ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 lutego 4 (484) / 2024

Maria Janoszka,

SZTUCZNY CZŁOWIEK KROK PO KROKU (KATHRYN HARKUP: 'PRZEPIS NA POTWORA. JAK Z ODKRYĆ NAUKOWYCH NARODZIŁ SIĘ FRANKENSTEIN')

A A A
Słynne dzieło młodziutkiej Mary Shelley, rozpoczęte w Szwajcarii podczas wywołującego katastroficzne nastroje „roku bez lata”, przyniosło Europie, a stopniowo i całemu światu, jeden z najważniejszych mitów nowoczesności, odtwarzany w setkach wariantów, odmian i wariacji, recyklingowany, dekonstruowany i rekonstruowany na dziesiątki sposobów, aktualny dziś tak samo jak ponad dwieście lat temu. I choć zdecydowana większość jego opracowań odnosi się do kontekstów naukowych, a więc rezonansu określonych koncepcji bądź sporów toczonych wokół problemu przekazywania życia i możliwości przywrócenia go, działania ludzkiego organizmu lub potencjału elektryczności, w języku polskim brakowało do tej pory opracowania, które ukazywałoby znacznie dokładniejszą panoramę stanu wiedzy i badań naukowych w czasach, gdy powstawał „Frankenstein”. „Przepis na potwora” Kathryn Harkup to popularnonaukowe ujęcie tematu, „sprawdzające” tekst Shelley z perspektywy dostępnych w XVIII i pierwszych latach XIX wieku informacji i metod, dbające jednak o uwzględnienie dalszych losów określonej grupy problemów aż do uzyskania odpowiednio potwierdzonych wyników czy rozwiązań. W ten sposób kreacja Monstrum staje się swego rodzaju lustrem dla stanu rozwoju nauki w czasach oświecenia (wtedy też rozgrywa się akcja „Frankensteina”) i jednocześnie dla dzisiejszych osiągnięć medycyny.

Czytelnikom/czytelniczkom niezaznajomionym z historią rozwoju anatomii czy określonych odkryć naukowych wiele z opisanych tu eksperymentów lub rozpowszechnionych w XVIII wieku praktyk wyda się zapewne dowodem spotwornienia ówczesnych uczonych i medyków, dla których zasada poszanowania ludzkich zwłok czy niezadawania bólu istotom żywym nie miała żadnego znaczenia. Taką też sugestię znajdziemy w blurbie, gdzie pada dramatyczne pytanie: „A czy potworem jest monstrum złożone z części ciał innych ludzi, czy bezwzględni wiktoriańscy naukowcy?” (Tak na marginesie: od kiedy rok 1818, gdy ukazuje się „Frankenstein”, to już epoka wiktoriańska? Co więcej, dla Harkup podstawowym polem odniesienia, od którego charakterystyki zaczyna zresztą swą opowieść, jest oświecenie). Autorka nigdzie nie ocenia etyczności postępków uczonych XVIII i pierwszych dekad XIX wieku (ferowanie wyroków według dzisiejszych wskazań bioetyki byłoby zresztą zupełnie nietrafione), choć celowo dobiera również przykłady skrajne, jak wykorzystywanie energii elektrycznej do „ożywiania” zwłok przez uczniów Luigiego Galvaniego, już nie w celach naukowych, lecz do szokowania publiczności, czy tragiczne w skutkach eksperymenty na zwierzętach.

Tytuł (w oryginale „Making the Monster”) to jednak bardziej ukłon w stronę wielbicieli horrorów niż wskazówka, że Harkup skłonna jest traktować fabułę Shelley jako opowieść o klęsce naukowca ukaranego za swą pychę potwornością dzieła, które w założeniu miało być piękne. Monstrum nie jest tu tylko potworem, źródłem abiektalnego strachu czy tragicznym znakiem konsekwencji przekroczenia praw natury. Harkup dostrzega oczywiście tragizm sytuacji Innego, odrzuconego przez wszystkich, łącznie z własnym „rodzicem”, najbardziej jednaj interesują ją naukowe aspekty konstruowania i ożywienia Monstrum, następnie zaś jego funkcjonowania w społeczeństwie (czy też obok niego). Punkt widzenia jest tu zdecydowanie bardziej naukoznawczy niż literaturoznawczy, do czego wypadnie jeszcze powrócić.

Konstrukcję książki wyznaczają dwa powiązane wewnętrznie porządki następstw: pierwszym, okalającym treści związane z samą powieścią, jest biografia Mary Shelley, oczywiście łącznie z okolicznościami towarzyszącymi narodzinom idei „Frankensteina”, drugim zaś zaczerpnięty bezpośrednio z powieści porządek zdobywania wiedzy i kolejnych etapów praktycznego zastosowania jej do budowy istoty ludzkiej przez tytułowego naukowca, dopełniony refleksjami nad przypisanymi Monstrum umiejętnościami błyskawicznego uczenia się i socjalizacji. Pomysły literackie Shelley zostają w ten sposób wpisane w rozległą tradycję badań naukowych i debat nad sposobami przekazywania życia, a także koncepcji rozwoju w zależności od środowiska, w stanie natury bądź kultury.

Jednym z celów przyświecających Harkup jest wskazanie obszernych źródeł erudycji Mary, wbrew tradycyjnemu (i zdecydowanie już dziś zdezaktualizowanemu) przekonaniu, że wykształcenie i zaznajomienie z najważniejszymi ideami naukowymi epoki zawdzięczała przede wszystkim swojemu mężowi, Percy’emu Bysshe Shelleyowi, jednemu z najważniejszych poetów angielskiego romantyzmu, a jednocześnie wielkiemu miłośnikowi nauk przyrodniczych (zob. s. 39), czego liczne ślady nosi jego poezja. Jako córka Williama Godwina, myśliciela i publicysty politycznego, wychowywała się w intelektualnej atmosferze, stykając się na bieżąco również z najnowszymi informacjami płynącymi ze świata nauki. Salon jej ojca przyciągał także różnego rodzaju uczonych, w tym Humphry’ego Davy’ego, chemika i fizyka cieszącego się ogromną popularnością, a spory wokół elektryczności, początków życia czy postępów w anatomii przynależały do zagadnień szeroko dyskutowanych. Warto przypomnieć, że w epoce oświecenia nauki ścisłe nie były bynajmniej tematem interesującym jedynie kręgi akademickie i inteligenckie, lecz budziły bardzo duże zainteresowanie społeczne, popularyzowane przez liczne instytucje oferujące publiczne wykłady czy odczyty, a także przez cieszące się ogromną frekwencją pokazy – np. działania maszyny elektrycznej. Mary sama uczestniczyła w przynajmniej jednym wykładzie Davy’ego w Instytucie Królewskim.

Dzięki związkowi z Shelleyem Mary mogła z pewnością jeszcze głębiej zanurzyć się w świat badań nad siłami przyrody, poeta od wczesnej młodości był bowiem zafascynowany elektrycznością, na temat której wiedza stopniowo się stabilizowała po zbudowaniu przez Alessandra Voltę ogniwa galwanicznego w 1800 roku. Shelleya pociągały jednak także nauki tajemne, okultyzm i alchemia – zapewne w sposobie przedstawienia pasji naukowych Victora Frankensteina, który pod wpływem swych profesorów w Ingolstadt przechodzi od alchemii do najnowszych odkryć przyrodniczych, można upatrywać wpływu zainteresowań samego Shelleya, który prawdopodobnie dostarczył jakichś rysów tytułowemu bohaterowi (zob. s. 90).

Bazując na tekście powieści, Harkup próbuje odtworzyć zakres wiedzy samego Frankensteina oraz rozwiązania techniczne, które mógł zastosować podczas pracy nad swym dziełem, lub też inne metody, jakie miał do dyspozycji. Nie pomijając oczywiście znanych doskonale okoliczności pojawienia się pomysłu powieści podczas słynnego, mającego ważkie konsekwencje dla literatury wieczoru w Villi Diodati w 1816 roku (w którym uczestniczyli, obok Shelleyów, także lord Byron i jego lekarz, John William Polidori, oraz Claire Clairmont, przyrodnia siostra Mary i kochanka Byrona), autorka zaznacza, że za znacznie bardziej istotny w kontekście genezy „Frankensteina” uważa naukowy kontekst rozlicznych dyskusji toczonych nad brzegiem Jeziora Genewskiego niż ogłoszony dla rozrywki konkurs na opowiadanie grozy (zob. s. 78). Postrzega zatem pomysł Mary (niezależnie od okoliczności jego narodzin – Shelley twierdziła bowiem, że postać Frankensteina ujrzała we śnie) jako przede wszystkim próbę świadomego ujęcia różnych wymiarów ciągle rozwijającej się nauki wraz z jej obietnicami i zagrożeniami. Harkup widzi zresztą przewinę Frankensteina nie w samej próbie stworzenia sztucznego człowieka, lecz przede wszystkim w naruszeniu zasad społecznych: w zachowaniu sekretu ożywiania materii tylko dla siebie i w odejściu od etyki obowiązku, skutkującego porzuceniem tworu, za który kreator powinien był wziąć odpowiedzialność (zob. s. 131, 253).

Zdaniem Harkup Shelley była daleka od demonizowania osiągnięć uczonych: „»Frankenstein« i nauka, która go zainspirowała, pozostawiły także pozytywne dziedzictwo” (s. 288). Autorka konsekwentnie dba o przedstawienie pełnej linii rozwojowej określonego obszaru wiedzy na temat działania ludzkiego ciała czy zjawiska fizycznego, wskazując momenty osiągnięcia – najczęściej po latach (albo i stuleciach) tragicznych w skutkach błędów – wreszcie trafnych wniosków, służących rozwojowi np. transplantologii czy kardiochirurgii. Odwzorowując sposób myślenia lub pracy Frankensteina, Harkup wpisuje je jednocześnie w szeroko zakrojoną panoramę postępu określonych dziedzin wiedzy, co pozwala również na wskazanie, w jakich obszarach genialny naukowiec wyprzedzał osiągnięcia dzisiejszej nauki.

W koncepcji stworzenia sztucznego człowieka pobrzmiewają rzecz jasna echa elektryzujących (nomen omen) uczonych XVIII i początków XIX wieku sporów o istnienie (lub jej brak) zasady witalnej przenikającej organizmy żywe, będącej źródłem życia, lub też o zjawisko samorództwa, zakładające powstawanie żywych organizmów z materii nieożywionej pod wpływem określonych czynników. Nabierający od połowy XVIII wieku tempa rozwój badań nad elektrycznością szybko doprowadził do postrzegania w niej czynnika życiotwórczego, tym bardziej że zjawisko galwanizmu, a więc odkrytej przez Galvaniego reakcji nerwów martwej istoty (np. żaby) na impuls elektryczny, sugerowało początkowo możliwość przywracania do życia.

Zanim jednak Victor Frankenstein ożywi swe dzieło, poświęca długie miesiące na gromadzenie odpowiednich materiałów, które pozyskuje z kostnic, prosektoriów, cmentarzy i rzeźni. To właśnie rekonstrukcja warunków pracy chirurga w epoce opanowanej głodem poznania ludzkiego ciała i zafascynowanej sekcjami zwłok ukazuje wyjątkowo mroczne aspekty rozwoju anatomii, okupionego licznymi nieetycznymi zachowaniami, jak funkcjonowanie w Wielkiej Brytanii gangów „wskrzesicieli” trudniących się porywaniem zwłok i handlem nimi, a w skrajnych przypadkach nawet zabójstwami, do których zachęcała wysoka cena ciał. Harkup śledzi dostępne Frankensteinowi sposoby łączenia tkanek czy konserwowania ich, starając się wydobyć z dość lapidarnych opisów Shelley jak najwięcej informacji dających się umieścić w kontekście historycznym, jednak skrótowość i ogólnikowość tej części powieści skazuje w większości na spekulacje. Czasami można też odnieść wrażenie, że autorka zapomina, iż ma do czytanie z fikcją literacką, w której zgodność każdego szczegółu z dostępną wiedzą czy technologiami ma znaczenie poboczne, tym bardziej że mowa o powieści niemającej wzorca do naśladowania, która – niezwykła w swej oryginalności – funduje nowy gatunek. „Przepis na potwora” stanowi jednak również fascynującą podróż przez ludzką anatomię i stopień skomplikowania procesów, które regulują najbanalniejsze funkcje życiowe. Udowadnia też dobitnie (jeśli ktokolwiek miał przed podjęciem tej lektury wątpliwości), że złożony z najróżniejszych fragmentów projekt Frankensteina – nawet gdyby teoretycznie możliwe było wprawienie serca tak skonstruowanej istoty w ruch – nie mógł się udać choćby z uwagi na niewiedzę o znaczeniu grup krwi czy zgodności tkanek.

Shelley nie opisuje także dokładnie metody wskrzeszenia Monstrum ani charakteru tajemnicy życia odkrytej przez Frankensteina. Harkup przygląda się jednak potencjałowi elektryczności, który wykorzystany został w najsłynniejszych ekranizacjach powieści i na stałe zrósł się z historią naukowca oraz jego dzieła. Kreśląc w skrócie drogi przyrastania wiedzy na temat elektryczności i przedstawiając kluczowe eksperymenty (wynalezienie butelki lejdejskiej, rozpoznanie elektrycznej natury błyskawicy, wynalezienie piorunochronu, zjawisko galwanizmu, wreszcie ogniwo Volty), Harkup podkreśla ryzyko wpisane w próbę użycia pioruna jako źródła energii i niewielkie prawdopodobieństwo dokonania tego z wykorzystaniem XVIII-wiecznej techniki. Obok relacji o szokowaniu publiczności grymasami rażonych prądem martwych głów czy konwulsjami ciał (zob. s. 238–241) autorka wskazuje również dobre intuicje uczonych szukających zastosowania impulsu elektrycznego w medycynie czy ratowaniu życia – już w 1818 roku Andrew Ure projektował eksperyment, który po udoskonaleniu mógł doprowadzić do wynalezienia pierwszego defibrylatora (zob. s. 243).

Książka Harkup udowadnia także, że utrwalony w polskiej tradycji konflikt „szkiełka i oka” oraz „czucia i wiary”, stereotypowo uznawany za jeden z wyznaczników romantyzmu, w żadnej mierze nie oddaje złożoności stosunków poezji i nauki w tym okresie. Co więcej, lista twórców zaangażowanych w badania naukowe (bądź odwrotnie: naukowców parających się literatura piękną) wcale nie jest krótka: obok Shelleyów warto wspomnieć choćby reprezentującego jeszcze oświecenie Erasmusa Darwina, dziadka Karola, który w swoich koncepcjach dziedziczenia, wpisywanych także w teksty poetyckie, kładł już pewne podwaliny pod ustalenia wnuka (zob. s. 54, 64). W polskich realiach późniejsze odkrycia naukowe (np. Michaela Faradaya) posłużą Juliuszowi Słowackiemu – oczywiście w wersji „odkształconej” – do budowania mistycznego systemu genezyjskiego.

Harkup wielokrotnie podkreśla oświeceniowe źródła „Frankensteina”, traktując zainteresowanie nauką i jej gwałtowny rozwój w XVIII wieku jako dziedzictwo Wieku Rozumu. Również poglądy Mary odzwierciedlone w poszczególnych scenach powieści są nieraz charakteryzowane jako obraz raczej oświeceniowych przekonań społecznych niż idei utożsamianych z romantyzmem. Shelley nie była jednak bezrefleksyjną kontynuatorką koncepcji poprzedniej epoki (nie podzielała optymistycznej wiary w oczywistość postępu, także w zakresie relacji społecznych) ani zdeklarowaną entuzjastką nowej – konsekwentnie zgłaszała zastrzeżenia m.in. do romantycznego indywidualizmu.

Ważnym wymiarem „Przepisu na potwora” jest również wyraźne – choć z konieczności ograniczone – podkreślanie wkładu kobiet w naukę, nawet jeśli bardzo dyskretnego. Obok wyjątkowo docenianej za swą pracę astronomki Caroline Herschel główną część tej grupy odkrywanych dziś hidden figures stanowią żony wspierające swych mężów w laboratoriach, jak Marie-Anne Lavoisier czy Lucia Galvani, które towarzyszyły im podczas eksperymentów, skrupulatnie notowały ich wyniki i redagowały pisma małżonków (zob. s. 25, 222). W części biograficznej jest to również książka o kobietach, które nie wpisywały się w oczekiwania społeczne i wybierały drogi pod prąd, kładąc jednocześnie podwaliny pod późniejszy ruch emancypantek, jak matka Shelley, Mary Wollstonecraft, jedna z pierwszych feministek, autorka słynnego „Wołania o prawa kobiet”, której prace Mary doskonale znała.

Nie zawiedzie się ten, kto liczy na opisy makabryczności eksperymentów i badań naukowych sprzed ponad dwustu lat, lecz nie jest to w żadnej mierze książka, która szuka jedynie sensacji. To rzetelne przedstawienie stanu wiedzy naukowej w czasach powstawania „Frankensteina”, ograniczone oczywiście do kwestii istotnych z perspektywy podstaw ideowych powieści, dające jednak również wgląd w skomplikowane, niekonwencjonalne życie Mary Shelley. Koncentracja – wbrew deklaracjom samego Frankensteina – na pozytywnym (przynajmniej w pewnym zakresie) obrazie nauki w powieści jest perspektywą ciekawą i pozwalającą wyjść poza stereotypowe interpretacje, niuansuje również portret samej Shelley, kreatorki jednego z największych mitów nowoczesności, fundującego ją i podważającego jednocześnie.
Kathryn Harkup: „Przepis na potwora. Jak z odkryć naukowych narodził się Frankenstein”. Przeł. Tadeusz Chawziuk. Copernicus Center Press. Kraków 2023.