ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (455) / 2022

Michał Łukowicz,

MROCZNA HISTORIA METALOWEJ MIĘDZYNARODÓWKI DZIWAKÓW (JAREK SZUBRYCHT: 'SKÓRA I ĆWIEKI NA WIEKI. MOJA HISTORIA METALU')

A A A
W moim domu rodzinnym zawsze królowały ciężkie brzmienia. Dla mojego taty nie było większej przyjemności niż raczenie całej rodziny gitarowymi popisami Jimmy’ego Page’a, Angusa Younga czy Kirka Hammetta do niedzielnego obiadu. Czasami, ku przerażeniu mojej mamy, na domowej scenie pojawiały się jeszcze bardziej hardkorowe i mroczne typy, jak na przykład ekipa Behemotha lub Slayera. Zagłuszając (z nikłym skutkiem) te wszystkie dobiegające zza ściany hałasy rzewnymi kawałkami The Smiths bądź Radiohead, zachodziłem w głowę, o co tu chodzi. Jak można słuchać takiego jazgotu? Po co to sobie robić? Gdzie jest w tym sens? Oczywiście, tata tłumaczył, ale nieco lakonicznie. Do tej pory, kiedy wywracam oczami, słuchając nowego „porywającego koncertu AC/DC” i pytam, co takiego jest w tej muzyce, on tylko odgarnia swoje długie siwe włosy i, uśmiechając się szatańsko (a jakże by inaczej), włącza kolejną czarną (a jakże by inaczej) płytę.

Dla entuzjastów – nie potrzeba żadnych słów – wszystko jest jasne. Gitarki chodzą jak trzeba, perkusista idzie na rekord Guinnessa (lecz wcale nie jest zmęczony), facet na wokalu porządnie „drze ryja” – jest właściwa, życiodajna energia. Ale dla kogoś, kto być może miał w przeszłości kilku kolegów „metali” i jakieś nieśmiałe próby z pierwszymi płytami Deep Purple, ale to, co robią panowie z Pantery jest dla niego nieco zbyt agresywne, miłość do ciężkich, bardzo ciężkich i ekstremalnie ciężkich brzmień musi być czymś osobliwym i niezrozumiałym. No chyba że wpadnie mu w ręce nowa książka Jarka Szubrychta.

Autor opowiada historię metalu przez pryzmat swojej biografii. Świat potężnego gitarowego łomotu poznajemy niejako z trzech perspektyw – doświadczeń fana, dziennikarza i muzyka. Początek tej historii możemy datować gdzieś na rok 1984. Rozpoczynamy obrazkiem, który zna prawie każdy Polak po trzydziestce. Obrazkiem na miarę omawianego gatunku, bo zapadającym w pamięć i przerażającym. Oto „widzimy całe zastępy dwunożnych wilków z tekturowymi łbami, maszerujące nocą grzbietami gór. Na piersiach mają puklerze, za pasami miecze, a w łapach pochodnie i złowrogie sztandary. (…) Łąki płoną, dym zasnuwa ciemne niebo, słychać wycie i odgłosy wystrzałów” (s. 12-13). To oczywiście scena z „Akademii pana Kleksa” w reżyserii Krzysztofa Gradowskiego. Jeżeli ktoś twierdzi – przekonuje Szubrycht – że w młodzieńczych latach tych kilka minut nie było dla niego przerażające, musi kłamać. I dalej konstatuje: „Ci, którzy wyłącznie zamykali wtedy oczy, chowali się pod fotelami albo zwiewali z kina, kilka lat później zostawali fanami zespołu Wilki, a ci, którzy może i się bali, ale też trochę chcieli się do tej sfory przyłączyć, zaczynali słuchać metalu” (s. 13). Dlaczego scena ta, choć straszna, mogła tak bardzo niektórych widzów pociągać? Otóż z powodu muzyki. Podkładem muzycznym tej słynnej sekwencji jest bowiem jazgotliwa muzyka w wykonaniu TSA z wokalem Marka Piekarczyka.

I to od TSA – pierwszej metalowej fascynacji małego Jarka – rozpoczyna się narracja Szubrychta. Prowadzi on czytelników od jeszcze niewinnych wczesnych kroków ciężkich brzmień w naszym kraju – zespołu Test (debiutancki album kapela wydała w 1974), grupy Mech, poprzez słynnego KAT-a z Romanem Kostrzewskim na wokalu, na ogromnych sukcesach Decapitated i Behemotha kończąc. Zahacza autor również o międzynarodowe grupy – są one pełnoprawnymi bohaterami licznie przytaczanych anegdot, ale też często ich historie funkcjonują jako punkt odniesienia do tego, co działo się na rynku polskim. Dziennikarz nie pisze jednak tylko o zespołach, którym się udało – dostajemy też poważną (choć autoironiczną – Szubrycht również próbował swych sił jako muzyk) wiedzę o tym, jak to było mieć metalową kapelę w czasach świetności tego gatunku w naszym kraju.

Snute przez autora opowieści nie są jednak prostymi biografiami zespołów. Wszystkie fakty – najważniejsze historie, trendy (muzyczne i modowe), jak również nazwiska – pojawiają się jako rzetelne uzupełnienie porywających gawęd autora. Mamy m.in. świetny rozdział o mediach, które w latach 80. XX wieku pomagały młodym Polakom pogłębiać wiedzę o metalu, rozdział o kulturze magnetofonowej, która entuzjastom omawianego gatunku pozwalała poszerzać swoje muzyczne zbiory, ale też arcyciekawy jest rozdział przybliżający dobrodziejstwa instytucji poczty łączącej fanów gatunku międzymiastowo i międzynarodowo (tu trzeba dodać – często pozwalającej zadzierzgnąć znajomość z naprawdę nietuzinkowymi ludźmi). W narracji Szubrychta kultura metalowa to sieć naczyń połączonych, w której jeden element napędza kolejny. Działalność artystów przeplata się tutaj z poczynaniami fanów, a poczynania fanów – z funkcjonowaniem profesjonalnych dziennikarzy i autorów fanzinów.

Pod warstwą związaną z historią gatunku muzycznego w książce Szubrychta odnaleźć możemy także kolejną wersję najnowszej historii Polski. Przytaczane przez niego anegdoty mogłyby bez problemu posłużyć jako celne egzemplifikacje rozmaitych społeczno-gospodarczych fenomenów ostatnich czterdziestu lat w naszym kraju. Ograniczone możliwości przyswajania metalu zza zachodniej granicy, szalony rynek sprzedażowo-wymienny najnowszych wydawnictw muzycznych – a później walka z piractwem, tworzone własnym sumptem modowe dodatki do mrocznych stylówek i kserowane „na lewo” (czasem nawet na milicyjnym kserze!) gazetki dla wielbicieli ciężkiego grania, histeria związana z rzekomo panoszącym się satanizmem… Książka „Skóra i ćwieki na wieki” przybliża obraz Polski lat 80. i 90., jaki znamy z wielu innych publikacji wydawanych ostatnimi czasy, lecz Szubrycht maluje go z taką gracją, że bije wielu autorów na głowę.

Oprócz ogromu informacji wielkim walorem książki jest właśnie język, który porywa jak dobrze skrojona solówka na gitarze elektrycznej. Szubrycht ma ostre pióro i znakomite poczucie humoru, przez co książkę czyta się jednym tchem. Dzięki autoironicznej narracji łatwo się też utożsamić z tymi wszystkimi beznadziejnie zakochanymi w metalu chłopakami.

„W swoim środowisku – w rodzinie, szkole, grupie rówieśniczej na podwórku – uchodziliśmy często za odmieńców i byliśmy ledwie tolerowani. Stworzyliśmy sobie więc międzynarodówkę dziwaków, gdzie nawet najdziksze pomysły, najciemniejsze sprawki i najbardziej skrajne poglądy nikogo nie szokowały” (s. 109) – pisze Szubrycht, opisując jedną z głównych przyczyn swojej fascynacji metalem. Po lekturze jego najnowszej książki ci wspomniani dziwacy są mi bliżsi niż kiedykolwiek. I choć być może niekoniecznie przekonam się do growlowania i kolejnych nowych płyt prezentowanych całej rodzinie przez mojego szanownego, długowłosego ojca, to będę miał świadomość, że ekstremalnie ciężkie brzmienia to nie tylko krzyki i wygłupy, ale przede wszystkim swoiście piękna i złożona, choć nieco osobliwa, kultura.

Książka „Skóra i ćwieki na wieki” wstrząsnęła mną jak dobry i głośny koncert, wyjaśniając przy tym wiele ważnych muzyczno-socjologicznych fenomenów, dręczących mnie od dzieciństwa. W związku z tym pozwolę sobie na beznadziejnie słodkie zakończenie (na które koledzy metalowcy pewnie się skrzywią ze wstrętem): jest to świetna i błyskotliwa publikacja, jedna z tych, które każdy fan polskiej muzyki powinien mieć na swojej półce.
Jarek Szubrycht: „Skóra i ćwieki na wieki. Moja historia metalu”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2022.