ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 października 20 (476) / 2023

Kamila Czaja,

CIĄGNĄCE SIĘ CIĄGI DALSZE (MIKOŁAJ ŁOZIŃSKI: 'STRAMEROWIE')

A A A
Niespełna cztery lata temu (kalendarzowo, bo jeśli chodzi o zmiany na świecie, jakieś cztery epoki temu) chwaliłam „Stramera” przede wszystkim za to, że mimo pewnych braków zapewnił mi porywającą lekturę. Rozumiem jednak ówczesne głosy krytyczne, również ten dotyczący entuzjastycznej recepcji, którą, cytując między innymi fragment moich pochwał pod adresem powieści Mikołaja Łozińskiego, analizował Igor Kierkosz. Zgadzam się z zakwalifikowaniem „Stramera” „jako całkiem udanego przedstawiciela literatury środka” (Kierkosz 2019). Zapytałabym tylko: jak nie wciąga, jak wciąga? – podtrzymując moją konkluzję z tamtej recenzji: „Tylko tyle i aż tyle” . 

Przypominam tamte rozpoznania, ponieważ składają się na sporą część uzasadnienia tego, dlaczego ze „Stramerami” mam aż taki problem; problem sprowadzający się w dużej mierze do odwrócenia powyższego pytania. Po lekturze kontynuacji pytam bowiem: jak wciąga, jak nie wciąga? I wręcz jest mi trochę nieprzyjemnie, że nie podoba mi się książka, która pod względem poruszanej tematyki wydaje mi się tak potrzebna. Pytanie o lekturowe (nie)wciąganie może wręcz brzmieć niezręcznie – bo jak tu pytać tak trywialnie wobec skrajnej nietrywialności losów Stramerów w czasie wojny? Nie mogę jednak nie zapytać, skoro nagle nie widzę w pisaniu Łozińskiego tego, co stanowiło dla mnie największy walor pierwszej części i co uważałam za szansę, by z żydowską (nie)codziennością w polskich realiach sprzed dekad dotrzeć do osób, które może nie sięgną po naukowe opracowania na taki temat, za to chętnie przyswoiłyby tę trudną lekcję historii za pośrednictwem przystępnej, wciągającej (?) rodzinnej sagi.

Bardzo bym chciała, żeby związane z perypetiami wojennymi rodzeństwa Stramerów tematy przebiły się do „narodowej” świadomości. Łoziński nie tyle zresztą pokazuje żydowską perspektywę tych koszmarnych lat, ale wręcz kilka różnych żydowskich perspektyw. Są więc ci z braci i sióstr, którzy zostali w Warszawie i pod Warszawą (Nusek, Wela z mężem, Natkiem, uratowana z getta Róża wychowywana przez polską opiekunkę, Babunię), ale i ci, którzy wyjechali – jedni na zachód (Salek), inni na wschód (Hesio, Rena, Rudek). Taka zbudowana na przeplatających się głosach postaci opowieść, przejęta ze „Stramera”, mniej tym razem służy ukazaniu odmiennych spojrzeń na te same sytuacje, a bardziej daje ogląd różnych ludzi i miejsc, na wielorakie sposoby wojną, okupacją, grozą Zagłady dotkniętych. 

Jeżeli pozostać na poziomie realiów i punktów widzenia w prozie, poprzestać na rozważaniach o poszerzaniu perspektyw obecnych we wspomnianej już „literaturze środka”, to wszystko bardzo cenne. Zwłaszcza że w opisanej przez Łozińskiego, podszytej lękiem codzienności pojawiają się choćby wzmianki o konflikcie Babuni z jej własnymi dziećmi, niezadowolonymi z tego, że matka ukrywa żydowskie dziecko; napomknienie o Polakach, którzy „po zmroku (…) chodzą »na trupy« wyrywać złote zęby” (s. 134); sceny ze szmalcownikami… Najpotworniejsze historie opowiadane są przez bohaterki i bohaterów jakby mimochodem, bo tak im już spowszedniały, a to wrażenie wzmacniają stwierdzenia typu: „W czasie wojny zapomniałem, że można jeszcze czymś się zgorszyć” (s. 129). A wszystko w cieniu pytań o to, jakie ofiary ponosi się, żyjąc na fałszywych polskich papierach, jakie skutki wieczne rozdarcie niesie dla tożsamości jednostki. I w obliczu diagnozy na temat tego, co okazuje się, pozornie mało spektakularnym, a naprawdę tak dojmującym, efektem uzależnionej od cudzego spojrzenia egzystencji: „W czasie okupacji połowę czasu zabiera nam zastanawianie się, co inni o nas pomyślą” (s. 178).

Wszystko to ważne. I cieszyłoby mnie, że poza reporterską czy, nieraz w ostatnich latach obarczoną ryzykiem sprawy w sądzie, naukową twórczością na temat wojennych relacji polsko-żydowskich (z udziałem także okupacyjnych władz zza obu granic) pojawia się taka powieściowa wersja, w której z jednej strony mamy ludzki, codzienny wymiar przetrwania, z drugiej – nieludzkie warunki, w jakich ta codzienność się toczy. Tyle że pozornie idealna rama dla tych tematów, czyli inspirowane historią prawdziwej rodziny dalsze losy rodzeństwa znanego już czytelni(cz)kom „Stramera”, jakoś się tu nie sprawdza. 

Pozornie wszystko, co męczy, da się uzasadnić. Choćby to, że „Stramerowie” są aż tak zwróceni w przeszłość. Wszak czytamy, że Salek w rozmowie z Hesiem powiedział kiedyś: „Najpierw ludzie narzekają na czasy, w których się urodzili, a potem przez resztę życia za nimi tęsknią” (s. 66), więc ta tęsknota jest wręcz wprost w powieść Łozińskiego wpisana. W praktyce lekturowej jednak bardzo szybko zaczyna nużyć to ciągłe powracanie, wieczne „a pamiętacie to czy tamto?”, charakterystyczne zwłaszcza dla narracji prowadzonej przez Nuska. Na dodatek, chociaż da się wskazać kilka takich cech, typowych dla trybu mówienia konkretnych postaci, jak choćby w przypadku właśnie nieustająco wspominającego Nuska, skupionego na erotycznych podbojach Hesia, erudycyjnego i nawiązującego do „Czarodziejskiej góry” Salka, to to zróżnicowanie w toku całej powieści okazuje się dość pozorne, a poszczególne narracje zlewają się w jedną, niezbyt porywającą, prosto napisaną, zbudowaną na (za) krótkich zdaniach książkę. 

Włączane w narrację piosenki, anegdoty czy dowcipy, krążące po próbującym odreagować traumę wojennym społeczeństwie, mogą imponować w kwestii autorskich kwerend, ale sprawiają czasem wrażenie doklejonych na zasadzie akumulacji akapitów spod znaku „i jeszcze to było”, „a o tym słyszeliście?”. I chociaż miejscami jest zabawnie („Mówiono, że jedyne możliwe powstanie w Krakowie to powstanie krakowian przeciwko warszawiakom” [s. 203]), to gdzieś zabrakło potoczystości, która – niezależnie od trudności tematu – charakteryzowała dotąd styl Łozińskiego. Co gorsza, „płaskość” portretów, którą Monika Ochędowska zarzucała już „Stramerowi” (zob. Ochędowska 2019), przy omawianiu drugiej muszę podkreślić i ja. Nusek przechodzi wprawdzie wewnętrzną przemianę, ale nie rozgrywa się to w literacko frapujący sposób. Natek może zaciekawiać, ale głównie dlatego, że o jego sposobie myślenia wiemy stosunkowo niewiele. Hesio jako dowódca czekający po drugiej stronie Wisły, aż dopali się powstanie warszawskie, miałby może do opowiedzenia coś unikatowego i kontrowersyjnego, ale ta odważność, unikatowość perspektywy nie przekłada się na wyjątkowość książki. Portrety kobiece, zwłaszcza Reny, wypadają jeszcze mniej przekonująco.

I mogę się tylko domyślać, jak trudno napisać inspirowaną przeszłością własnej żydowskiej rodziny powieść o wojnie. Przypuszczam też, że Łozińskiemu zależało, żeby w opowieści na taki temat absolutnie nie zbliżać się – z jednej strony – do sentymentalizmu kolejnych produkowanych taśmowo obozowych romansów (tu przywołać trzeba robiący zasłużoną internetową karierę komentarz Przemka Dębowskiego do tej mody literackiej: „Auschwitz z Auschwitz”) ani – z drugiej – do „dzieł” spod znaku Maksa Czornyja. I Łoziński owszem, skutecznie unika i czułostkowości, i „czornyjowości”, a epizodowi obozowemu w „Stramerach” bliżej może do żydowskiej wariacji na temat opowiadań Tadeusza Borowskiego. Tylko co z tego, skoro strategia codzienności, dystansu, zwrotu ku przeszłości, wieloznaczności postaw nie przyniosła w tym wypadku powieści, którą chce się czytać dla niej samej, a nie dla „wagi tematu”. Od „wagi tematu” mamy wstrząsające, częściej też bardziej niż ta książka wciągające, pozycje non-fiction i mamy, rozszerzany wbrew rządowi PiS-u, katalog „antypolskich” (sic!) prac naukowych.

Finałowe pięćdziesiąt stron, czyli powojenne rodzinne przyjęcie, wypada zdecydowanie najciekawiej. Ostre pokazanie, kim Stramerowie, wcześniej już komunizujący, stali się w nowym systemie, wychodzi Łozińskiemu lepiej niż pokazywanie ich wojennej drogi do tego punktu. Nieukrywany konformizm większości rodzeństwa wybrzmiewa przykro, wszak się im kibicowało (chociaż chyba głównie z rozpędu, pod wpływem „Stramera”, wbrew nijakości tomu drugiego), a teraz sami siebie nie do końca rozpoznają w powojennych karierach i życiorysach. Gorzkie konkluzje – jak ta Rudka: „Ten system nawet z najlepszych wyciąga to, co najgorsze – słyszał gdzieś to zdanie i teraz mu się przypomniało” (s. 353) – są jednak, w przeciwieństwie do większości omawianej książki, naprawdę przekonujące. I wbrew mojemu tak krytycznemu nastawieniu do „Stramerów”, w których najcudowniejsza wydaje mi się okładka (niezawodnego Przemka Dębowskiego), chętnie przeczytałabym więcej o powojennych losach braci i sióstr, więcej o uwikłaniu Żydów, którzy przeżyli to, co niewyobrażalne, by potem zaangażować się, z różnych powodów, w inny aparat ucisku. 

Póki co przeczytałam jednak powieść, która w wyniku wyżej wspomnianych braków niemal cały czas „szeleściła papierem”, nie angażowała mnie wystarczająco w losy postaci, co osłabiło jej ważny aspekt pokazania tego czasu z żydowskiej perspektywy i bez znieczulania. Wobec uznania i sympatii, jakie mam dla dotychczasowych dokonań Mikołaja Łozińskiego (z „Książką” na czele), przykro mi tak konkludować, ale nie potrafię uciec od myśli, że jeżeli wywiad wokół powieści okazuje się o tyle ciekawszy od niej samej, to coś poszło nie tak. A przecież więcej skondensowanego tragikomizmu (z naciskiem na „tragi-”) żydowskiego losu w Polsce, więcej bezlitosnej językowej celności niż w „Stramerach” znajduję w tej jednej „anegdocie”: „Do siódmego roku życia nie wiedziałem, że mam żydowskie korzenie. Kiedyś przybiegłem do domu i mówię: »Mamo, wiesz, na podwórku jest jeden żyd!«. Mama spojrzała na mnie i powiedziała: »No, chyba dwóch…«. Źle to przyjąłem” (Łoziński, Wodecka 2023). I ta scena, tak fantastycznie zapisana, zostanie ze mną na dłużej. Na pewno na dłużej niż wojenne perypetie Stramerów. 

LITERATURA:

Kierkosz I.: „Pomnik na przykurzonym postumencie (Mikołaj Łoziński, »Stramer«)”. 9.12.2019. https://magazynwizje.pl/aktualnik/kierkosz-lozinski/. 

„Łoziński: Ja sam nie wiem, czy przyjąłbym ukrywające się dziecko do domu, narażając życie własnej rodziny”. Z Mikołajem Łozińskim rozmawia Dorota Wodecka. 29.09.2023. https://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,30234715,ja-sam-nie-wiem-czy-przyjalbym-ukrywajace-sie-dziecko-do-domu.html.

Ochędowska M.: „Fotoplastykon”. „Dwutygodnik” 2019, nr 11. https://www.dwutygodnik.com/artykul/8550-fotoplastykon.html.
Mikołaj Łoziński: „Stramerowie”. Wydawnictwo Literackie. Kraków 2023.