ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 listopada 21 (93) / 2007

Alicja Pawlikowska,

SINOBRODY NIE JEST ZŁY

A A A
Zaczyna się od fotografii – starej, czarno-białej. Na niej, w kilku rzędach, siedzą młode dziewczyny. Uczennice? Pielęgniarki? Wszystkie ubrane w białe mundurki, odświętne. W tle mur z kamienia, będący zapewne ścianą frontową jakiegoś budynku. Kilkanaście sekund ciemności i zaczyna się spektakl – barwna historia opowiadana obrazami. W przypadku spektaklu Kempinsky’ego określenie „opowieść obrazami” jest bardzo dosłowne. Świat jest nam tu dany niczym malarska reprodukcja wypełniona, raz po raz, żywą materią ciała aktora, który w przypadku tej inscenizacji, bardziej niż charakterem, staje się umowną figurą.

Sinobrody, tytułowa postać baśni Charlesa Perraulta, z niewyjaśnionych przyczyn mordował swoje małżonki. Każda kolejna, która odkrywała jego zbrodnię, siłą rzeczy musiała pożegnać się z życiem. Dea Loher sięgnęła po tę historię, chcąc ukazać tajniki manii, w jaką wpada morderca, a także ukazać wielowymiarowość tego zjawiska. Nie jest to jednak dramat posługujący się językiem publicystyki. To opowieść o niezgłębionych zakamarkach ludzkiej duszy i to nie tylko duszy mordercy, ale i kobiet, które padały jego ofiarą.

Sinobrody nie jest zły. Jest kimś w rodzaju Musilowskiego człowieka bez właściwości. Jako postać sceniczna skrojony został ręką reżysera za pomocą bardzo oszczędnych środków wyrazu: ciemny garnitur, biała koszula z rzędem guzików zapiętych aż pod samą szyję, opanowanie ciała i precyzyjnie wyważone ruchy w obrębie sceny. Jest osobą, a jednak nie ma w nim nic osobowego; czegoś, co wyróżnia go w tłumie. Może jedynie spokój. Pozorny to spokój, bo ten bardzo powierzchowny – znaczony strojem i gestem. Kobieta u Dei Loher to kilka postaci, jednak u Kempinsky’ego gra je ta sama aktorka – Ewa Kutynia. Tym samym uosabia ona sumę lęków, obaw i tęsknot, jakimi autorka dramatu obdarza aż sześć kobiet. Nie jest to zadanie łatwe dla aktora. Jednak Kutynia dobrze sobie radzi w każdej z ról. Podczas dwugodzinnego spektaklu żongluje paletą emocji. Z jednej strony odgrywa słabość i urok małej dziewczynki, z drugiej wyuzdanie prostytutki. Następnym razem niezdarność kaleki, a także zgorzknienie kobiety dojrzałej, spragnionej miłości. Każda z tych kobiet spotyka na swojej drodze Sinobrodego (w tej roli Grzegorz Przybył) – nadzieję na to, że wreszcie spełnią się jej sny o spełnieniu i wielkiej miłości. Jednak jedyne, co je czeka to śmierć. Ocaleje tylko jedna z nich. Tę rolę w spektaklu Kempinsky’ego zagra już inna aktorka – Jadwiga Wianecka.

Jak już zostało wcześniej zasygnalizowane, Kempinsky, kreując przestrzeń katowickiej inscenizacji, stawia na kompozycję przestrzeni. Kierowany postmodernistycznym kultem ikony, zamyka sceniczną rzeczywistość w ramy obrazu. Tworzą go zarówno wyświetlane w formie przezroczy prace stylizowane na dzieła René Magritte’a, jaki i to, co należy do obszaru działań scenicznych. Trudno oprzeć się wrażeniu, że każda ze scen zbudowana jest w oparciu o precyzyjny schemat. Jego elementami są, między innymi, przezrocza wyświetlane na telebimie – bliźniaczo podobne do obrazów Magritte’a. Każde z nich podpisane jest imieniem dziewczyny, która w konkretnej odsłonie staje się kobietą Sinobrodego. Kwadratową scenę, zamkniętą z trzech stron rzędami widowni, wypełniają: opuszczany podest, kilka sześcianów pełniących funkcję mebli i podpór, a także aktorzy. Te wszystkie elementy współgrają ze sobą, tworząc opowieść o maniakalnym zabójcy i niespełnionych kobietach, dla których jedynym ratunkiem jest miłość.

Kempinsky stawia na symbolikę koloru. W strojach Ewy Kutyni dominuje czerń, jednak, co znaczące, przełamana fioletem. Julia, pierwsza z ofiar mężczyzny, nosi na włosach fioletową opaskę, Niewidoma wbiega na scenę w fioletowych skarpetkach, a Judyta pakuje to, co posiada do fioletowego worka. Fioletową suknię nosi także Krystyna – postać odtwarzana przez Jadwigę Wianecką. Fakt, że reżyser tak konsekwentnie powraca do fioletu, kieruje naszą uwagę ku symbolice tej barwy, która w naszej kulturze oznacza stan zadumy, refleksji i cierpienia. Każda z tych kobiet znaczona jest cierpieniem i w tym kontekście gest Sinobrodego, jest tak naprawdę formą przysługi, jaką okazuje każdej z kobiet. To, w jaki sposób Przybył kreuje tę postać (wyważone gesty, nienaganny strój, zdecydowany i sztywny sposób poruszania się, przekładający się także na sposób, w jaki morduje) sprawia, że czyn, jakiego dopuszcza się Sinobrody jest niejako elementem jego tożsamości. Bez morderstwa po prostu nie mógłby istnieć. Ten sposób prezentacji głównego bohatera dookreśla zakończenie sztuki Loher. Kiedy Krystyna (Jadwiga Wianecka) nie może go pokochać ponownie, Sinobrody nie może dalej żyć. Dziewczyna, podczas spotkania w parku, w scenie bliźniaczo podobnej (zarówno w warstwie słowa, jak i budowy przestrzeni) do sceny spotkania Julii, podcina mężczyźnie gardło.

Nie da się ukryć, że spektakl Kempinsky’ego stanowi mocną pozycję w repertuarze Teatru Śląskiego. Inscenizacja jest precyzyjnie skonstruowana, a działania sceniczne konsekwentnie wyprowadzone z warstwy słownej dramatu. Znaczące jest także wprowadzenie w obszar inscenizacji nawiązań do twórczości Magritte’a. Pomiędzy podejmowanym przez Loher i Kempinsky’ego tematem, a poetyką surrealizmu istnieje bowiem pewien związek. Jest nim pragnienie zgłębienie sfery nieświadomości – sił, jakie rządzą człowiekiem niezależne od jego świadomego „ja”. Tym właśnie jest opowieść o Sinobrodym – pełną metafor i niepewności teatralną podróżą w głąb ludzkiej psychiki.

Dea Loher: „Sinobrody – nadzieja kobiet”. Reż.: Grzegorz Kempinsky. Scenografia: Bożena Pędziwiatr. Projekcje: Agata Kurzak. Ruch sceniczny: Katarzyna Aleksander-Kmieć. Teatr Śląski im. Stanisława Wyspiańskiego. Scena Kameralna. Premiera: 21 stycznia 2007.