ISSN 2658-1086

1 sierpnia 15-16 (447-448) / 2022

Michał Łukowicz,

ŚWIĘTY, PROROK I WIZJONER (TOMASZ LADA: 'ZAGRANI NA ŚMIERĆ')

A A A
Podobno w naszej, rodzimej wersji nie miał sobie równych. To z przyczyn występowania pod tą szerokością geograficzną charakterystycznych bakterii, które znacznie poprawiają doznania. Niektórzy przekonywali, że niesamowita moc jest efektem tajemnego, dodawanego przez wtajemniczonych składnika – brudu spod paznokci. Mówiono też, że to po niego, a nie żadne wagony wódki, przyjechali do Polski Rolling Stonesi i David Bowie. Proszek. Brown sugar. Mączka. Kompot. Heroina. W nowej książce Tomasza Lady „Zagrani na śmierć. Mroczne ścieżki polskiego undergroundu” narkotyk ten jest postacią drugoplanową, ale – paradoksalnie – w jakimś sensie najważniejszą. Splatającą tragiczne losy trzech bohaterów – wybitnych muzyków polskiej sceny alternatywnej lat 80. i 90. XX wieku.

Jako pierwszego poznajemy Janusza „Janka” Rołta – perkusistę-wirtuoza, który w czasie swojej krótkiej kariery współpracował z Brygadą Kryzys, Armią, Kultem i Lechem Janerką. Opowieść o Rołcie otwiera oniryczna anegdotka Pawła Rozwadowskiego, wokalisty i autora tekstów grupy Deuter, o przelatującym nad łanami zboża kontrabasie, który okazał się instrumentem przyczepionym do pleców poruszającego się na rowerze perkusisty: „Tuż nad cudownie dojrzałym, lekko falującym łanem szybuje kontrabas. Przecieram oczy. (…) Skręca!!! Z wąskiej ścieżki biegnącej między polami żyta i pszenicy wypada na drogę dojazdową Janek Rołt. Na rowerze, w kąpielówkach, czarnym fraku z ogonami, pilotce i goglach motocyklowych wiezie na plecach kontrabas” (s. 9-10). Mimo że historia muzyka kończy się tragiczne, takie jasne, pełne oniryzmu otwarcie jest jak najbardziej na miejscu. We wspomnieniach współpracowników i najbliższych Rołt jawi się bowiem jako osoba zawieszona między doczesnością a światem duchowym. „Rosjanie mówili o takich ludziach jurodiwyj, czyli święty, albo pobłogosławiony szaleniec. (…) Nie dbali o wygląd, żyli w ubóstwie, ale mieli przekaz z góry i należało ich chronić. Janek taki właśnie był” (s. 68) – wspominała Magdalena Kalenik, ważna postać warszawskiego środowiska punkowego. Brak przywiązania do świata materialnego Rołt podkreślał stylem, mówiąc eufemistycznie, dość niezobowiązującym: łysy, niedogolony, najczęściej boso i w brudnym podkoszulku, bez przednich zębów, jakby „ze śmietnika” (s. 30). Biła jednak od niego niezwykła aura i wewnętrzne światło, które podkreślały tylko niesamowity talent muzyczny. Jak wspominają jego koledzy – za perkusją zamieniał się w anioła (zob. s. 35), a jego „kocie ruchy były niezwykle harmonijne, jakby uprawiał jakiś balet” (s. 32).

Jedną z najważniejszych postaci w życiu Rołta był niewątpliwie Lech Janerka. Perkusista nagrał z nim słynną „Historię podwodną” (opolski występ z Janerką z 1986 roku to też jedyne profesjonalne nagranie wideo, na jakim możemy dzisiaj zobaczyć grę Rołta: https://youtu.be/4UYmVzOrQGY). W rozmowach z Tomaszem Ladą autor „Jezu, jak się cieszę” wspomniał: „(…) zapytałem, dlaczego chce ze mną grać. »A bo ty nic nie bierzesz« – odpowiedział” (s. 48). Ich współpracę Rołt traktował jako szansę na zdystansowanie się od narkotyków. To współdziałanie nie trwało jednak długo, a prawdziwe przyczyny rozstania, jak często bywa w tej branży, pozostają tajemnicą. Genialny bębniarz (a później także sprawny basista zespołu Big Bit) przekonywał znajomych, że Janerka za nagrania obiecał mu wzmacniacz Marshalla i nie dotrzymał słowa. Były lider grupy Klaus Mittfoch wskazywał właśnie na narkotyki. Miały one coraz mocnej wpływać na życie Rołta. A głośniej i głośniej mówiło się o zagrożeniu AIDS. Kilka lat później perkusista rzeczywiście zachorował. Grał coraz rzadziej. W końcu, w lipcu 1990 roku popełnił samobójstwo.

„To, że nie potrafił śpiewać, nie było wielkim problemem. Wszyscy się uczyliśmy” (s. 108) – wspominał początki Dariusza „Skandala” Hajna w zespole Dezerter ich gitarzysta Robert Matera. Skandal, drugi z bohaterów „Zagranych na śmierć”, szybko się jednak zaczął techniki wokalnej uczyć. I to nie u byle kogo, bo u Tadeusza Konadora – nauczyciela śpiewu, przez którego ręce przeszło gros znanych polskich muzyków na czele z Korą, Kayah czy Haliną Frąckowiak. „Latem wszystkie okna pootwierane. Moje też. Dlatego kiedy oni ćwiczyli [Hajn i Matera – M.Ł.] – a to przecież punkowcy, musieli się wydzierać – ich głosy było wszędzie słychać. Ale nikomu to nie przeszkadzało” – wspominał (s. 113). Trafianie w dźwięki w ramach gatunku, jaki uprawiał zespół Dezerter, nie było jednak najważniejsze. Hajn miał to, co najistotniejsze – przeogromną charyzmę. „On przyciągał pod scenę. Wszyscy go słuchali. Nie było siły, żeby nie zareagowali, bo był autentyczny i promieniał jakąś siłą” (s. 112) – wyjaśniał nauczyciel śpiewu. „Darek był znakomity, pełen energii i wyrazu. Jak Jagger” (s. 142) – wspominał z kolei Jacek Gruca, a Tomasz „Majonez” Wiśniewski, menedżer Dezertera w latach 1983-1984, zauważał: „Repertuar tworzyli Krzysiek [Grabowski – M.Ł.] i Robert, a symbolem, wizytówką, twarzą zespołu stawał się Skandal” (s. 132).

Koledzy z zespołu często żartowali, nazywając Hajna swoją „małpeczką” albo „gwiazdunią” (s. 132), jednak wokalista zdawał się mieć dystans do rosnącej popularności. Magdalena Kalenik w rozmowie z Ladą sugeruje jednak, że ta rosnąca rozpoznawalność stała się dla kolegów z zespołu (mocniej zaangażowanych w komponowanie muzyki i tekstów Dezertera) nie do zniesienia: „Nie wiem, może był dla nich za mocny, zbyt wyrazisty?” (s. 136). Oficjalnie jednak ich drogi się rozeszły z powodu coraz mniejszego zaufania zespołu do wokalisty. „Nie mieliśmy pewności, czy wstanie na szóstą rano, żeby zdążyć na pociąg, którym mieliśmy jechać na koncert (…). To stało się wtedy, kiedy jego nocny tryb stał się już dominujący” (s. 143) – wspominał perkusista Krzysztof Grabowski, który przejął pałeczkę frontmana po Hajnie. Nie było to jednak głośne i brutalne rozstanie, kontakt się po prostu rozluźnił. Po odejściu z Dezertera Skandal zajął się handlem, zainteresował się buddyzmem. Robił interesy w Berlinie, z którego z czasem zaczął przywozić LSD. W ramach zainteresowań dalekowschodnią duchowością coraz śmielej poszerzał swoją świadomość za pomocą narkotyków. Od tych, które uważane były za najlżejsze – do heroiny. Ważnym epizodem w jego życiu stała się również organizacja imprez rave’owych, dla których inspiracją także był Berlin. Jak wspominał Wojtek Szymocha: „To wszystko fajnie hulało, ale z biegiem czasu i używek Skandal przestał być słowny. Umawiał się, że robimy imprezę, i albo nie przyjeżdżał, albo był mocno spóźniony – miała się zacząć o dwudziestej drugiej, a on pojawiał się z większością sprzętu o północy” (s. 192). Dla części rozmówców śmierć Skandala w 1995 roku była nieszczęśliwym wypadkiem przy kolejnej przygodzie z narkotykami. Nie wyklucza się jednak samobójstwa.

Trzeci z bohaterów „Zagranych na śmierć” to postać, której losy są z pewnością dużo lepiej znane niż biografie Rołta i Hajna. Robert „Sadek” Sadowski na polskiej scenie muzycznej działał bowiem około dwudziestu lat, uchodząc w środowisku za prawdziwego wirtuoza gitary (współpracowniczka Sadowskiego z końcówki kariery instrumentalisty, Pati Yang: „Żył, żeby grać. Nic innego dla niego nie istniało” [s. 358]). Najlepszą recenzją ogromnego talentu Sadka zdaje się wypowiedź dziennikarza magazynu „Brum” Adama Kowalczyka, który podsumował jeden z jego występów w tak osobliwy sposób: „Grali tak, że nikt nie był w stanie usiedzieć. Prawie się zesrałem z wrażenia. To, co on wyprawiał, to był totalny odjazd. Wniósł się na niewiarygodne poziomy” (s. 323). Książka Lady daje możliwość przyjrzenia się z bliska (i wielu, często odmiennych perspektyw) poszczególnym epizodom kariery gitarzysty. Najpierw krótki romans z Madame z Robertem Gawlińskim na wokalu, później eksperymentalny i niestety niezwieńczony wydanym albumem projekt The Lizards Day (jak nazwa wskazuje – inspirowany klimatem The Doors), następnie grupy Immanuel i Deuter, i, last but not least, niezwykle udana artystycznie przygoda z zespołami Houk i Kobong.

Część poświęcona Sadowskiemu to nie tylko poruszająca biografia muzyka, ale także bardzo interesująca, polifoniczna historia zmieniającego się polskiego rynku muzycznego, który od lat 80. XX wieku do początku XXI przeszedł kilka istotnych zmian. W zasadzie każdego z trzech bohaterów „Zagranych na śmierć” można by nazwać ofiarą realiów polityczno-społecznych, jednak to w przypadku artystycznego życiorysu Sadowskiego najlepiej widać przeobrażenia polskiej kultury lat 90. i ich przewrotny wpływ na kariery muzyków. Najbardziej jaskrawym przykładem może tu być historia Kobonga, który ultraawangardowością swojej pierwszej płyty zachwycił krytykę i słuchaczy, zdobywając doskonałe recenzje i mnóstwo nagród, jednak do drugiego albumu grupa nie mogła znaleźć żadnego wydawcy.

Prezentując losy swoich bohaterów, Tomasz Lada rezygnuje z odautorskiego komentarza, zostawiając przestrzeń opowieści swoim interlokutorom – świadkom wypadków. Wpisuje się tym samym w literacką formułę oral history, idąc śladem takich autorów jak Legs McNeil i Gillian McCain – twórcy kultowej książki „Please, kill me. Punkowa historia punka” (wydanej ostatnio również przez Wydawnictwo Czarne), jak również Marka Yarma, autora mniej znanej, lecz równie ciekawej biografii grunge’u: „Wszyscy kochają nasze miasto. Historia grunge’u z pierwszej ręki”. Ten typ narracji, oprócz tego, że umożliwia kompleksowe sportretowanie muzycznego środowiska, pozwala także dobrze oddać niejednoznaczność niektórych międzyludzkich relacji i zjawisk.

Zgodnie z tym, o czym wspomniałem na wstępie, sporo w tych opowieściach wątków związanych z narkotykami. Trudno, żeby było inaczej, skoro stanowiły one istotną częścią życia każdego z trzech bohaterów książki. Przy wprowadzaniu tych wątków autor unika jednak mielizn, daleki jest od dydaktyzmu czy prostego sentymentalizmu. Pod koniec opowieści o Sadowskim Lada przywołuje wypowiedź współpracownika gitarzysty, późniejszego wziętego producenta muzycznego, Bogdana Kondrackiego, która mogłaby pasować do każdego z opisywanych w „Zagranych na śmierć” muzyków: „Miał w sobie coś bardzo głębokiego. (…) szukał tajemnicy. Czegoś, co trudno wytłumaczyć racjonalnie, ale wszyscy muzycy wiedzą, że to jest” (s. 360). Te poszukiwania dały słuchaczom mnóstwo dobrej muzyki, niestety, zakończyły się dla tych wrażliwych artystów w tragiczny sposób.

Wielkie uznanie należy się Ladzie za kolejną cegiełkę do literackiego archiwum historii polskiego muzycznego undergroundu. Obok „Dzikiej rzeczy” Rafała Księżyka, „30 lat polskiej sceny techno” Radosława Tereszczuka, Łukasza Krajewskiego i Artura Wojtczaka, a także kilku wydanych ostatnio biografii rodzimych muzyków, „Zagrani na śmierć” okażą się z pewnością kolejną publikacją, do której przez lata wracać będą badacze i miłośnicy rodzimej sceny rockowej. Z wielką czytelniczą przyjemnością. A pewnie i niekiedy ze wzruszeniem.
Tomasz Lada: "Zagrani na śmierć. Mroczne ścieżki polskiego undergroundu". Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2022.