ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 listopada 21 (93) / 2007

Kamil Dąbrowski,

THE HIVES

A A A
“The Black And White Album”. Interscope / Polydor, 2007.
Czy chłopcy z The Hives byliby idealnym wzorem dla Giertychowskiej polityki? Identyczne ubranka (mundurki), przylizane kulturalnie fryzurki, ale… młodzieńcy z Fagersta, małej mieściny gdzieś w Szwecji, są niegrzeczni i mogliby nieźle namieszać w każdej szkole.

The Hives wydali kolejny, rock’n’rollowy album, na punkcie którego fani i fanki najprawdopodobniej oszaleją. Marynary będą szybowały w powietrzu, a dziewczyny wydawać z siebie piski i spazmy, szczególnie na widok dandysowatego wokalisty – Howlin' Pelle Almqvista, który porusza się po scenie niczym młody Jagger. Co prawda gtarzystom brakuje charyzmy tak charakterystycznej dla starych wyjadaczy z The Kinks czy The Who w czasach ich świetności, ale dwoją się i troją, próbując dorównać Pete’owi Townshendowi w jego wyczynach wirtuozerskich i choreograficznych na scenie. I właściwie nieźle to wychodzi tym młodym muzykom. Dzisiaj mało kto gra z takim zaangażowaniem i szaleństwem á la lata 60. ubiegłego wieku. Niewątpliwie należy się im podziękowanie za reanimację tego zaginionego w czasie stylu. Revival rock powraca za sprawą płyty „The Black And White Album”!

Szczerze powiem, że oczekiwałem większego poweru na tym krążku. Potopu szwedzkiego nie będzie. „The Black And White Album”, zestawiając go z poprzednimi płytami The Hives, wypada nieco blado. Nie będzie już zapewne wielkiego hitu na miarę „Hate To Say I Told You So” czy „Walk Idiot Walk”. Być może nawet otwierający „Tick Tick Boom” ma zadatki na dostanie się do jakiejś pięćdziesiątki najlepiej sprzedających się singli/mp3. Na pewno dzięki temu tytułowi powiększy się grono słuchaczy szwedzkiego zespołu. Właściwie nic w nim nie brakuje – zgrabny tekst, chwytliwy rytm, niezły riff, charakterystyczne chórki w tle. Całkiem niezły początek. Kolejne takie przebojowe nuty usłyszymy w „It Won't Be Long”. Jednak w tym wypadku więcej w tym utworze jest popu. Niestety zniknęły gdzieś te prawie punkowe, szalone kompozycje. Około połowę albumu zdominowały dźwięki o zabarwieniu podobnym do tych lansowanych na MTV. Na pewno nie można zarzucić wtórności muzykom, ale powstaje dysonans, który w jakiś sposób będzie rażący. Ciekawostką jest utwór „A Stroll Through Hive Manor Corridors”, który równie dobrze mógłby być interludium, a tutaj jako indywidualny kawałek prezentuje się naprawdę intrygująco. Brzmieniem przypomina ścieżkę do filmów animowanych z gatunku tych o ghoulach, zombies czy innych dziwadłach. Dopełnieniem tego tematu będzie „Puppet On A String”. Ten sam lejtmotyw – klawisze wygrywające irytująco powracającą frazę. To może jednych drażnić, innym zaś przynieść infantylną radość. I tak będzie też, podsumowując, z całym albumem. Jest nierówny i bez konkretnego konceptu. Gdyby znalazły się na nim utwory ze stron B singli czy odrzuty z sesji – wszystko byłoby zrozumiałe. Niestety, w 5-stopniowej skali mogę dać temu albumowi tylko naciągane 3+. Pocieszające jest jednak to, że ta płyta zagrana na żywo będzie bardziej porywająca.