ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 listopada 22 (94) / 2007

Mariusz Sieniewicz,

JADĄ WOZY KOLOROWE TABORAMI...

A A A
W tym czasie listopadowej deprechy i samobójczych wieczornic, które falują smętnymi pętlami dymu nad kominami kamienic, a kotom sierść jeżą nad dzwoniącymi rynnami, chciałbym podzielić się z Państwem refleksją natury środowiskowej, ale chyba również ogólnoludzkiej. Sprawa dotyczy materii nader delikatnej – poetów tworzących poezję. Muszę więc postępować taktownie, ważyć w myślach każdą felietonową frazę, by nie urazić jej piękniejszej i szlachetniejszej siostry, a sobie nie przysporzyć wrogów.

Otóż, przyjęło się mówić, że poezja współczesna, zwłaszcza w jej młodej, często slamowej odsłonie, ulega przyspieszonej i nieodwołalnej gettyzacji. Słowo „gettyzacja” razi jednak brakiem precyzji, stanowi mało czytelny kwantyfikator rozstrzygający en bloc o statusie poezji oraz jej twórcach, jak i sugeruje, że świat poetów jest mocno domknięty, mało liczebny, akwaryczny (i antykwaryczny), żeby nie powiedzieć – klaustrofobiczny, z wyraźnie wyrysowanymi granicami. Zmuszony jestem zaprotestować przeciwko takiej diagnozie. To prawie prawda, a jak już wiemy, „prawie” robi znaczną różnicę, skutkuje nierzadko przekłamaniem i rodzi nieporozumienia. Śmiem bowiem twierdzić, że jeśli już getto, to getto ruchome, wolne, beztroskie; getto, które przekracza samo siebie, mając za transgresywne narzędzie – ustawiczne przemieszczanie koleją, autem lub pekaesem.

Na naszych oczach, a dokładniej – na naszych internetowych łączach, bo któż za tym zjawiskiem nadąży?, wyrasta nowa grupa plemienna, koczownicza w najszlachetniejszym tego słowa znaczeniu. Przemierza Polskę wzdłuż i wszerz, spotyka się w bliskich i w odległych zakątkach kraju, wpędzając w jeszcze większe kompleksy niejednego domatora lub statecznego pisarza, który jeśli wyrusza w podróż, to tylko od święta, przy dźwiękach promocyjnych i marketingowych fanfar. Dla poetów zaś kolejne miejscowości, jako przystanki niekończącej się wędrówki, mogą być stosowane zamienne z dniami tygodnia i kartkami kalendarza. Poniedziałek to Olkusz, Otwock to środa, Kutno, Zamość, Warszawa stanowią geograficzne zobrazowanie całości miesiąca. Za dowód niechaj starczą wyrywkowe, pobieżne wejścia na nieszufladę.pl lub gilling.info.pl. Te portale niczym wirtualne satelity śledzą przemieszczanie się poetów, robią satelitarne fotki w dobrej jakości i powiększeniu, wzmiankują o kolejnej trasie. Poeci są na szlaku. Ruszają z miast A, Be, Ce, De, docierają do miasta Zet, na dzień lub dwa rozbijają obóz, rozpalając ogniska konkursowych rywalizacji, po czym wędrują dalej. I nie są „ponowoczesnymi turystami” w rozumieniu Baumana. To pielgrzymi sami sobie wyznaczający święte miejsca – raz turniej jednego wiersza, raz ogólnopolski festiwal imienia sławnego wieszcza. Na ich mapach każda najlichsza mieścina równa jest metropolii. Bo w świecie poetów-cyganów centrum jest wszędzie, gdzie może wybrzmieć rytm wiersza.

Obraz wędrującej poezji grzeszy pewnie „przegięciem”, zbyt tęsknym, ulirycznionym wyobrażeniem, któremu pragmatyka uczestnictwa mogłaby zadać kłam, rozgonić melancholijne nastroje, a mnie sprowadzić na ziemię. Coś jednak leży na rzeczy i myśli, coś romantycznego i cygańskiego, bo taka dla przykładu Olga Tokarczuk, pisząc swą książkę „Bieguni”, miała zapewne na myśli nikogo innego, jak tylko młodych polskich poetów. Tak, przemieszczająca się poezja widzi w bezruchu zagrożenie, widzi niebezpieczeństwo mieszczańskiego zła i Szatana, który gotuje smołę w tych naszych małych stabilizacjach z kanapami, domkami i panelami, z multimediami i plastikowymi oknami. Poeci konkursowi i poeci-slamerzy to – toutes proportions gardees – współcześni Bieguni. Dla większości społeczeństwa niedostępna i tajemna sekta. Innymi słowy – cyganeria z wierszami powstającymi w drodze.

Piszę o poetyckich Biegunach z oczywistą zazdrością, bowiem z perspektywy autora prozy rzecz wygląda kusząco, co więcej – dowodzi prozy zgnuśnienia i odrętwienia. Może jest i tak, że literacki rodzaj rzutuje na predyspozycje ruchowe jego twórcy? Prozaicy są mniej ruchawi, bardziej leniwi. Kuczok – gdzieś na Śląsku, w domu filmy ogląda. Odija – pewnie w Słupsku, bo gdzie może być teraz Daniel Odija? Ostaszewski – w Krakowie, w „Dekadzie” lub w „Lokatorze”. Witkowski – rzadko wychyla nos z Warszawy. Trajektorie naszych potencjalnych spotkań są telepatyczną wędrówką myśli i to też pewnie oszczędną – odwrotnie proporcjonalną do literackiej profesji. Może sążnista powieść jest sublimacją wiersza podróżującego poety? Owszem, raz w roku jakiś festiwal, jakieś spotkanie w większym gronie, ale na co dzień pozamykani jesteśmy we własnych szufladach i miejscowościach. Trafić na siebie jest niepodobieństwem i nie ze względu na jakąś komunikacyjną mijankę, lecz z powodów bardziej statycznych – prozaik powieść lub opowiadanie musi wysiedzieć w domu, co jest absorbujące, czasochłonne, alienacyjne. Chleb codzienny poetów-cyganów, prozaik coraz częściej nazywa w swoim języku promocyjną trasą i to też, jak się zdarzy wydanie książki raz na dwa lata.

Com napisał – napisałem, no i wpadam we własną pułapkę. Bo czyżbym domagał się prozaików-cyganów, czyżbym chciał zorganizować jakiś wypad pisarzy do Kłodzka via Szczecin? Nie, bez przesady. Myślę tu raczej o wynikających z takiego porównania różnicach. Środowiska poetyckie i prozatorskie to dwa różne światy. Mają tyle wspólnego, że łączą je obiegowe społeczne schematy. Poetę i prozaika wrzuca się zwykle do jednego worka z napisem „literatura”. Wewnątrzśrodowiskowo rzeczy wyglądają bardziej skomplikowanie. A jak subtelne to skomplikowanie, niech świadczy powyższe zdanie, z którego wyszedł mi socjoliteracki banał. Zostawiam to opisowi bardziej biegłych w temacie.

Jest wtorek, godzina 21.40. Siedzę w swojej kanciapie, tak jak siedziałem dzień i dwa dni wcześniej, dowodząc własnym tyłkiem statyczności świata. A poeta Tomasz Pułka mknie teraz pewnie osobowym Gdynia – Radom i w szybie wieczór oddziela od nocy. A poeta Piotr Macierzyński ma niechybnie za chwilę przesiadkę w Grudziądzu – z ekspresu do Gdańska na pośpiech do Częstochowy. A poeta Jaś Kapela z poetką Katarzyną Hagmajer jedzą późną kolację w Warsie i gnają w stukocie i świście przez węzeł kolejowy w Iławie. Jak oni to robią, że nad ranem spotkają się z innymi poetami w Poznaniu? Gil Gilling trzaśnie fleszem na powitanie, gdy ja zaledwie podniosę rozespaną powiekę.