ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (491) / 2024

Marta Snoch,

OBRAZY, KTÓRE UWODZĄ ('CHALLENGERS')

A A A
Dwaj mężczyźni i byli przyjaciele – tenisowy mistrz Art (Mike Faist) i mający najlepsze lata za sobą Patrick (Josh O’Connor) rozgrywają na korcie prawdopodobnie najważniejszy w ich życiu mecz. Z trybun obserwuje ich kobieta, o której uczucie konkurują – niegdysiejsza słynna tenisistka Tashi (Zendaya). Pozornie fabuła „Challengers” przypomina szereg filmów, które towarzyszą Hollywood od ery klasycznej – rywalizacja na korcie i w życiu uczuciowym, kwestie honoru i męskiej przyjaźni. Luca Guadagnino rozsadza ten schemat od wewnątrz. Ostatecznie to film wyrafinowanego włoskiego reżysera, wielokrotnie powracającego do tematu miłosnych trójkątów i czworokątów. Wiadomo więc, że Guadagnino ani nie będzie przykładał sporej wagi do obowiązujących we wciąż purytańskim Hollywood zasad, ani moralizował na temat związków międzyludzkich. Kampania reklamowa nie pozostawiała wątpliwości, że „Challengers” jest filmem przede wszystkim o pożądaniu – nawet jeśli pozostawia widzów z pytaniem, czy filmowe namiętności odnoszą się bardziej do atrakcyjnych ciał widocznych na ekranie, czy do tenisa.

Guadagnino to reżyser eksperymentujący z gatunkami filmowymi – erotyczne dramaty i różne odsłony filmów coming-of-age, thrillery (debiutancki „The Protagonists”), giallo czy nawiązujący do popularnego we włoskim kinie podgatunku cannibal movies „Do ostatniej kości”. Reżyser znacznie wykracza poza ich gatunkowe ramy, przerabiając je na swoją autorską wypowiedź. Film sportowy, zwłaszcza niebędący biograficzną laurką, wydaje się gatunkiem tak niszowym i w dużej mierze trącącym myszką, że rzeczywiście potrzeba było reżysera słynącego z odwagi i rozmachu jak Guadagnino – twórcy niebojącego się nawet nakręcenia remake’u kinofilskiego klasyka jak „Suspiria” Dario Argento.

W „Challengers” zakurzony temat sportu nabiera emocji, na które w kinie trzeba było czekać od lat (zob. Lodge 2024). Zresztą sam tenis wydaje się cierpieć na brak odpowiedniej kinowej reprezentacji, słynne tenisowe mecze wydają się przecież przynależeć do kina XX wieku – sekwencja z „Nieznajomych z pociągu” Hitchcocka (do której Guadagnino celowo nawiązuje) czy zakończenie „Powiększenia” Antonioniego. „Challengers” odświeża kino opowiadające o sporcie. Oddziera z niepotrzebnych ozdobników i sprowadza do podstaw: ciał, ich piękna, sprawności i ograniczeń oraz woli wygranej za wszelką cenę. Przy tym doskonale widać, jak duże znaczenie ma w przypadku Guadagnino współpraca ze scenarzystą. „Jestem miłością” czy „Tamte dni, tamte noce” – jedne z jego najlepszych filmów – były także owocami połączenia sił z Ivanem Controneo czy Jamesem Ivory. W „Challengers” debiutancki scenariusz Justina Kuritzkes, dramaturga i pisarza (a także męża reżyserki Celine Song), pod wieloma względami wysuwa się na pierwszy plan. Dialogi trzymają w napięciu i niejednokrotnie zaskakują puentą, imponująca jest też dyscyplina, z jaką autor prowadzi swoje pomysły – od zgrabnie przeprowadzonych retrospekcji po szereg wplecionych w fabułę lejtmotywów i symboli.

Filmowe ménage à trois to aktorzy z pogranicza świata hollywoodzkich produkcji i serialowych hitów ostatnich lat („Euforia”, „The Crown”). Zendaya w roli Tashi w fascynujący sposób unika wszelkich klisz, które mogłaby narzucać ta postać. Tashi jest zakochana w tenisie, adrenalinie, rywalizacji, a przy tym w przeciwieństwie do Arta i Patricka traktuje i sport, i wszystko, co robi, bardzo poważnie. Zagadkowy grymas, jaki przez większość filmu jej towarzyszy, oceniające oczy, wreszcie enigmatyczne zachowanie, przerywane jedynie scenami, w których, jak może się wydawać, zza jej maski wyłania się prawdziwa drapieżność. Pod każdym względem dystansuje męskich bohaterów, co nie oznacza, że role Josha O’Connora i Mike’a Faista nie są równie interesujące. Charyzma O’Connora (aktora, który w „The Crown” podjął wręcz niemożliwego zadania uczynienia króla Karola fascynującą postacią) sąsiaduje z jego rozbrajającą wrażliwością. Faist pod chłodną powłoką i zmęczeniem kryje szereg skomplikowanych uczuć i do Tashi, i do niegdysiejszego przyjaciela.

Pod wieloma względami „Challengers” to także powrót do tematyki, z którą Guadagnino jest najsilniej kojarzony przez widzów. Młodość widziana przez pryzmat nostalgii, która nadaje jej wręcz bajkowego wymiaru. Kilka niewłaściwych decyzji, które będą potem rzutować na całe przyszłe życie. Siła filmu wypływa też w znacznym stopniu z tego, jak umiejętnie łączy uwodzicielski świat sportu ze smutkiem i melancholią. Mimo emocji oglądanych na korcie potyczek czy dynamicznych słownych pojedynków, film ma zaskakująco wiele minorowych, refleksyjnych momentów. Bohaterowie Guadagnino nawet na gruncie amerykańskim pozostają tak skomplikowani i nieoczywiści jak protagoniści filmów jego największych mistrzów: Piero Paulo Pasoliniego czy Bernardo Bertolucciego.

Guadagnino nie po raz pierwszy patrzy także na Stany Zjednoczone – ma przecież na koncie „Do ostatniej kości” z nawiązaniami do „Badlands” Malicka i formułą kina drogi czy stworzony dla HBO serial „Tacy właśnie jesteśmy” rozgrywający się wśród społeczności amerykańskiej bazy wojskowej. W „Challengers” historia rozgrywa się w Ameryce hoteli, kortów i parkingów. Film znacznie też rozdziela splendor przepełnionych adrenaliną kortów tenisowych oraz swoistą tandetę świata wokół.

Chyba największy zarzut, jaki można postawić reżyserowi, to fakt, że uwodzicielskie filmowe obrazy, częste użycie slow motion i ciągłe skupienie na detalach ciał sportowców sprawiają, że film ma chwilami posmak niekończącej się reklamy którejś ze sportowych marek. Zresztą wielkie modowe (i nie tylko) marki pojawiają się w filmie raz po raz, co nie dziwi też u reżysera współpracującego z Rafem Simonsem czy z odpowiedzialnym za kostiumy do „Challengers” projektantem mody Jonathanem Andersonem. I Anderson, i Guadagnino zresztą tłumaczyli w wywiadach, że logomania widoczna w filmie jest także nieodłącznym elementem stylu życia zobowiązanych kontraktami z szeregiem marek tenisistów zob. Middleton 2024). W podobnej komercyjnej konwencji znajduje się też ścieżka dźwiękowa Trenta Reznora i Atticusa Rossa – elektroniczne brzmienia przywodzące na myśl lata 90. zestawione z okazjonalnymi utworami brytyjskiego kompozytora muzyki poważnej, Benjamina Brittena. Muzyka zresztą rzadko tu koi. Podkręca emocje widzów, ale także potrafi przeszkadzać i wprawiać w niepokój.

„Challengers” przez ostatnie tygodnie promowany był tak agresywnie, że w pewien sposób zaciera się gdzieś obraz samego filmu, ukrytego pod niezliczoną ilością memów na temat miłosnego trójkąta czy tiktokowych treści o Tashi Duncan. Nie wydaje się to jednak aż tak wygórowaną ceną za jego powodzenie – ostatecznie Hollywood rozpaczliwie potrzebuje więcej takich filmów. „Challengers” jest jedną z tych produkcji, które przypominają, po co w ogóle chodzi się do kina – okrzyki napięcia i ulgi podczas tenisowych meczów, śmiech, gdy ujawniają się wszelkie niezręczności ménage à trois, wreszcie cisza lekko osłupiałej widowni, gdy rozbrzmiewa muzyka napisów końcowych.

LITERATURA:

G. Lodge [2024]: „Game, set and match: the 20 best sports movie”. https://www.theguardian.com/film/2024/apr/28/20-best-sports-movies-challengers-zidane-raging-bull-bend-it-like-beckham-john-mcenroe-rocky-senna.

W. Middleton [2024]: „Jonathan Anderson and Luca Guadagnino Talk Challengers Costumes, Zendaya’s Impact and & Their Next Film, Queer”. https://www.wmagazine.com/culture/challengers-costumes-jonathan-anderson-luca-guadagnino-interview.
„Challengers”. Reżyseria: Luca Guadagnino. Scenariusz: Justin Kuritzkes. Obsada: Zendaya, Mike Faist, Josh O’Connor. Stany Zjednoczone 2024, 131 min.