ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (491) / 2024

Magdalena Piotrowska-Grot,

'CZASAMI SŁYCHAĆ SZEPT, CZASAMI SŁYCHAĆ PŁACZ'. KIEDY PRZYCHODZI DUCH (URSZULA HONEK: 'POLTERGEIST')

A A A
Choć era poradników trwa w najlepsze, już dawno przestaliśmy wierzyć w zbawienną moc literatury, w owo wybawienie, które miałoby przyjść do nas w sposób bezpośredni – dając nam gotowe recepty i odpowiedzi na fundamentalne pytania. Literatura nie jest jednak, jak zwykło się ją traktować, ubogą krewną mediów użytkowych. Nie jest więc ani niepotrzebna, ani bezradna. Potrafi oferować wsparcie, choć niemal nigdy nie przynosi łatwych rozwiązań; wciąż może pełnić funkcję (auto)terapeutyczną, choć krytyka często „obraża się” na tę konwencję; przede wszystkim jednak literatura niejednokrotnie pozwala nam spojrzeć na odwrotną stronę, miłoszową „podszewkę”, świata. Daje nam także wgląd w język, w nasze językowe postrzeganie i tłumaczenie rzeczywistości. Taki właśnie, zupełnie niełatwy i nieprzystępny, ale dający nam wgląd w intymny proces (prze)życia żałoby, jest najnowszy tom poetycki Urszuli Honek.

„Poltergeist” to książka niezwykle osobista, nie sprawia jednak, że przepracowywane w niej doświadczenia są hermetyczne i niedostępne. Wiersze Honek sprawiają bowiem, że odwiedzają nas (celowo unikam w tym miejscu słowa „nawiedzają”) nasze własne duchy – zarówno te przyjazne, jak i te, które wolimy wyegzorcyzmować. To nie jest książka o odchodzeniu, nie jest to także opowieść o wychodzeniu z żałoby, to właściwie zapis zindywidualizowanego procesu, doprowadzającego ludzi  do miejsca, bez którego nie mogą ani opłakiwać zmarłych, ani pomóc sobie w pożegnaniu. Pisarka pokazuje nam właściwie swego rodzaju żałobne preludium, sposób docierania do punktu, w którym jesteśmy w stanie nie tyle pogodzić się ze stratą, co zgodzić na czyjeś odejście, zaakceptować nieobecność (czy właściwie inną formę uobecnień):

Nad ranem zabieram kołdrę, przenoszę się

do łóżka, a którym śpi Iwa.

Przy każdym moim ruchu wzdycha,

trzymam ją obiema rękoma za łapę.



W tym dniu, po wielu miesiącach milczenia,

powiedziałam mężowi: nie wierzę, że jej nie ma. (s. 26)

Przytoczony powyżej wiersz pokazuje nam, że nie oddalamy się zanadto od światów poprzednich książek Honek. „Poltergeist” także pełen jest organicznego kontaktu z naturą, przeplatania jawy i snu, ocalania odchodzących w zapomnienie ludzi i elementów codzienności. Z jednej strony jest to gest obcowania z tym, co trudne, nieuchwytne, nieoswojone, ruchliwe niczym uciekające przed nami zwierzę, z drugiej – próba pokazania, jak usilnie chcemy ocalić coś, co skazane jest na odejście, zmianę. To także wyścig z pamięcią, jej zawodnością, naturalną tendencją do niepowstrzymanego blaknięcia: „Najłatwiej przypomnieć sobie czyjś głos, ale nie | ostatnią rozmowę. Jej brzmiała jak chodzenie po | zamarzniętym śniegu.” (s. 12)

Pięknie łączy się więc „Poltergeist” z „Białymi nocami”. Choć w poezji i prozie Honek spotykamy inne bohaterki/bohaterów, to sam proces – opowiadania losu tych, którzy znikają – pozostaje wyraźnie symilarny (nie rozwijam tego zagadnienia, został już przedstawiony w rozmowie Urszuli Honek z Marią Fredro-Smoleńską, w pierwszym odcinku trzeciego sezonu audycji „Słowo za słowo”). Jest to więc przede wszystkim poezja pracująca z pamięcią i pamięcią – zmaga się z tym, co pozostaje: „W zimowym słońcu najpiękniej wyglądasz, tak ci wtedy powiedziałam i zmrużyłaś oczy. (…) Siedzenie przy wielkich oknach, oglądanie jaskółek, sypanie piaskiem w twarz. Radość, że się wyjeżdża i się wraca, wraca i wyjeżdża.” (s. 41) Ostatnia fraza oddaje w pewien sposób tę grę ze wspomnieniami, którą możemy śledzić w kolejnych tekstach tomu – ich przywoływanie, odnajdywanie w małych rzeczach, gestach, zjawiskach przyrodniczych. Przyroda, choć umieszczona subtelnie w tle, przeplatana krajobrazem miejskim, odgrywa bowiem w tej książce bardzo ważną rolę, tworząc wyraźnie leśmianowską atmosferę. Poltergeist zdecydowanie nawiązuje do twórczości autora „Sadu rozstajnego”, pełen jest miejsc granicznych – pomiędzy życiem a śmiercią, snem a jawą, realnością a surrealizmem, fascynacją a lękiem, tęsknotą, miłością, irytacją, próbą przebudzenia się i odejścia a strachem, że kiedy nadejdzie ukojenie, to ceną za nie będzie ponowna, głębsza utrata. 

Najnowsza książka poetycka Honek jest też swoistym studium kobiecych relacji – z przyjaciółką, matką, relacji, które nie zanikają, ale których nie da się w łatwy sposób pielęgnować. To opowieść o tym, z czym zmagają się ludzie, którzy po śmierci bliskiej osoby powinni żyć dalej, ale zadają sobie pytanie, jak właściwie ma się to odbywać i czy muszą to robić?

Choć nie będziemy w stanie odseparować tekstów zamieszczonych w „Poltergeiście” od tropów biograficznych, autorka nie ukrywa bowiem, że książka poetycka jest literackim zapisem przepracowywania śmierci bliskiej osoby, to warto zwrócić przede wszystkim uwagę na język i konstrukcję tomu. Poszczególne części oznaczone są subtelną grafiką, jako kolejne fazy księżyca. Może sam zabieg nie jest niezwykle oryginalny (podobne zabiegi znamy z prozy Margaret Atwood, a o związkach poezji z księżycem pisał swego czasu Marian Stala), tworzy jednak specyficzną klamrę pomiędzy tekstami, które, choć łączy je problematyka, są dość zróżnicowane – odmienne są nastrój, zabiegi językowe, sposób kreacji podmiotki lirycznej, uwzględniający zachodzącą w niej zmianę. 

Jednak najciekawszym zabiegiem, są ukryte w poszczególnych tekstach ślady nawiedzającego, a właściwie  odwiedzającego je ducha. Słowo nawiedzenie sugeruje, że jest to proces niechciany, odbywający się wbrew woli osób, których dotyczy, w tym tomie sytuacja przypomina raczej odpowiedź na, niewypowiedziane wprost, zaproszenie. Nie jest to duch konkretny, to raczej powidoki przeszłości, sygnalizowane tekstowo, nienarzucające się w czytelniczym odbiorze, nieoczywiste, a jednocześnie umieszczone w tekstach w sposób przemyślany. Znajdziemy tutaj kulturowe obrazy skorelowane z poltergeistem i nawiedzeniem – przeskakujący, zaśnieżony obraz telewizora, niewyjaśnione odgłosy i cienie czające się w ciemności, pukanie do drzwi, za którymi nikt nie stoi i niemożność wyzbycia się wrażenia obecności. Efekt ten wspaniale uzupełnia graficzna oprawa tomu. Zamieszczone w nim rysunki, kolorystyka, okładka tomu, wszystko to tworzy wyrazistą i niepowtarzalną całość. Honek pisze o tym w sposób niezwykle przekonujący – nie ociera się ani przez chwilę o kicz czy hiperbolę. Przemyślenia dotyczące śmierci pojawiające się w poszczególnych wierszach pozostają realne, skupiają się bowiem nie na obrazach, a na emocjach, na codzienności, w której unosi się powidok osoby zmarłej. 

„Poltergeist” to tom trudny i piękny, niezwykle spójny, przemyślany kompozycyjnie i w sposób niezwykle sprawy operujący zabiegami językowymi. Przede wszystkim jednak znajdziemy w nim bardzo wiele tematów skorelowanych nie tyle ze śmiercią, ile z codziennym życiem, z wyzwaniami, jakie przed nami stawia. Jest opowieścią o uleczeniach – nie są one spektakularne i ostateczne, ale właśnie to czyni je realnymi.
 

Urszula Honek: „Poltergeist”. Wydawnictwo Warstwy. Wrocław 2024.