stworzenia«, zanieczyścić planetę i atmosferę tak bardzo, że sami od tego giniemy. Witajcie w antropocenie” (s. 177). Choć autor na pozór odwraca tu perspektywę o 180 stopni, tak naprawdę tylko utwierdza się w przekonaniu o wyjątkowości człowieka – tym razem jako jedynego gatunku, któremu udało się doprowadzić do własnej zguby. Fakt, że w cytacie pada słowo antropocen, także wydaje mi się znamienny. Westerman przyjmuje bowiem uniwersalizującą narrację antropocenu za dobrą monetę. Widać to również w jego reakcji na proces automatyzacji pracy (zastępowania ludzkich robotników przez maszyny) w przemyśle pogłębiania dna morskiego: „Niemal wybucham śmiechem na myśl o gatunku, który izoluje się od natury, zanieczyszcza ją, a następnie podejmuje zaciekłe próby wyeliminowania samego siebie” (s. 258). Czy jednak naprawdę wszystko to robi „gatunek”, czy może coś ma tu do powiedzenia kapitalistyczna ekonomia polityczna?

Mogłoby się wydawać, że czepiam się wątków pobocznych czy marginalnych refleksji Westermana, ale tak nie jest. Po pierwsze, od tak cenionego i nagradzanego reportażysty oczekiwałbym po prostu większej dociekliwości. Po drugie, te mankamenty wpływają także na zasadnicze rozważania autora. Króciutko wspomnę tylko o dwóch dość szumnych obietnicach z czwartej strony okładki, że autor zajmuje się paleoantropologią „w świetle postkolonializmu (…) i wzrostu znaczenia dokonań kobiet w tej zdominowanej przez mężczyzn dziedzinie”. Owszem, zaszłości kolonialne między Holandią a Indonezją dość często powracają na kartach książki, ale próżno szukać w niej prawdziwego namysłu choćby nad tym, czy Homo erectus rzeczywiście został odkryty przez Dubois, czy może przez pracujących dla niego za głodowe stawki Jawajczyków, albo czy Holandia powinna zwrócić Indonezji de facto zrabowane jej szczątki. Analogicznie, Westerman zauważa, że kobiety zmieniają narrację paleoantropologii: „bohaterskie” opowieści o herosach wyruszających na niebezpieczne polowania coraz częściej przekształcają się w historie o trosce, współpracy czy opiece. Nie dowiemy się jednak nic o strukturalnych przyczynach nieobecności kobiet na karach historii tej dziedziny badawczej.

Nic dziwnego, że w końcowych partiach książki wyraźnie wybrzmiewa rozczarowanie paleoantropologią, która – cóż za niespodzianka! – okazuje się raczej zbiorem konkurencyjnych opowieści z wyraźnymi schematami narracyjnymi niż twardą nauką. Podczas gdy samym paleoantropologom i paleoantropolożkom kolejne „przełomy” i reinterpretacje dawnych twierdzeń wydają się nieszczególnie przeszkadzać, Westerman ubolewa, że nie uzyskał jednoznacznych odpowiedzi na swoje pytania. I, niestety, ostateczny wniosek, do jakiego dochodzi, okazuje się równie płytki jak wcześniejsze cząstkowe przemyślenia: „Jeśli poszukiwania istoty człowieka coś mi uświadomiły, to fakt, że jesteśmy skazani na ciągłe rewidowanie tego, co uznajemy za wiedzę. Rzeczywistość może wydawać się spójna wyłącznie dzięki fikcji – i tylko na jakiś czas” (s. 332). Szczerze mówiąc, nie musiałem czytać 300 stron książki, żeby to wiedzieć.
Frank Westerman: „My, człowiekowate”. Przeł. Olga Niziołek. Wydawnictwo Agora. Warszawa 2022.