ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 lipca 13 (445) / 2022

Karolina Broda,

GŁĘBIEJ, DO SZCZELIN ISTNIENIA

A A A
Jolanta – córka Ireny, wnuczka Bronisławy, prawnuczka Ludwiki

Zmarła 16 marca 2021 roku Jolanta Brach-Czaina była może bardziej Jolantą niż Brach-Czainą. Nawet jeśli postanowiła zachować siebie w dwóch członach nazwiska, by uchronić się od utraty swojej pierwotnej tożsamości, były to i będą człony już na zawsze męskie. Nazwiska przynależą tylko i wyłącznie do męskiej części populacji, a my-kobiety jesteśmy co najwyżej ich spadkobierczyniami. W „Błonach umysłu”, jej ostatniej książce, pisze: „Jak przedstawiać się mają kobiety, skoro są pozbawione własnych nazwisk? Te należą do mężczyzn. Kobiety mają tylko imiona” (Brach-Czaina 2022: 7). Niech więc pozostanie dla nas Jolanta Jolantą, wtedy będziemy mieć chociaż pewność, że obcujemy z tym, co przynależy bezpośrednio do niej.

Architekta codzienności

Jolanta najmocniej odznaczyła się w recepcji czytelników książką „Szczeliny istnienia”, która zresztą została z czasem okrzyknięta „biblią feminizmu”. Można by powiedzieć, i nie byłoby to stwierdzenie błędne, że w „Szczelinach istnienia” zostaje na nowo odkryte pojęcie codzienności. Choć na szczególny wymiar naszych zajęć dnia powszedniego wskazywali już przed Jolantą inni – Miron Białoszewski czy Anna Sobolewska – to właśnie ona zbudowała dla codzienności swoistą mitologię, stając się jednocześnie jej czarująca architektką.

Codzienność też okazuje się czarująca, ale czarująca inaczej – jej magia zaklęta jest w niepozorności. To, co fundamentalne, tkwi w drobiazgach, szczegółach, detalach. Rutyna, ciąg powtarzalnych zdarzeń, które swoim podobieństwem sprawiają, że zapominamy, iż w ogóle w nich uczestniczymy, stają się dla autorki pretekstem wystarczającym, by obrać je za przedmiot filozoficznych rozważań.

Kwestia najbardziej dla autorki interesująca to egzystencjalny konkret: „krzątactwo”, spanie, leżenie, jedzenie, wynoszenie śmieci, ścielenie łóżka, przygotowywanie pierogów z wiśniami. Trwanie w czynnościach stanowiących zarazem krajobraz, jak i horyzont naszych codziennych zmagań ze światem, może wydawać się nader banalne. Niewiele jest w nas przecież uważności na to, co stanowi podstawę naszego istnienia. Wszystko to wydaje się tak oczywiste, tak zagwarantowane, że niemożliwe do utracenia. Skoro tak – po co się tym przejmować?

„Podstawę naszego istnienia stanowi codzienność. A że fakt istnienia przeżywamy jako niezwykle ważny, więc ogarnia nas zdumienie, ilekroć uświadamiamy sobie, że upływa ono na drobiazgach” (Brach-Czaina 2018: 67). Kiedy okazuje się, że tak doniosły dla nas fakt istnienia mija nam na tym, co przyziemne, dotykające silniej ontologicznych nizin niż wyżyn, wpadamy jednocześnie w konfuzję, jak i w przerażenie. Przymus bytności w konwulsjach każdodniowych zmagań jest tak bolesny, że przeżywany zbiorowo przybiera formę niechętnie wykonywanych czynności, o których nigdy nie pomyślelibyśmy jak o wielkim dziele z dziedziny metafizyki. Trudną do zaakceptowania oczywistość filozofka czyni nadrzędną wartością – jeśli w ogóle istniejemy, to istniejemy w szczegółach, skrawkach codzienności, okruchach świata, a nie w jakimś pomnikowym jego wymiarze, który często lubimy sobie wyobrażać.

Oczywiście da się wobec jolantowskiej diagnozy codzienność-sacrum skonstruować pytanie podejrzliwe, godzące w zasadność stwierdzenia, że może ona być wyniesiona pod filozoficzny nieboskłon. Przecież: „Jest nam mimo wszystko bardzo trudno się zgodzić na trywialność, stąd pytania: Dlaczego nie zgadzamy się na trywialność i dlaczego, co więcej, doszukujemy się w niej samego czegoś wyjątkowego? Chcielibyśmy, aby nasze istnienie, ale i istnienie w ogóle witano fanfarami wysokich uczuć. Tymczasem doszliśmy do tego, że najtrudniejszym zadaniem, przed którym staje człowiek, jest akceptacja trywialności istnienia, w tym zwłaszcza jego własnego istnienia” (Polak 2018: 60).

Pytania godzące w konstatacje o ważności uważności w kontekście codzienności zdają się być jednak tylko kwestionowaniem, które potwierdza zasadność stwierdzenia, że codzienność zasługuje na naszą uwagę. Jeśli mamy godzić się z trywialnością, musimy zaakceptować też to, że to ona funduje nasze istnienie. Istniejemy poprzez codzienność. Włączenie codzienności do dyskursu filozoficznego wydaje się więc nader uzasadnione – jest codzienność głównym kontekstem naszego istnienia, a kontekstem konsekwentnie od lat pomijanym i spychanym na margines naukowych rozważań. Najwyższa pora więc, by przywrócić codzienności należyte miejsce w ontologicznym porządku i zajrzeć do szczelin istnienia.

Konkret istniejący

Jolanta pisze, że nie można istnieć bardziej niż być. To słowo „jestem” jest najdonioślejszym, najmocniejszym wytrychem i gwarancją istnienia. Nie da się mocniej powiedzieć siebie niż poprzez jestem. Sama autorka zresztą deklaruje, co wydaje mi się znamienne dla prowadzonej przez nią narracji, że to, co frapuje ją najbardziej, to właśnie istnienie, bycie. „To, o czym chcę mówić, dotyczy istnienia w postaci egzystencjalnego konkretu, którym jest zarówno napotkany kamień, jak i każdy z nas. Można też powiedzieć, że dotyczy bytu – a więc tego, co jest i co posiada moc obecności pełną, którą wyraża słowo JEST. Bo czyż można być mocniej niż to, co jest? I czy nasze myśli nie powinny zwracać się ku temu, co jest, ku otaczającemu nas bytowi, jakim też sami jesteśmy?” (Brach-Czaina 2018: 11).

Nie jest jednak córka Ireny w swoich dociekaniach, jak większość filozofów dokładających swoją cegiełkę do gmachu ontologii, pretensjonalna czy nastawiona na odkrycie bytu samego w sobie, istnienia sensu stricto, kryjącego się pod płachtą marnych, niezadowalających perceptora zjawisk. „Myślę, że gdy filozofowie mówią z rozpaczą o milczeniu bytu, wynika to z niezrozumienia mowy bytu, który nie zwraca się do nas jako całość, lecz poprzez konkret egzystencjalny, drobiny znaczące” (Brach-Czaina 2018: 12). Dla Jolanty wyznacznikiem bycia jest, tak naprawdę, wszystko to, co nas otacza. Być może jako pierwsza tak wyraźnie pokazała nam, że filozoficznego namysłu wcale nie trzeba szukać tak daleko. Egzystencjalny konkret jest wszędzie wokół nas, ale i w nas.

O codzienności autorka pisze jak o kolejnej „stoczonej walce”, czymś, co musimy znosić z trudem, czego bez powodzenia próbujemy maniakalnie się wyrzec. Codzienność jest niepodważalnym faktem ludzkiego istnienia, lecz przemija niezauważona, ponieważ nie kusi nas wyszukaną formą, imponującym spektaklem, nie ma w niej blasków, a jedynie cienie. „Uspokój się. I twoje grzechy i dobre uczynki okryje niepamięć” (Fornari 2012: 85).

Autorka nie była też w błędzie, konkludując: „Nie sądzę, by trzeba było kogokolwiek przekonywać do aury znaczeń świecącej wokół kiełbasy, skoro dobitnie dowiódł tego Rafał Wojaczek. Także Miron Białoszewski umieścił niejeden przedmiot na właściwym miejscu w porządku istnienia. A że filozofowie się ociągają, to nie wina poetów” (Brach-Czaina 2018: 19). Powyższe słowa są dla filozofki świadectwem o podwójnym znaczeniu i to świadectwem, które wystawia sobie ona sama. Nie tylko dobitnie przemawiają za jej świadomością kulturową i kontekstową, pozwalając jej na umieszczenie siebie jako pisarki w porządku pewnych odniesień, których – jakby nie patrzeć – jest spadkobierczynią, ale i wyraziście pokazują jej balansowanie pomiędzy sferami gatunkowymi, rozmaitymi ujęciami i spojrzeniami na rzeczywistość. Jolanta nie jest w pełni ani poetką ani filozofką, ale może właśnie przez ten pozorny niedomiar, staje się pisarką pełną, zgodnie z własną maksymą, że prawdziwa siła kotwiczy się w niepozorności?

„Teatr Samuela Becketta, Tadeusza Różewicza, Tadeusza Kantora, poezja Mirona Białoszewskiego – zderzają graniczne doświadczenia XX wieku z codziennością przez przęsła symboli, paradoksów, milczenia i metafor. Jednak poza wnioskami z krytycznej teorii teatru, dramatu i wiersza badaczka sięgała do tradycji filozoficznej, bliskiej językowi poetyckiemu. Zderzała doświadczenie trywialne z patosem, początkowo w tradycji Heideggerowskiej. Idąc tą drogą, praktykując esej, wykreowała własną »narrację szczelinową«. Nazywając ją tak, odnoszę się do konceptu onto-epistem” (Iwasiów 2022: 9). Obecna w twórczości pisarki tradycja jest tak naprawdę post-tradycją, umiejętnie przetworzoną właśnie przez tzw. „narrację szczelinową”, jak trafnie nazywa jej ekspresję Inga Iwasiów. Jolanta nie musi nawet brać na warsztat konkretnych utworów wyżej wymienionych twórców, one są obecne w jej pisaniu implicite, podskórnie wżerając się w tkankę jej mięsistego pisarstwa. A tak snuta opowieść nęci i syci czytelnika podwójnym bogactwem – zarówno swej wewnętrznej organiczności, jak i zewnętrznej sieci powiązań, fundującej utworowi istnienie w porządku kulturowym, intertekstualnym.

Nazwiska Wojaczka czy Białoszewskiego też nie są tutaj przypadkowe. Obu poetów śmiało można określić mianem magików codzienności, którzy w tym, co z wierzchu wydaje się banalne czy wręcz trywialne, odnajdywali siłę inspiracji do twórczego opisu, a przenosząc świat zewnętrzny do mikrokosmosu języka, dawali prawdziwy wyraz jego istnieniu. Jeśli przyjrzeć się dokładniej utworowi „Mit rodzinny”, potrzeba emancypacji niechcianych kawałków naszego życia jest tam wyraźnie widoczna. „To jest kiełbasa. To jest moja matka jadalna” (Wojaczek 2011: 19) – deklaruje przedstawiciel poetów wyklętych, tak jakby tym stwierdzeniem bronił praw kiełbasy do metafizyki. Choć brzmi to dość kuriozalnie, z pewnością nie wolno nam przeoczyć faktu, że jest to głos słyszany ze szczeliny. Poetyckie wyznanie, które w swej konfesyjnej formie ogniskuje przyświecającą Brach-Czajnie idee. Mimo płomiennego, manifestacyjnego charakteru jej dyskursu, finalnie wyraża ona pewną pobłażliwość w stosunku do zgody – jedynej opcji, która nigdy się nie dezaktualizuje. Konformistyczne przyzwolenie na zanurzenie się aż po czubek głowy w trwaniu? Czy to ostateczna recepta?

Literackie kłącza

Język, choć trudno stwierdzić, że jest w pisaniu Jolanty najważniejszy, pozostaje elementem prymarnie związanym z tworzoną przez nią narracją, a przez to – fundamentalną składową całej poetycko-filozoficzno-eseistycznej nadbudowy, jaką czyni nad nim autorka. Jest to język szczelin i błon, szpar i zakamarków, który plącze się i przeplata, tworząc rozmaite, nowe ujścia dla przekazu, jakie niesie za sobą słowo. Słowo przestaje więc być tylko narzędziem, służącym do opowiadania twórczego znaczenia, a staje się plastycznym obrazem, pejzażem, którego odbiór zmienia się wraz z rzucanym światłem i percepcją czytelnika, na tego ostatniego będąc szalenie wrażliwym. W końcu – „Na powierzchni jesteśmy, w szparach bywamy” (Brach-Czaina 2018: 154), jak mówi konstatacja, którą można by uznać za myśl przewodnią „Szczelin istnienia”. Być może to właśnie warstwa językowa prowadzi nas do tych szczelin, starając się pokazać to, co na pierwszy rzut oka bywa niewidoczne.

Na twórczość Jolanty można patrzeć też przez pryzmat optyki postmodernistycznej, która nauczyła nas prymatu fragmentu nad całością. Podobnie w twórczości autorki „biblii feminizmu” – świat jawi nam się we fragmentach, tak jakby ktoś go pokruszył i wsypał do szczelin, z których dopiero na nowo musimy go wydobyć. Nie jest to jednak fragment osamotniony, a taki, który zostaje wyposażony w kontekst, odniesienie i dąży do jakiegoś spotkania z całością, a przede wszystkim z całością podmiotowości człowieka.

Zresztą prowadzona przez prawnuczkę Ludwiki narracja jest mocno skupiona na tym, czego z pozoru nie ma. Stara się dostrzegać te zakamarki rzeczywistości, które lubią umykać w naszym obrazie świata i aby je wydobyć potrzeba podwójnego wysiłku – zarówno poznawczego, jak i intelektualnego. Doskonale widać to na przykładzie wrzosu, analizowanego przez autorkę w „Błonach umysłu”: „Spokojne bytowanie wrzosów świadczy o sile niepozorności. Chodzi o subtelną stronę zdarzeń, której mimo naszej gwałtowności – być może – świat zawdzięcza trwanie” (Brach-Czaina 2022: 23). Jolanta pyta, czy przypadkiem to właśnie nie niepozorność, swoim bezuwagowym trwaniem, funduje istnienie świata. Krzyk może być głośniejszy i szybciej się roznosić, ale to niepozorność, której nigdy nie podejrzewamy o siłę, właśnie ją posiada.

Sposób, w jaki Jolanta ujmuje świat poprzez słowo, przypomina rozsławioną już postmodernistyczną figurę kłącza. Jak pisze Bogdan Banasiak, tłumacz i propagator myśli Deleuze’a w Polsce: „Jeśli więc można mówić o jakimś modelu świata, to z pewnością bardziej zasadne jest czynić to w odniesieniu do kłącza, rzeczywistość bowiem, istotnie, jest rizomorficzna – rośliny tworzą kłącze z wiatrem, ze zwierzętami, z ludźmi, my zaś »tworzymy kłącze wespół z naszymi wirusami albo raczej nasze wirusy pozwalają nam tworzyć kłącze z innymi zwierzętami«. Kłącze zrobione jest z plateau, plateau zaś to »ciągły region intensywności«, którego wibracje nie podlegają organizującej orientacji, to wszelka wielość dająca się złączyć z innymi, by utworzyć kłącze, które »nie rozpoczyna się ani nie kończy, jest zawsze w otoczeniu, pomiędzy rzeczami, między-byt, intermezzo«” (cyt. za: techsty.art.pl). Podobną diagnozę stawia pisaniu Jolanty Zofia Król – pisząc w swoim eseju „Fikołki i figle” – „Fragment, w którym autorka »Szczelin istnienia« parafrazuje Kartezjusza i rozważa zasady dobrego nastroju, dotyczy »metafizyki mięsa«. Akapity filozoficzne przeplatają się tu już nie z akapitami o krojeniu wiśni, nie mniej filozoficznymi, ale z relacją z zarzynania jagnięcia. Jagnię jest najpierw wybierane i odpowiednio karmione, następnie zabijane. Mięso zostaje wypatroszone, rozebrane, a całe jagnię upieczone na rożnie i ułożone fantazyjnie z warzywami na półmiskach. Równolegle toczy się refleksja o mięsności jako kategorii łączącej byty, zakończona cytatem z podręcznika sekcji zwłok. Przeplatające się akapity dwóch rozdziałów nie łączą się bezpośrednio, a raczej ze sobą sąsiadują. I właśnie to sąsiadowanie chciałabym tu zanotować jako kolejną ważną eseistyczną strategię, która umożliwia wolne hasanie myśli. Tematy, toki rozumowania nie zawsze konsekwentnie z siebie wynikają. Niekiedy postawienie obok siebie dwóch równoległych myślowych światów, bez łączenia na siłę za pomocą »zatem«, »skoro« i »ponieważ«, daje efekty o wiele bardziej wartościowe, bo wieloznaczne” (Król 2020: 32). Eseistyczne „hasanie” jest też więc pewną odmianą kłączowania, rozrastaniem się coraz to nowych wątków i odnóg myśli, które wcale nie muszą ściśle się ze sobą spotykać, a mogą jedynie paralelnie istnieć – w zgodzie lub we wzajemnym wykluczeniu.

Zgodnie z tą teorią, pisarstwo Jolanty nie jest korzeniem, a rozgałęzieniem wijącym się w nieskończoność, o trudnej do zdefiniowania strukturze. Szczeliny i błony są możliwe do modyfikacji, nie są danym raz na zawsze schematem, a tkanką podatną na zmiany. Tym samym jolantańska mitologia codzienności wraz z tkanką szczelinowo-błonową spełniają zasady deleuzjańskiego kłącza: zasadę łączności, heterogeniczności, wielości, nie-znaczącego zerwania oraz kartografii i przekalkowania. Tworzone przez autorkę relację pomiędzy pojęciami są mapą, luźną siecią powiązań, którą da się odwrócić, spojrzeć na nią do góry nogami czy wymieszać porządki. Szczelinom ani błonom nie grozi zerwanie czy akt całkowitego unicestwienia, ponieważ mają one zdolność regeneracji i naprawy. Może właśnie takiego filozofowania dzisiaj nam trzeba? Odpornego na zmianę i zerwanie, bo nie ustanowionego ostatecznie, raz i na zawsze.

Tkanka szczelinowo-błonowa

O metaforze u Jolanty można mówić jako o środku otwartości. Przyjmuje ona przenośnie mięsiste dla języka, próbując wydobyć haptyczną właściwość słowa i człowieka. W jej pisaniu dają nam się we znaki wykluczenie i ignorancja względem domagającego się dostrzeżenia ciała. Już Nietzsche, chyba jako pierwszy, na co wskazywał Deleuze, odkrył dla filozofii ciało. Zdaje się, że podobnej emancypacji ciała na gruncie polskiej filozofii współczesnej dokonała Jolanta.

Nietzsche pokazał nam, że ciało jest różne od umysłu, lecz nie zrobił tego poprzez prostą dystynkcję opozycji, jak czyniono to w filozofii przez wieki przed nim. On, inaczej niż jego poprzednicy, pragnie nam wskazać sposób, w jaki istniejemy w świecie, podstawy tej egzystencji. Tym samym jego filozofia staje się wręcz hermeneutyką ciała. „Ciało jest wielkim rozumem, mnogością o jednej treści, jest wojną i pokojem, jest trzodą i pasterzem. Narzędziem twego ciała jest twój mały rozsądek, bracie mój, który zwiesz »duchem«, narzędziem jest on i igraszką twego wielkiego rozumu. »Ja« powiadasz i chełpisz się z tego słowa. Lecz rzeczą większą – w co wierzyć nie chcesz – jest twe ciało i jego wielki rozum: ono nie mówi: »ja«, ono »ja« czyni” (Nietzsche 1922: 56-57). Filozof odwraca w ten sposób metaforę głębi, wydobywając na wierzch to, co dotychczas było skrywane, a ciało czyniąc nadrzędną podstawą naszego bycia-w-świecie. Ja to ciało.

Zdaje się, że Jolanta przyjmuje podobną wykładnię ciała – ciało nie jest tym, co tkwi w prostej opozycji do umysłu, ale tym, co wymyka się kategoryzacji. Przez trudności klasyfikacyjne jest przez filozofię trywializowane i marginalizowane, bo trudno się z nim obejść jednoznacznie. Nie jest ciało dla autorki ani prostym afektem, ani nachalną namiętnością, a podobnie jak u Nietzschego – czymś, co stanowi podstawę istnienia równie silnie, w sposób równie uprawniony, by mówić o nim w takich kategoriach, w jakich mówi się o platońskim ratio. To ostatnie zresztą stanowiło dla niemieckiego filozofa przeszkodę w recepcji świata – nie da się w pełni opowiedzieć historii rzeczywistości, udając, że istniejemy tylko jako intelekt. Zresztą Jolanta dokonuje podobnego do niego odwrócenia metafory głębi, kiedy pisze, że „Na powierzchni jesteśmy, w szparach bywamy” (Brach-Czaina 2018: 154).

Przestrzenie człowieka

Jolanta na mapie polskiej literatury zasłużyła sobie na miejsce szczególne. Można patrzeć na nią jak na autorkę, która tworząc wyrwę, za chwilę ją zapełniła. Uczy nas bowiem, że żeby być wierną sobie, nie wystarczy być sobą, a trzeba być jeszcze siebie świadomą Ma odwagę – na co zdobywa się niewielu autorów i autorek – nie tylko pokazywać, ale i nazywać swoją podmiotowość. „Prawnuczka Ludwiki pisze w kontrze do tożsamościowych dylematów usytuowania. Stawia-się (i inne kobiety) w centrum dyskursu, rozpoznaje świat z tego miejsca. Wypełnia swym doświadczeniem wiele niezagospodarowanych wcześniej w języku modernistycznej wysokiej sztuki sytuacji” (Iwasiów 2022: 11).

Autorka wymyka się wielu klasyfikacjom, a jej utwory to utwory graniczne. Być może takich nam dzisiaj potrzeba najbardziej? Może ludzkie doświadczenie daje się już opisać tylko jako coś, co dzieje się pomiędzy, na styku, na pograniczu?

„Metafora szczeliny mogłaby kierować uwagę ku filozofii różnicy i dekonstrukcji Jacques’a Derridy lub ku dyskursowi humanistyki po Zagładzie, w którym zalecenie, by mówić o tym, co niewidoczne, zakopane, zaniechane, skazane na niebyt, stanowi wskazówkę etyczną. Droga Jolanty wnuczki Bronisławy [Błony umysłu] skłania do szukania związków z literaturą i sztuką, ale też do zadania pytań o konsekwencje filozofowania w poetyckim stylu. Tak czy owak metafora stoi w centrum »pisania szczelinowego«, z czasem przechodzącego w »szczelinowo-błonowe«. Jednak nie da się sprowadzić »Szczelin istnienia« i »Błon umysłu« do języka, trzeba po lekcji erudycji otworzyć się – jak zaleca pisarka – na doznania, wśród których najważniejsza jest cielesność i zmysłowość, ale też stopniowo narastające opór i wściekłość związane już nie z ogólną i uhistorycznioną sytuacją człowieka, lecz z egzystencją kobiety-samicy, krwawiącej, rodzącej, wycierającej po innych ścierką to, co mogłoby wywoływać obrzydzenie, gdyby nie było samym bytem, od którego nie można się odwrócić” (Iwasiów 2022: 9).

Warto jednak zaznaczyć, że u autorki „Błon umysłu” nie ma to wszystko wydźwięku taniego nihilizmu, banalnej tyrady o nieporadności człowieka w zetknięciu zarówno ze światem, jak i z samą sobą. Jolanta, pokazuje nam, że jesteśmy kalecy, gdyż nie wiemy kim jesteśmy. Przeglądamy się w innych, ale zawsze niepewnie – twarz innego jak półpełny autoportret, kłamliwa autokreacja.

„Fakt ukrycia się nie tylko przed innymi, ale także przed sobą, może wydawać się intrygujący, jak migotanie świateł w nocy na rozlewiskach. Fascynuje nas obecność tajemnicy, której nie próbujemy rozwikłać ani nawet po nią sięgać. Skrytości życia wewnętrznego jesteśmy organicznie wyuczeni. Stosujemy różne sposoby pogodzenia się z niewiedzą o nas samych. Sądzimy, że zewnętrzne objawy stanów rzeczy są wystarczającą wiedzą o istocie zjawisk. Wnioskujemy po zachowaniach, po oznakach i pozorach, jakbyśmy sami sobie byli obcy. Słuchamy opinii innych, przeglądamy się w reakcjach i sądach” (Brach-Czaina 2022: 137).

Są to jednak tylko przestrzenie człowieka, w których się przeglądamy. Spotykamy się ze sobą tylko w lustrze, które podaje nam ktoś inny. A że trudno rozpoznać siebie w przejawach, jesteśmy, jacy jesteśmy – niekompletni, bo odbici w Innym.

Myślenie ciałem

Czy da się pomyśleć siebie ciałem? Spróbuj: wdech-wydech-wdech-wydech zamiast: myślę-nie myślę-jestem-nie jestem. Przejmująco pisze Jolanta o oddechu, jakby klatka piersiowa była naszym drugim mózgiem. Może tak rzeczywiście jest? Może to jednak res extensa jest właściwą podstawą bytu?

Od razu na myśl przychodzi rozdział z „Błon umysłu”, gdzie autorka opisuje proces oddychania, dowodząc, że to właśnie wdechy i wydechy, które przywykliśmy ignorować, pozwalają nam istnieć. „Nasze życie określone jest przez wejście w powietrze i wyjście z powietrza. Istnieją więc powietrzne granice człowieczeństwa. Jesteśmy konkretną osobą od pierwszego oddechu do ostatniego tchnienia. Przedtem i potem czymś innym. Cokolwiek robimy, dzieje się to na marginesie nieprzerwanej aktywności powietrznej, jako dodatek do niej, nieraz pasjonujący” (Brach-Czaina 2022: 25). Oddycham, więc jestem. Zakodowana jest w nas ważkość własnego poczucia indywidualności, z której utratą trudno byłoby się człowiekowi pogodzić. Jednocześnie to właśnie koniec oddechu jest też końcem tożsamości, naszego jedynego wyznacznika inności, rozróżnialności. Z oddechem zanikamy zarówno my, jak i nasza tożsamość.

Znów pojawia się ta ontologia niewidoczności, gdzie to, co transparentne, ukryte, przezroczyste, jest jednocześnie tak mocno w nas wpisane, że nawet nie śni się nam to dostrzegać. No chyba, że go (oddechu) zabraknie. Dopiero wtedy skłonni jesteśmy zwrócić uwagę do wewnątrz – ale tego prawdziwego wewnątrz, świątyni trwania, do ciała.

Konsekwencje, jakie pozostawił po sobie kartezjański paradygmat dychotomii umysł-ciało, stawiając to pierwsze w roli niezbywalnego, absolutnego świadectwa świadomości i ważkości faktu własnego istnienia, wciąż żywo oddziałują na humanistykę i nie tylko humanistykę. „Tradycja filozofii sugeruje nam straszliwe wyobcowanie ze świata” (Brach-Czaina 2022: 155). Choć próby redefiniowania pojęcia podmiotu, a zarazem szukania mu nowego lokum na planszy rozważań nad odwiecznym problemem body-mind były liczne – od hermeneutyk podejrzeń po współczesną psychoanalizę i rimbaudowsko-lacanowskie stwierdzenie „ja to ktoś inny”, trudno nam na stałe zaakceptować i zaadaptować cielesność w naukowym dyskursie. Recepta Jolanty na człowieka jest z pozoru błaha – spotkać się ze sobą nie tylko w przejawach intelektu, a w ciele, które pozostaje wobec nas i otoczenia zawsze szczere – a jak trudna do zaakceptowania i wcielenia w życie.

Postać Kartezjusza pojawia się tutaj także nieprzypadkowo. Jolanta nie była pierwszą, która próbowała zmagać się z jego argumentacją. Słusznie pisała Eliza Kącka, gdy deklarowała: „Gdybym pisała esej o Kartezjuszu, poświęciłabym go gospodyni, która – kiedy koncypował »Rozprawę o metodzie« – prała mu gacie, rozparzona od zbytniego przesiadywania pod piecem. Brach-Czaina by mnie zrozumiała” (Kącka 2021). Zdanie to pojawia się dzisiaj jako tzw. „blurb” na okładce wznowionych przez wydawnictwo Dowody na Istnienie „Błon umysłu”, co zdaje się szczególnie symptomatyczne. Bowiem „Błony umysłu” może nawet bardziej niż „Szczeliny istnienia” powinny zyskać kultowe miano „biblii feminizmu”. A za Kącką głos zabrała także Katarzyna Przyłuska-Urbanowicz: „A zatem: zad zamiast twarzy, wydaliny zamiast uładzonego tekstu, pewność gaci zamiast pewności cogito, fizyczna praca usuwania cielesnego brudu zamiast bombastycznych deklaracji żołnierza-samochwała, który stara się oczarować dziekana sorbońskiego Wydziału Teologicznego opowieścią o wymagającym odwagi i samodyscypliny filozoficznym eksperymencie” (Przyłuska-Urbanowicz 2022: 20).

Filozofka chce sprawić, by był słyszalny głos ze szczelin. Zwróć na siebie uwagę. Co mówi Ci ciało, której jest siedzibą umysłu i duszy? Przecież Twój byt jest cielesny, spróbuj więc pomyśleć ciałem. Mów ciałem, czuj ciałem, myśl ciałem.

LITERATURA:

Brach-Czaina J.: „Błony umysłu”. Warszawa 2022.

Brach-Czaina J.: „Szczeliny istnienia”. Warszawa 2018.

Fornari F.: „Wenecja Miłosza”. Kraków i Budapeszt 2012.

Iwasiów I.: „O narracji szczelinowo-błonowej. Lekcje pisania na podstawie Jolanty Brach-Czainy”. „Czas Kultury” 2022, nr 1.

Kącka E.: „Alchemia codzienności”. „Znak” 2021, nr 7-8. https://www.miesiecznik.znak.com.pl/alchemia-codziennosci/.

Król Z.: „Fikołki i figle”. W: „Prognoza niepogody. Literatura polska w XXI wieku”. Red. M. Jakubowiak, S. Kloska. Wołowiec 2020.

Nietzsche F.: „Tako rzecze Zaratustra”. Przeł. W. Berent. Warszawa 1922.

Pisarski M.: „Kłącze – Deleuze i Gauttari”. https://techsty.art.pl/hipertekst/teoria/postmodernizm/klacze.htm.

Polak M.: „Medytacje o ostatniej filozofii”. Kraków 2018.

Przyłuska-Urbanowicz K.: „Filozofia niemożliwa. Jolanta Brach-Czaina, akademia i dół materialno-cielesny”. „Czas Kultury” 2022, nr 1.

Wojaczek R.: „Wiersze zebrane”. Red. B. Kierc. Wrocław 2011.