ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 października 19 (91) / 2007

Anna Koczorowska,

NIC TO COŚ

A A A
To już trzecia premiera Towarzystwa Gimnastycznego, po prowokacyjnym „Whatever you wish” (2003) i pastiszowej „Obcojęzyczności” (2005) przyszedł czas na kolejną prowokację, tym razem – przynajmniej w założeniu – wymierzoną przeciwko spektaklowi jako takiemu, przeciwko wszelkiemu „dzianiu się” na scenie. „Nic” – tak brzmi tytuł premiery. I taki był punkt wyjścia – na scenie nie ma prawa NIC się zdarzyć. Z tradycyjnego teatru pozostała tylko kurtyna.

W samym fakcie, że Towarzystwo Gimnastyczne odwołuje się do tak radykalnej idei, jak pokazanie „niczego” w miejsce oczekiwanego „czegoś”, czyli spektaklu – widać głęboką fascynację sztuką konceptualną i ruchem artystycznym post modern dance (czyli nowojorską awangardą taneczną z lat 60. ubiegłego stulecia). Widać także wpływy teoretyka tego ruchu, tancerki i choreografki Yvonne Rainer, i jej manifestu programowego „No”, negującego wszelkie techniczne i inscenizacyjne walory spektaklu – wirtuozerię techniczną, olśniewanie czy wzruszanie widza, tworzenie teatralnej iluzji. Towarzystwo Gimnastyczne zachłysnęło się trochę legendą swoich mistrzów i próbuje – na polskim już gruncie – kontynuować ją, rozwijać, tchnąć w nią nowe życie, dorzucając do długiej listy konceptualnych pomysłów jeszcze jedno prowokacyjne założenie.

Prawdopodobnie dlatego w projekcie „Nic” jest wiele nawiązań i zapożyczeń z post modern dance. Może zbyt wiele. Twórcy z kręgu post modern dance odkryli dla sztuki ruch codzienny i codzienny strój. W „Nic” mamy chodzenie, przebieranie się, kolorowe T – shirty. Struktura choreograficzna amerykańskich spektakli opierała się często na prostych sekwencjach ruchowych, wielokrotnie powtarzanych. Tak jest i w „Nic”. W post modern dance rzadko używano muzyki w dosłownym tego słowa znaczeniu, częściej korzystano z odgłosów ulicy, miasta, sprzętów domowych, przetworzonych w duchu eksperymentu z dźwiękiem, kolażu, muzyki konkretnej. Również w „Nic” z offu dobiegają odgłosy komórek, strzępy serwisu informacyjnego, melodie ze znanych seriali. Wniosek z tego jest jeden – artyści z Towarzystwa Gimnastycznego są zbyt wierni awangardowym rozwiązaniom sprzed lat, zbyt przywiązani do awangardy, która zdążyła już stać się tradycją.

Na wielu poziomach swojego projektu Towarzystwo Gimnastyczne korzysta z rozwiązań znanych skądinąd, co nie znaczy, że zawsze tak się dzieje. „Nic” pozostaje eksperymentem i to ciekawym, chociażby dlatego, że nowy jest sam temat – jak pokazać „nic”? Frapuje też choreograficzna wizja „nic”, ponieważ uderzająca jest adekwatność idei „niczego” i odnalezionej przez Towarzystwo Gimnastyczne, świeżej formy ruchu. Twórcy proponują taki ruchowy ekwiwalent dla pustki i braku: powolny, medytacyjny, mało efektowny technicznie ruch, w którym niektóre elementy powracają cyklicznie. Ten ruch, tempem i płynnością przypominający chińskie tai chi, spaja grupę w całość, tancerze poruszają się wspólnie jak w zbiorowym transie. Dzięki swojej powtarzalności i prostocie gesty stają się jakby przezroczyste, nie koncentrują na sobie uwagi widza, rozpływają się w przestrzeni. To doskonały sposób, aby pokazać, że nic się nie dzieje, że nic nie ma, ale także – z drugiej strony – że w życiu idealna próżna nie istnieje, zawsze wypełnia ją coś – powietrze, światło, ludzkie ciała, codzienne czynności, niepotrzebne hałasy, natrętne dźwięki... Taka wizja pustki wydaje mi się prawdziwa i dzięki niej projekt broni się jako konceptualny. Widać, że artyści poszukują nie tylko nowych tematów, ale i odpowiadających im nowych form wyrazu.

Dopełnieniem kinetycznego obrazu pustki jest plakat towarzyszący premierze, będący częścią projektu „Nic”. Zielone wzgórze – bezludna, ale jasna, otwarta i przyjazna przestrzeń, w której wszystko może się zdarzyć – kolejny ekwiwalent pustki, która jest absolutem, ponieważ potencjalnie istnieje w niej wszystko. Interesujące jest również to, że „Nic” można interpretować na zupełnie innym poziomie – teatralnej gry, niespodzianki, może nawet zabawy. To wprawdzie także ślady amerykańskich wpływów spod znaku post modern dance, ale nie jest to chyba najistotniejsze. Ważne natomiast jest to, że zabawa się udała, że pewien drobny z pozoru zabieg okazał się wciągającą dla widzów, przewrotną grą z tematem spektaklu. Jaki to był zabieg? Tancerze kilkakrotnie przebierali podkoszulki. Z przodu i z tyłu T – shirtów zapisane były słowa, które układały się w zdania, kiedy tancerze przez chwilę poruszali się unisono. „Tu nic się nie dzieje, przedstawienie jest na górze” – krzyczały kolorowe napisy. „To jeszcze nie koniec, to jeszcze nie koniec, oh yeah” – głosiły, kiedy indziej. Na tle monotonnego ruchu brzmiało to raczej ironicznie. „Tu nic się nie dzieje, wszystko się powtarza, nic się więcej nie zdarzy” – taki był niemy komentarz kostiumów. A jednak... tancerze przebierali się, żeby powiedzieć, że spektakl jest gdzie indziej. Pustka przemówiła do publiczności, coś jej zakomunikowała. A więc spektakl jednak się odbył. Tytułowe „nic” okazało się niemożliwe. Nie można zrobić spektaklu, w którym nic się nie dzieje, chyba że w ogóle nie podniesie się kurtyny. W przeciwnym wypadku nic zawsze do czegoś prowadzi. Na przykład do udanego eksperymentu pod tytułem „Nic”.
„Nic”. Koncept, choreografia, wykonanie: Natalia Draganik, Dominika Knapik, Joanna Leśnierowska, Agnieszka Noster, Janusz Orlik. Muzyka: Łukasz Kędzierski. Światło: Dariusz Prokop. Oprawa graficzna: Michał Łuczak. Produkcja: Stowarzyszenie Towarzystwo Gimnastyczne i Kulczyk Foundation. Premiera: 15 września 2007 w przestrzeniach Starego Browaru w Poznaniu.