ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (479) / 2023

Luiza Stachura,

'KAŻDY DZIEŃ JEST WIGILIĄ ŚMIERCI' (KIM YESOON: 'AUTOBIOGRAFIA ŚMIERCI')

A A A
Buddyści uważają, że przez symboliczne czterdzieści dziewięć dni po śmierci świadomość zmarłego szuka odrodzenia. To czas rozstrzygnięcia dalszego losu, następujące po sobie fazy, etapy, cykle, które umożliwiają uformowanie nowego istnienia. Warto zwrócić uwagę, że czterdzieści dziewięć to siedem razy siedem, a siedem symbolizuje stworzenie, boskość czy spełnienie. Południowokoreańska poetka Kim Hyesoon (김혜순; ur. 1955; zgodnie z dalekowschodnim zapisem nazwisko poprzedza imię autorki) dokonała poetyckiej eksploracji stanu tyleż zawieszenia, ile aktywnego poszukiwania nowego ciała, i zaprezentowała przewrotną lingwistyczną ceremonię w liminalnej przestrzeni, gdy w 2016 roku ukazał się tom poetycki „Autobiografia śmierci” (죽음의 자서전). Publikacja składa się z czterdziestu dziewięciu wierszy, na każdy dzień po metaforycznej i dosłownej śmierci, oraz niby-poematu „Oblicze rytmu” – kolażowego, opartego na sferze brzmieniowej, można zaryzykować twierdzenie, że będącego przerwaniem koła przemian i otwarciem drogi do odrodzenia. Co ciekawe, siódemka w tomie poetyckim rozbłyskuje wyłącznie pomiędzy słowami-obrazami, ale raczej jako jeden z pobocznych tropów, można rzec, że reliktów, skamielin wierzeń, możliwych kontekstów czy praźródeł dla pewnych idei, myśli. Dwudziestego ósmego dnia, a zatem po czterech powtórzeniach symbolicznej siódemki, pojawi się utwór „Już”, składający się z dwóch wersów: „Rodzimy się już wewnątrz śmierci / (powtarza się 49 razy)” (s. 50). Czterdziestego pierwszego dnia poetka zmieści wiersz „Granatowe pióra” z krótkim cytatem z zawierającej pośmiertne wizje tybetańskiej „Księgi umarłych” jako mottem: „Dwudziestu ośmiu joginów wyjdzie z twojego mózgu i przywita cię. / Będą nieść różne narzędzia, a ich głowy będą głowami różnych zwierząt” (s. 73). Jako „Dzień siódmy” oznaczony zostanie utwór o tytule „Tybet”, który zawierać będzie w sobie piątkę… Pojawi się bowiem parenteza: „(Pięcioraczki wypełniają wszechświat swoim istnieniem!)” (s. 16).

Poszczególne elementy konstelacji Kim przywodzą na myśl oniryczne, niepokojące obrazy, nierzadko groteskowe, karykaturalne, surrealne, absurdalne, uderzające antytezami, antynomiami, wypełnione metaforami, metonimiami, zagadkowymi znakami, które dopiero z czasem – gdy czytelnik odnajdzie swój klucz do dekodowania poetyckiego świata – przeobrazić czy przepoczwarzyć się mogą w makabryczne przedstawienie istnienia, teatralną scenę obnażającą istotę, sedno pierwiastka żeńskiego, czyli… śmierć. Paradoksalnie bowiem narodziny są jednocześnie śmiercią. Kolebka (macica) jest grobem, ciało stanowi słój z formaliną dla mózgu (istnienia, ducha). Ale ten stan nieustannego umierania, okrutnego cyklu narodzin i śmierci, Uroborosa, błędnego koła, „ja” liryczne uzmysłowi sobie dopiero po fizycznej śmierci, bowiem życie jest snem, wszystko to mistyfikacja, fabrykacja – nic zatem dziwnego, że wiersz „Uduszenie. Dzień czterdziesty szósty” zamykają frazy: „Śmierć oddycha, a ty śnisz, ale // nadszedł czas, aby odłączyć śmierć od respiratora / nadszedł czas, aby rozbić sen młotkiem” (s. 82). I jeśli odszyfrujemy „ja” liryczne jako śmierć, tytuł zbioru będzie wskazywał na autobiografię, rewizję dotychczasowego istnienia, wiwisekcję „ja”, czyli tego, kto skazany jest na śmierć i tę śmierć równocześnie rozsiewa. 

Znamienne, że południowokoreańska poetka poprzez kolejne obrazy widziane przez „ja” wskazuje jako „dawcę”, „roznosiciela” śmierci kobietę (matkę), która poprzez swoją cielesność, zmysłowość buduje więzienie dla ducha i przesądza o jego upadku. Tym samym „ja” liryczne odczytywać można jako „ja”-kobieta czy świadomość „ja”, które było kobietą. Symbolicznie rozpadające się ciało uwalnia ducha szukającego szansy na kolejne (od)urodzenie otwierające drogę do potencjalnego ostatecznego wyzwolenia, wyrwania się z błędnego koła. A duch pochodzi od ojca, Stwórcy, jak zresztą wybrzmi gorzko i ironicznie w jednym z wierszy Kim. Poetka polemizuje z wizją sakralności, nieskazitelności ojca – w kilku poetyckich szkicach, za pomocą choćby połączenia wyrazów i utworzenia z nich przytłaczającego muru(ze)słów, wskaże na przemoc, poniżanie, upokarzanie kobiety, obarczanie jej odpowiedzialnością za śmiertelność, reifikowanie, traktowanie jak lalki, pałuby – tyleż do kochania, ile do rodzenia i do bicia, jak w wierszu „Lot wrony nad kukułczym gniazdem. Dzień trzydziesty ósmy”: „Twójojciecwniebie. Ojciecdobani. Domagasiędziecka. (…)” (s. 68). Kim Hyesoon jako lalkę przedstawia w jednym z pierwszych wierszy dziecko, które interpretować można w kontekście kolejnych utworów jako kobietę w znaczeniu „tworu”, „dzieła” skonstruowanego, zbudowanego do spełniania oczekiwania (s)twórcy, ale to lalka, która usiłuje zrywać więzy, sznurki łączące z konstruktorem, czego egzemplifikacją frazy z utworu „Zdjęcie. Dzień trzeci”: „(…) Twoja lalka chodzi / Twoja lalka mówi // (…) Jesteś teraz odłączony od swojej lalki // Piszesz list // Droga Laleczko, nadal potrzebujesz, żeby ktoś co noc położył cię / do łóżka i zamknął twoje oczy” (s. 9-10). Jeśli połączyć to z krystalizującą się w późniejszych odsłonach tomu wizją ojca-Stwórcy, to otwiera okrutną perspektywę przemocy, wykorzystywania i traktowania dziecka (rozumianego jako stworzenia cielesnego, a szczególnie kobiety, która rodzi kolejne ciała-śmierci) jak środka do celu, przedmiotu, w którym objawia się iskra istnienia, „światło słoneczne”. Zresztą poczucie bycia trybem, swego rodzaju naczyniem (inkubatorem?), elementem stworzonym i skazanym na (ob)umieranie, wrażenie braku sprawczości wybrzmiewają w wierszach Koreanki, choćby w „Sierocie. Dniu ósmym” pojawiają się frazy: „Jesteś kwadracim niewolnikiem. / Jesteś kwadracim bękartem. / Jesteś kwadracim gońcem.” (s. 18) czy w utworze „Motyl. Dzień jedenasty”: „(…) Jesteś bielą słonej łzy / Jesteś ziewnięciem aaaa z trzewi wiatru / Jesteś zawrotem głowy bez krztyny prywatności? // Tak lekki, że nie zdołasz już upaść / Jesteś nieprzerwanym pochodem zmarszczek w górnych piętrach otchłani!” (s. 22-23) albo w „Lalce. Dniu czterdziestym czwartym”: „(…) Kto zabrał osobę / i położył jej lalkę na stosie drewna? / Jak gość, który poprosiwszy o nocleg, nigdy już się nie budzi / osoba nie wraca, więc ciało spala się na wiór. (…)” (s. 80).

W kolejnych utworach-dniach kwarantanny, swoistego czyśćca po śmierci, a przed ponownym narodzeniem „ja” przegląda się w innych i w sobie jak w lustrze. Kim tropi i multiplikuje sygnały umierania, wydobywa ślady, zwiastuny rozwijającego się bakcyla śmierci. Przykładem nie tylko miesiączka stanowiąca śmierć potencjalnego płodu [jak w wierszu „Kalendarz. Dzień drugi”: „Czasami martwy królik powraca jako zakrwawiona podpaska. / Od czasu do czasu wyciągasz martwego królika z majtek. // Co miesiąc wyciągasz martwego królika i wieszasz go na ścianie.” (s. 8)], ale i samotność, starzenie się [w utworze „Powtarzalność dni. Dzień dwudziesty piąty” pojawią się frazy: „Smród żyjącej samotnie starszej osoby / Co rano w źrenicach zakwita ci kwiat-ohyda!” (s. 46)], molestowanie, brutalne i krwawe tłumienie manifestacji, ruchów i zrywów narodowych, społecznych [przykładem „Sekcja zwłok. Dzień dwudziesty czwarty” i słowa: „(…) W gipsie na złamanej ręce żyją żołnierskie okrzyki // Tak mnie bili / Tak mnie dźgali” (s. 44)] czy wreszcie zachłyśniecie się przez ludzi sztucznym światem, iluzorycznością, fikcją, mirażami wytworzonym przez wirtualną rzeczywistość (metonimią będą telefony komórkowe), uwięzienie „ja” w symulakrum, a zatem umieranie „na raty”, po trochu, bez świadomości – w wierszu „Każdego dnia jutro. Dzień dziewiąty” przeczytamy: „Metro pełne jest ludzi wpatrzonych w ekrany jak w zwierciadła / Ich twarze już tam są – wyparowały jak poranna rosa // Tam gdzie dzwoni dzwonek telefonu / Ich języki już tam są, trzepoczą jak tropikalne rybki na pokrytym mżawką asfalcie” (s. 20). W różnych wariantach śmierci duch ciągle traci możliwość na ostateczne wyzwolenie. Jego ciało samo w sobie (bite i bijące, maltretowane i maltretujące, poniżane i poniżające) oraz rejterada z niego, próby ucieczki z więzienia ciała, samobójstwo blokują ducha, ściągają go w dół, gdzie wieczny cykl śmierci i odrodzenia, alchemiczna przemiana, a pomiędzy tym błąkanie się po przestrzeniach liminalnych.

Wielowarstwową, palimpsestową „Autobiografię śmierci” Kim Hyesoon można rozważać jako tyleż poemat, ile wymuszoną konfesję, spowiedź czy dziennik wypełniony nie tyle lirycznymi, ile przeważnie makabrycznymi, brutalnymi, pełnymi agresji zapiskami przywodzącymi na myśl strumień świadomości albo próby uchwycenia w słowach snów, kalejdoskopowo zmieniających się obrazów, zagadkowych rymowanek będących zbitkami słów, echem, odblaskiem tego, co podczas życia słyszało i widziało „ja” liryczne. Ale czy tylko jedno „ja”? Zdaje się, że jest ich niezliczona rzesza, zastęp – brzmienia ich głosów nakładają się na siebie, rezonują ze sobą, a doświadczenia jednych pokoleń (wcieleń?) korespondują z kolejnymi generacjami. Każdy z głosów szuka odpowiedniego języka, środków wyrazu, sposobu na wyartykułowanie swojego istnienia, ułożenie rozsypanych elementów, zebranie fragmentów, cząstek, by zobaczyć całość i znaleźć sens. Może dlatego w tomie poetyckim Koreanki pojawia się bogactwo form i elementów przywodzących na myśl różne gatunki, czego przykładami: proza poetycka, lament, litania, modlitwa, elegia, poemat, piosenka, oda, sonet. Poetka wykorzystuje szerokie pola semantyczne słów, gra (potencjalnymi) znaczeniami, rozbija klisze, skostniałe formy, wydobywa antynomie, paradoksy, sięga po jukstapozycję, kontrasty (choćby światło i mrok, a w obrębie światła – sztuczne światło, czyli imitacje, oraz słońce, czyli autentyczne, naturalne), antytezy, parentezy, kalambury. Liczne anafory i epifory, enumeracje, refreny przypominać będą szum, rytmiczne bicie bębnów albo dzwonów, nie wspominając o rytmie serca czy pulsującej krwi, krwi-wodzie. Poetka sięga po symbol wody – między innymi chaosu, bezmiaru możliwości, odrodzenia czy zasady żeńskiej; pierwiastka kojarzonego z kobietą-matką – a zatem siły niszczącej, przynoszącej zagładę, dostającej się do trumien, „czarnej wody” i siły podtrzymującej życie, płodowej, oczyszczającej. Jeśli w takiej perspektywie spojrzymy na poetycki świat Kim, może się okazać, że przeznaczeniem kobiety będzie nie tyle nieustanne umieranie i przynoszenie anihilacji, ile bycie siłą uzupełniającą, wprowadzającą równowagę, dopełnienie, jak w koncepcji yin i yang. Dzięki kobiecie może bowiem dokonać się rytualne oczyszczenie i odrodzenie. Obok wody w tomie poetyckim Koreanki pojawią się takie symbole jak: lustro, ogień, popiół, ciemność i światło. Poza światłem – odnoszącym się do iskry, istnienia, czego egzemplifikacją fraz z wiersza „Grób. Dzień siedemnasty”: „Światło słoneczne zjechało w dół / w wiadrze umocowanym na pępowinie” (s. 34) – pozostałe związane są zasadniczo z cielesnością, powłoką zewnętrzną, tym, co najpierw powleka, więzi, a później umiera, rozpada się, spala, spopiela, by znów w wyniku przemian uformować się na nowo.

Intrygujące jest „Oblicze rytmu”, czyli dodatek składający się z trzydziestu czterech segmentów-paragrafów, fragmentarycznych, jakby przypadkowo, chaotycznie zmontowanych kadrów, które w głośnym odczytaniu – w zależności od dynamiki, intonacji – wydobywają sferę brzmieniową. To dopowiedzenie czy pogłos, echo przywodzące na myśl fragmenty wspomnień, reminiscencje pojawiające się w przebłyskach nowo (ponownie) narodzonego, w kolejnym wcieleniu, coś w rodzaju pamięci bólu, cierpienia, osamotnienia. Poetka dokonuje eksperymentów, roszad, konstruuje warianty szeroko pojętego rytmu – nie tylko jako środka stylistycznego, ale i choćby rytmu biologicznego, dobowego. Anafory, epifory, powtórzenia, paralelizmy, aliteracje, onomatopeje, przerzutnie, apostrofy wytwarzają niepokojący rytm, można zaryzykować twierdzenie, że arytmię, zapowiedź nowego istnienia. Wizualną oprawą, dobrze korespondującą z utworami poetki są odrealnione, abstrakcyjne rysunki południowokoreańskiej graficzki Lee Fi (이피; ur. 1981).

Tom poetycki „Autobiografia śmierci” Kim Hyesoon przyciąga i odpycha. Przypominająca barokową poezja Koreanki szokuje, zaskakuje, jest gęsta, meandryczna, eksperymentująca, niejednoznaczna, magnetyzująca, elektryzująca, wciągająca w obłędny, abstrakcyjny wymiar świata, przestrzeń pogranicza, tymczasowy, prowizoryczny, przesiadkowy punkt. Paradoksalnie jednak owo nie-miejsce staje się węzłowym elementem wszechświata, centrum, z którego rozchodzą się ścieżki odrodzenia, morze możliwości (dla) nowego istnienia.

Literatura: 

W. Kopaliński: „Słownik symboli”. Oficyna Wydawnicza RYTM. Warszawa 2001.

M. Paszkowska: „Uwolniony, wyruszam samotny, czyli buddyzmu odpowiedź na śmierć”. „Studia Philosophiae Christianae” 1999, t. 35, nr 1. S. 162-170. https://tinyurl.com/2ydeux2b
Kim Hyesoon: „Autobiografia śmierci”. Przeł. Ewa Suh, Lynn Suh i Katarzyna Szuster-Tardi. Rys. Fi Jae Lee. Biuro Literackie. Kołobrzeg 2023 [Azja 2].