ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 sierpnia 15-16 (447-448) / 2022

Sylwia Zazulak,

THOR: ŻAŁOŚĆ I ROZCZAROWANIE ('THOR: MIŁOŚĆ I GROM')

A A A
Marvel ostatnimi czasy przyzwyczaił swoich fanów do artystycznych szaleństw. Dawanie wolnej ręki reżyserom okazało się w ogólnym rozrachunku podejściem słusznym. Jednolicie bezpłciowa rozrywka zaczęła nabierać rumieńców, a największy wkład w zmianę mieli tacy reżyserzy jak James Gunn, Chloé Zhao oraz Taika Waititi. Ten ostatni nie tylko dodał nowego charakteru serii o Thorze, rewelacyjnie przedstawiając „Ragnaroka” jako komedię absurdu, lecz także dał nadzieję, że kolejne produkcje ze świata Marvela mogą być w końcu „jakieś”.

Nadmiernie mroczny i patetyczny syn Odyna nie miał przed „Ragnarokiem” wielu zwolenników. Znacznie większym powodzeniem cieszył się na ekranie jego brat – Loki – który był najbardziej interesującym punktem programu. Trzecia część przygód Thora, w której wyraźnie można dostrzec serce Waititiego do czarnego humoru i niepowagi, okazała się jednym z najlepszych filmów MCU w ogóle. Nic więc dziwnego, że miłośnicy franczyzy z niecierpliwością wyczekiwali kolejnej odsłony „Thora” w wersji nowozelandzkiego reżysera. Oczekiwania były ogromne, lecz pozostały niespełnione. Równie ogromny był budżet, którego trudno doszukać się w plastikowych scenografiach i kartonowych strojach. Najpewniej spora jego część poszła na opłacenie znanych nazwisk, jednak i tutaj nie doszukamy się szaleństw.

„Thor: Miłość i grom” przypomina raczej tanie kino klasy B niż wysokobudżetowy blockbuster. Nie byłoby w tym nic złego – wszak kino klasy B nierzadko bywa kultowe i stanowi wyśmienitą inspirację w czasach trwającej retrostalgii – jednak brak jakiegokolwiek pomysłu na scenariusz dusi potencjał samej formy w zarodku. Kolorowy, momentami kiczowaty styl całej produkcji może i ma na celu przypomnieć widzom kinową atmosferę lat 80., ale tego nie robi, będąc kompletnie zdewastowanym przez mdławe love story. Gdzieś pomiędzy strojami rodem z balu przebierańców a scenografią ze szkolnego przedstawienia twórcy starali się streścić miłosną opowiastkę z latynoamerykańskiej telenoweli. Wątek Thora i Jane stał się sam w sobie odgrzewanym kotletem Marvela. Relacja, która swój kres miała w filmowym świecie kilka lat temu i o której wszyscy już zdążyli zapomnieć, nagle wróciła do życia niczym połowa populacji po wygranej Avengersów z Thanosem w „Końcu gry”. Niestety, o ile powitanie ulubionych twarzy po krótkiej nieobecności w uniwersum miało jakikolwiek sens, tak krzyżowanie dróg Thora i Jane – żadnego. Głównym powodem tego fiaska jest zbytnie skupienie uwagi na postaci samej Jane, która nie tylko, jak ustaliliśmy, zdążyła już wyparować z pamięci widzów, lecz także nigdy nie była bohaterką z krwi i kości, nadającą się do rozbudowy charakterologicznej. Poza pierwszymi częściami serii o Thorze, Jane w MCU nie istniała. Jej obłok być może ciągnął się przez pewien czas gdzieś za asgardzkim bogiem, jednak nigdy nie doczekał się konkretnego klimaksu. W „Miłości i gromie” umieszczono ją niejako na pierwszym planie, na który nigdy nie dorosła podczas swojej kariery w Uniwersum.

Absurdalność jej wątku jest tak ostra, że trudno mi zdecydować, od czego zacząć litanię uwag. Wszystkie wady wynikające z dotychczasowych występów Jane w MCU zyskują swoje odnogi, które skazują cały scenariusz na porażkę. Mówienie o origin story Potężnej Thor byłoby skrajnym nadużyciem, ponieważ przemiana Jane w superheroskę trwała szybciej niż pstryknięcie Thanosa. Historia „wzywającego” ją Mjolnira nie tylko jest pozbawiona sensownego backgroundu, lecz także jakiejkolwiek dalszej logiki wydarzeń. Co prawda wbrew temu, czego można się spodziewać, bohaterka nie zostaje cudownie uleczona, jednak śmiertelny plot twist nie jest ani trochę wiarygodny. Odniosłam wrażenie, że twórcy ustalili sobie jakieś ogólne założenia na temat wątku bohaterki, w których zawarli: chorobę, przemianę i śmierć, ale kompletnie zapomnieli, że akty opowieści wypadałoby połączyć spójną narratologicznie nicią. Zamiast tego na ekranie oglądamy zlepek pojedynczych wątków rodem z opery mydlanej.

Filmowi nie pomaga równie papierowa co stroje gra aktorska. Natalie Portman sprawia wrażenie, jakby jej jedynym zadaniem było utrzymanie peruki i peleryny na miejscach. Tessa Thompson przez cały film przypomina osobę zblazowaną i imprezującą, która została zmuszona do pójścia do pracy w poniedziałek rano. Chris Hemsworth natomiast bardzo chciałby zachować morale, ale nie pomagają mu w tym przeciętne żarty i ich powab na miarę polskiego kabaretu. Rola Russela Crowe’a jako Zeusa ma z kolei dwa ostrza beznadziejności. Po pierwsze jest to występ niegodny nawet asgardzkiego teatru, a po drugie wprowadza kolejny nielogiczny element całej układanki. Wszak trudno mi wierzyć, że syn samego Odyna nigdy nie był zamieszany w zgromadzenie bogów. Przecież nawet bóg pierogów był. Jasnym punktem aktorskim „Miłości i gromu” okazał się Christian Bale, który wyśmienicie odnalazł się w roli Rzeźnika Bogów. Aktor dobrze spisuje się w nieco szalonych i neurotycznych rolach, dlatego Gorr w jego wykonaniu wypadł bardzo ciekawie. Moim marzeniem, którego spełnienia najpewniej nigdy nie doczekam, jest zobaczenie serialowego spin-offu z tym bohaterem, aby poznać jego historię i rzeźnicze poczynania. Za postacią Gorra ciągnie się też bodaj najlepszy wizualnie motyw filmu, czyli gra monochromem. Niektóre sceny są tylko w czerni i bieli lub fragmentarycznie majaczą na nich przytłumione kolory. Efekt rzeczywiście wygląda przepięknie, nieco maskując nawet plastikowość scenografii i kostiumów, ale nie uratuje całego filmu od wrażenia taniości.

„Miłość i grom” to wyjątkowo gorzkie rozczarowanie. Sympatia do Taiki Waititiego nie pomogła na tyle, by dało się przymknąć oko na krytyczny poziom scenariusza i wykonania. Wciąż się zastanawiam, kto podsunął twórcom pomysł, aby za główny element humorystyczny obrać dwie ryczące kozy, które aż nadto przypominały filmy z początków serwisu YouTube. Co w najnowszym „Thorze” wyszło dobrze? Najpewniej tłumy widzów z sali. Na szczęście fabuła nie wydaje się zbyt ściśle spleciona z nadchodzącymi produkcjami Marvela, więc podczas wielkiego rewatchu MCU można ten tytuł spokojnie ominąć. Niniejszym dopisuję go do listy „Marvelów niepotrzebnych” tuż obok Hulka z 2008 roku.
„Thor: Miłość i grom” („Thor: Love nad Thunder”). Reżyseria: Taika Waititi. Scenariusz: Taika Waititi, Jennifer Kaytin Robinson. Obsada: Chris Hemsworth, Natalie Portman, Christian Bale, Tessa Thompson, Russell Crowe. Stany Zjednoczone, 2022, 119 min.