ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 października 20 (92) / 2007

Mariusz Sieniewicz,

CHOROBA

A A A
Felieton
Ecce ja – załzawiony, galaretowaty, wstrząsany zimnymi dreszczami. Ecce ja – z kubkiem miodu, mleka i czosnku, z grubymi skarpetami. Owinięty kocem – tym bratem przyrodnim w chorobie. Wstaję z łóżka i człapię przez pokój, słysząc pod czaszką słowa Baudelaire’a, że „świat to szpital, w którym każdy pacjent ogarnięty jest manią zmiany łóżka”. Pielgrzymuję więc ze swego na kanapę – przez gorączkę i rozmamłanie, przez melasę własnych myśli ciurkających mało wdzięcznie wraz z katarem, kakofonicznie z jesiennym deszczem za oknem. Szuram kapciami, pociągam nosem, wypychając wszystkie możliwe kieszenie chusteczkami – zmiętym, żałosnym origami ptactwa, które teraz byczy się pewnie na Bahamach, grzejąc dzioby i pióra w ulewie słońca. Ja pielgrzymuję do telewizora, tej uzasadnionej choróbskiem Mekki wegetacji, po przeczytaniu kilku zaledwie stronic „Niesamowitej słowiańszczyzny”, choć od trzech dni do końca książki zostało kilka zaledwie stronic.

A w telewizorze policja negocjuje z eks-betankami…

Cholera jasna! Toż to „Czarownice z Salem”, toż to „Msza za miasto Arras”! Idealna podstawa do wysmażenia wielojajecznej fabułki. Nie bądź głupi – to bunt, sromota, hańba i skandal, to karygodny wybryk sekciarstwa, który jest drugą po terroryzmie chorobą naszej cywilizacji. Eksmisja nie w kij dmuchał! Eksmisja to nie katar! A pewnie, rzecz jasna. W pierwszym ujęciu – trzy karetki, sześć radiowozów i tyleż samo aut cichociemnych. A w drugim kadrze – trzy bataliony uzbrojonych po zęby wojów prawa. A w trzecim – tarcze i pałki, kamizelki i hełmy. A w czwartym kamery – te „debordowskie” cekaemy społecznego spektaklu. Idąc za Brzechwą, w piątym kadrze powinna znaleźć się jeszcze armata – o, taaaka wielka! A w każdym kadrze chwila napięta i helikopter krąży po niebie niczym ciekawska ważka. Sam nie wiem, ile się jeszcze w tych kadrach kadrów pomieści. Oto przemawia litera prawa, oto nadchodzi inwazja państwa. Kościół już swoje powiedział, Kościół umywa ręce w misie watykańskiego dekretu. Księża sutanna powiewa na wietrze niczym sztandar.

A w telewizorze policja wyprowadza eks-betanki.

Jeden po drugim idą zbuntowane pingwiny z dwójką czarnych aniołów po bokach. Idą do autokaru, a jakby do nieba pojedynczo szły. A kysz, a kysz, maro nieczysta… I co? To już wszystko? Żadnego zbiorowego samobójstwa, rytualnego mordu, ekscesu? Żadnej krwi, rejtanowskiego gestu, scen przejmujących i rozdzierających serce? Oglądalność spada. Temida zsuwa na moment opaskę z oka, bo nie w tę stronę przechyla się waga. Chyba więc lepiej zmienić kanał. Przecież mówiono o ciemnych mocach i mackach, o orgiach i seksie, o krzywoprzysięstwu, złorzeczeniu, czarach i marach, o patologii i zwichrowanej Dobrej Nowinie. Jak było, nie wiem i wiedzieć nie będę. Szukam Sodomy, a widzę uśmiechnięte dziewczęta, kobiety. Poczciwe, rozbrajające pingwinki. Wychodzą posłusznie z klasztoru, niosąc torby, plecaki i instrumenty, jakby jechały na szkolną wycieczkę. Jedna podśpiewuje i chwali Pana, dziękując, że nie jest po stronie Szatana. Inna mówi, że dobro trzeba czynić na świecie. No też coś – odkryła Amerykę! Dominikanin w studio tłumaczy, że mamy do czynienia z pokłosiem manipulacji, psychicznej tresury i źle skanalizowanej wiary, na którą nie ma mocniejszego paragrafu, poza złamaniem miru domostwa (na marginesie: znam taki paragraf – „Paragraf 22”, którego doświadczył biedny Yosarian). Eks-betanki trzeba traktować stanowczo, choć wyrozumiale, bo eks-betanki to pijane dzieci we mgle, zbłąkane owieczki. Siostra Jagoda i Ojciec Roman zrobili swoje. Coś za dużo, za dużo Romanów ostatnio. A komentatorzy wciąż wywołują wilka z lasu – oj, mogło być gorzej, oj, mogło dojść do tragedii, dobrze, że akcja przebiega sprawnie i bezboleśnie. Należy docenić fach policjantów, taktowność państwa, komornikowi dać awans. Eksmisja zmienia się w ekstazę państwa.

A w telewizorze policja wywozi eks-betanki.

Jestem rozczarowany. Przygotowałem nawet zapałki, bo miały być wiedźmy i czarownice, choć wyszły baranki. Ich winą jest tylko i aż nieposłuszeństwo wobec… kogo? czego? – pytam dopełniaczowo. Wiadomo, wobec systemu. Bo jakże to? Żyjąc w czasach reglamentacji wspólnot pod czujnym okiem społecznego panoptikum, wszystko, co albo umyka jego spojrzeniu, albo przyczynia się do kłopotliwego zeza jest skazą, zboczeniem, bluźnierstwem. Chciałbym bardzo wierzyć i tę wiarę przemienić w prokuratorską pewność, że buntowniczki i rebeliantki społeczno-religijnego porządku mają nie tylko z katolicyzmem na pieńku, ale i z ogólnoludzkimi pojęciami dobra i nieszkodzenia drugiemu, że są nieszczęśliwymi ofiarami indoktrynacji oszalałej wizjonerki Jadzi.

A w telewizorze autokar jedzie przez wsie i miasta z eks-betankami.

Jak było, pewnie się nigdy nie dowiem, a wnioski muszę wyciskać wyłącznie z medialnej gąbki. Na własną rękę i tyle zazwyczaj, co kot na napłakał. Zakładam więc na chwilę, tak teoretycznie i eksperymentalnie zarazem, że buntowniczki są całkiem niewinne, że nie zaszło nic, co urągałoby ludzkiej wolności i ludzkiej miłości w ich najszlachetniejszym odcieniu. Ot, niegroźne wariatki. Przy takim założeniu ujawnia się zgroza świata, gdy system działa wedle prawa: kto nie z nami, ten przeciw nam, bo my zdrowi jesteśmy, w granicach religijnego rozsądku, a inni to wichrzyciele, heretycy, których trzeba do psychologa na kozetkę, by odzyskali jasność umysłu i przyznali, w jak wielkim tkwili błędzie. Skoro infamia nie pomaga, to znajdzie się administracyjny nakaz. Miękka opresja jest najniebezpieczniejsza, gdyż mówi o humanitarnym wzmacnianiu bezpieczeństwa. Czyjego? Śmiem twierdzić, że wyłącznie instytucji i systemu, bowiem – jak czytamy w pismach Hobbesa – system wie lepiej, czy człowiek ma zęby czy szczerzy kły. I tak sobie myślę, że być może na moich oczach – być może, powtarzam, bo chciałbym się mylić! – dokonała się znana od wieków i długa narracja: likwidowanie obrzeży, marginesów i tego, co nie mieści się we wspólny nawiasie. Dlatego trzeba zaganiać pod wspólny nawias. Trzeba nawracać, trzeba nawracać, trzeba nawracać. Póki starczy sił.

Wiem, gdyby za murami dokonał się jakiś dramat, inaczej bym gadał, albo gdy post factum wyjdą na jaw przerażające fakty, będę zmuszony wszystko odszczekać. Ale teraz nic nie poradzę – oglądając eksmisję eks-betanek, mam potężnego kaca. Moralnego, trudno wytłumaczalnego, z odruchu serca. Im system wspólnoty posiada więcej władzy, tym powinien być wobec siebie bardziej sceptyczny, im silniejszy, tym więcej powinien stawiać pod swoim adresem pytań. Tymczasem sytuacja jest całkiem odwrotna. To eks-betanki jawią się jako wielki znak zapytania.

Kicham, prycham, połykam przeciwbólowy lek, który ma moc placebo, więc tak naprawdę zależy tylko ode mnie. A w telewizorze zaczynają nadawać blok reklam i spotów wyborczych, po nich – prognozę pogody i informacje ze świata sportu. Przysypiam, budzi mnie kaszel, znowu zasypiam i śnię o eks-betankach. Zakonne kobiety i dziewczęta jawią się niczym oszalali pacjenci w szpitalu ogarnięci manią zmiany łóżka. Szaleństwo ma jednak niejedno imię i biada kulturze, która boi się własnych szaleńców.