ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 października 20 (92) / 2007

Magdalena Boczkowska,

LICHEŃ LEKARSTWEM NA LICHWĘ

A A A
Najnowsza powieść Michała Witkowskiego, „Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej”, stanowi, jak chce sam autor, wyznanie „konsumpcyjnych grzechów dziecięcia wieku”. Główny bohater i zarazem narrator – Hubert – z powodu upodobania do pereł zastawionych w lombardzie przez zubożałą staruszkę zwany Barbarą Radziwiłłówną, spisuje historię swojego życia. Historię naznaczoną piętnem PRL-u i czasów III Rzeczpospolitej – „ręce zatarłem i zacząłem pisać. Nocami. Na programie jakimś lewym do pisania. Na tle okna z kratą, grubą na pięść. Co za nią szczeka niepogoda. Jaworzno-Szczakowa. Jak w więzieniu w tym swoim życiu zamknięty”. Hubert vel Barbara jest cinkciarzem i krętaczem, który majątek zdobył, rozkręcając liczne small business w „złotej” erze komunizmu. Początkowo każda firma przynosiła zyski, ale w końcu każdą musiał zlikwidować. Sprzedawał więc hot-dogi (budkę zamknął Sanepid), czy kradzione z cmentarzy przez współpracowników – Felka i Saszę – znicze. Próbował również prowadzić budkę z goframi, „kino-video”, w którym wyświetlał nielegalne wersje amerykańskich filmów, solarium. W końcu założył najbardziej dochodowe z dotychczasowych przedsięwzięć – lombard. Był naprawdę szczęśliwy, przeliczając pliki banknotów i układając sztabki złota. Jednakże nadeszły lata 90., komunizm został zastąpiony kapitalizmem, co było początkiem końca „kariery” jaworznickiego „przedsiębiorcy”.

Gdy interesy idą coraz gorzej, Hubert, przekonany, że ukazała mu się Matka Boska, postanawia wybrać się na pielgrzymkę do Lichenia. Nie do Częstochowy, która przecież jest o wiele bliżej Jaworzna, nie do Piekar Śląskich, które są jeszcze bliżej, ale właśnie do Lichenia – bo chociaż „Matka Boska wszędzie jedna, ale co Licheń, to Licheń”. Pielgrzymka ma odmienić jego życie. Chce na nowo rozkręcić jakiś dobry biznes, obiecuje nawet Matce Boskiej procent od uzyskanych zysków. W drodze nie wszystko jednak układa się tak, jak oczekiwałby tego bohater. Psuje mu się samochód i zamiast do Domu Pielgrzyma „Arka” trafia do baru „Goplana”. W końcu zatrzymuje się w willi dawnego znajomego, obecnie miliardera, zwanego Szejkiem Amalem (od ksywy bohatera jakże popularnego w tamtych czasach serialu „Powrót do Edenu”), który dorobił się na produkcji... szmat do podłóg, a „dziś” zajmuje się między innymi szyciem... moherowych beretów.

Hubert nie jest postacią jednorodną. Z jednej strony jest bowiem typowym przedstawicielem przestępczego światka, który tylko zamienił złoty łańcuch na sznur pereł. Z drugiej posługuje się licznymi cytatami z dzieł literackich i filozoficznych, a własne pisanie staje się dla niego rodzajem wiwisekcji i swoistej autoterapii. Erudycja, jaką się czasem popisuje, z pewnością nie jest wyłącznie zasługą spotkanej po latach polonistki, wielbicielki Tołstoja. Bohater przyznaje się również do arystokratycznego pochodzenia, snując nostalgiczne opowieści o utraconym majątku. Zaraz jednak z druzgocącą szczerością wyznaje, że jego matka była z „branży prostytucyjnej” i spała nawet z samym Wampirem z Zagłębia. Twierdzi, że jest prawiczkiem, marzy jednakże o własnym pracowniku – pięknym i dzikim Ukraińcu. Wspomina także o fascynacji czaszką pewnego zamordowanego Rosjanina – czyżby miał więc również skłonności nekrofilskie? Kim naprawdę jest zatem Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna? Nie wiadomo. Ważne dla Huberta są perły – dla niego to symbol błękitnej krwi, utraconego luksusu. Kiedy je zakłada, czuje się jak prawdziwa królowa, nie może odżałować, że autentyczny sznur pereł Radziwiłłówny odkupił dwór brytyjski i że teraz może nosi je księżna Diana. Co jakiś czas wzdycha melancholijnie, przeglądając się w lustrze i snując rozważania o tym, czy Twardowski wywołał dla Zygmunta Augusta ducha Barbary, czy nie...

Witkowski nie boi się po raz kolejny sięgać do opisu niższych warstw społecznych w celu pokazania ich śmieszności, naiwności, przeciętności i czasem odpychającego brudu. Nie waha się naśmiewać z zachodzących przemian społecznych, w myśl zasady „tacy ludzie, jakie czasy”, to bowiem czasy determinują zachowania bohaterów. Lata 80., jak wspomina Hubert, to okres nowego „potopu”, „kiedy Zdzisława Guca zapowiadała w <>, że teraz czeka nas długotrwała niepogoda, a zespół Lombard dodawał szklana pogoda. Kiedy zapowiadała w <> nadejście zimy, nadejście nocy, czarnej nocy lat osiemdziesiątych. Wtedy ludzie zaczęli zaopatrywać się w syfony, przyczepy i plastikowe enerdowskie wanienki do kąpania niemowląt. Wszystko to gromadzili i zaczynali budować Arkę. Żeby przeczekać”. Tamte lata dały się więc „przeczekać”, jeśli ktoś – tak jak Hubert – miał pomysł, szczęście i smykałkę do robienia przekrętów. Boom dla prywaciarzy skończył się w latach 90., kiedy to „<> z każdej budy z kasetami dochodzi. Hej, dziewczyno, oo, spójrz na misia, aa! <> i <>! Lata dziewięćdziesiąte! <> i Europa! Na prognozę pogody codziennie zaprasza szampon przeciwłupieżowy. Świat zwariował, krowy w kombinatach piją wino i słuchają muzyki poważnej, kometa w planetę leci wycelowana. W telewizji wybory prezydenckie (...) Maszyna do kręcenia lodów kosztuje tyle, że jakby się wzięło kredyt, to do końca życia się nie spłaci, przynajmniej uczciwie. Ale kredytów nie warto brać, zważywszy na rychły koniec świata”. „Złoty” wiek się skończył, nadeszły dla Huberta ciężkie czasy kapitalizmu. Z niewielkim biznesem nie da się już długo utrzymać na rynku. Lombard nie przynosi zysków. Barbarze pozostaje zatem wspominanie, że „dawniej to było dobrze”, bo przecież nawet frytki na starym oleju smakowały lepiej niż te z kuchenki mikrofalowej. Teraz to tylko kicz i zepsucie.

Autor zbioru „Copyright” w rozmowie ze Stanisławem Beresiem, powiedział, że Hubert miał być w założeniu „maszynką do dekonstrukcji dyskursów”. Miałby więc obnażać dyskurs i inteligenta, i typowego dorobkiewicza bez wykształcenia. Polaka-katolika, z utęsknieniem patrzącego w przeszłość. Wytrwałego pielgrzyma i mordercę własnej ciotki. Witkowskiemu udało się przemieszać w swoim bohaterze przedstawicieli różnych klas, ale czy coś z tego wynika dla czytelników? Maski, jakie nakłada narrator, są tylko maskami. Dla mnie bohater staje się dzięki tym zabiegom mniej autentyczny i przekonujący. Odnoszę wrażenie, że autor po prostu nie miał pomysłu na kreację Huberta, a może inaczej – pomysł miał, ale nie do końca potrafił go zrealizować. Natomiast gawęda snuta przez narratora sama w sobie jest bardziej przypowieścią niż nostalgiczną próbą powrotu do czasów PRL-u. Barbara ciągle puszcza oko do czytelnika i niczym oświeceniowy narrator czasami „spuszcza zasłonę milczenia”. Jej opowieść to w gruncie rzeczy zbiór powiązanych ze sobą epizodów, przeplatanych dygresjami i anegdotami, skierowanymi do Saszy. Ukraiński pracownik jest jednakże bardziej figurą idealnego kochanka i czytelnika, na końcu powieści Hubert wyznaje bowiem: „tak naprawdę, to przecież ja sobie ciebie, Sasza, wymyśliłem”.

Autor „Fototapety” żongluje różnorodnymi stylami i konwencjami, w razie potrzeby inkrustuje język bohaterów gwarą śląską czy mową prosto z przestępczego półświatka, ale brakuje tu tej zadziorności i lekkości pióra, która cechowała narrację „Lubiewa”. Tam fascynowało to, co odpychające, odrażające, inne. W najnowszej prozie nie udało się Witkowskiemu powtórzyć równie przejmujących opisów czy stworzyć równie bezkompromisowych bohaterów, jakimi byli Patrycja i Lukrecja. Czegoś mi w „Barbarze Radziwiłłównie z Jaworzna-Szczakowej” zabrakło. Czego? Nie wiem. Bo przecież talentu Witkowskiemu odmówić nie można.
Michał Witkowski: „Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej”. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2007.