ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (491) / 2024

Wojciech Rusinek,

OD REDAKCJI: MICKIEWICZ BYŁ ŚLĄZAKIEM, ALBO DLACZEGO WARTO WRÓCIĆ DO 'PANA TADEUSZA' PO PREZYDENCKIM WECIE

A A A

To jednak zadziwiające. Za epopeję narodową uznajemy w Polsce dzieło rozpoczynające się wezwaniem do Litwy, książkę napisaną przez autora świadomego, że dzieje jego małej ojczyzny to konglomerat polskości i litewskości, poetę, który w roli jednego ze strażników polskiej historii osadził Żyda Jankiela. Ale kiedy mamy szansę potraktować polskość w duchu Mickiewicza, wycofujemy się jako społeczeństwo na pozycje lękowo-nacjonalistyczne. Prezydenckie weto i kuriozalne straszenie ruskiem (jak to możliwe, że jako Ślązacy jesteśmy raz Niemcami, raz putinowcami?), podlane sosem zagrożonej tożsamości narodowej, jakoś mnie nie zaskoczyło. Gorzej, że internet notuje entuzjastyczne reakcje tzw. zwykłego człowieka na tę decyzję. Bo w Polsce powinniśmy mówić tylko po polsku. Bo już za chwilę Ślązacy przyłączą się do Niemiec. Bo są tylko gwary, a Miodek piętnaście lat temu powiedział, że język śląski nie istnieje. A nawet: nie wolno kaleczyć języka polskiego. Nie wolno występować przeciwko swojemu narodowi. Nie wolno i nie ma.

Moja rada: wróćcie do „Pana Tadeusza” i przeczytajcie go ze zrozumieniem.

Zamiast wzdychać podczas tej lektury do szlacheckiego dworku (bo przecież Mickiewicz nie ukrywa, że ten ideał polskiego stylu życia wykreowany jest z marzenia i nostalgii, że to uroczo nieprawdziwe jest), zastanówcie się, dlaczego autor nie widzi sprzeczności między tożsamością regionalną i narodową, dlaczego „Litwo, ojczyzna moja” nie wyłącza go z polskości, dlaczego Polakiem może być Jankiel, który nie mówi literacką polszczyzną, a dlaczego Płut to wredny Moskal, chociaż urodził się jako Polak. Jak to możliwe, że romantycy, kreśląc w nowych warunkach politycznych nowe rozumienie polskości, nie bali się – poddani terrorowi, rusyfikacji, politycznie zniewoleni – inkluzywnego myślenia o narodzie, a dziś jako społeczeństwo boimy się uznania kulturowej swoistości Górnego Śląska? Aż tak mało pewni czujemy się w swojej polskości, że językową emancypację języka śląskiego, rozwijającego się – aż wstyd przypominać oczywistości, choć może trzeba – przez 600 lat poza granicami państwa polskiego, postrzegamy jako zagrożenie dla literackiej polszczyzny?

Celowo piszę „my” na wypadek, gdyby ktoś chciał mnie wypchnąć poza polską wspólnotę narodową i wspólnotę polskiego języka. Bo jakoś tak nam się wdrukowało w głowie, że nie można mieć złożonych tożsamości, że nie ma narodów mówiących wieloma językami, że język to zjawisko, które spadło z nieba od razu w gotowej formie i nie podlega ewolucji, że troska o język oznacza, że zaraz ktoś chwyci na broń i będzie walczył o niepodległość. „Litwo, ojczyzno moja” – pisze geniusz polskiej literatury, „nie jesteście Polakami” – pisze dziś internetowy mądrala. A wtóruje mu niestety niezbyt mądry Ślązak, który każe „gorolom wypieprzać do siebie” i pisze, że „chętnie się odłączymy od Polski”.

Zupełnie tego nie rozumiem. Im mocniej odkrywam w sobie i pogłębiam tożsamość śląską (to mentalność naprawdę swoista, odmienna), im mocniejsze jest we mnie przekonanie, że śląski jest językiem, tym mocniejsza jest we mnie miłość do polskiej kultury, polskiej literatury i polskiego języka, żadnej w tym nie ma konkurencji. W spisie powszechnym deklaruję podwójną tożsamość (narodową/etniczną). Uczę w polskiej szkole polskiej literatury i głośno protestuję, gdy ustawodawca chce osłabić obecność „Pana Tadeusza” (i innych klasycznych polskich tekstów) w wymaganiach programowych. Ale jednocześnie: gdy pytam o znajomość języka śląskiego i widzę, że zgłasza się jedna osoba na klasę, to serce mi pęka i myślę, że jest bardzo źle. Śląski, język moich przodków, język, który sam opanowałem w stopniu nie najlepszym, najzwyczajniej zanika i gadanie o jakichkolwiek zagrożeniach dla polszczyzny, języka niemal 40 milionów użytkowników, jest albo ideologiczną ściemą, albo dowodem elementarnej niewiedzy, albo złą wolą.

Ja chciałbym po prostu, minimalistycznie, by moja córka (i kolejne pokolenia) mogła (i mogły) języka śląskiego uczyć w polskiej szkole bez poczucia wstydu, i chciałbym, by opowieści o ludziach uważających śląski za „zepsuty polski” uznała (i uznały) kiedyś za zabawną anegdotę.


Tekst ukazał się pierwotnie na autorskiej stronie na Facebooku, ale jako redakcja działająca na Górnym Śląsku  chociaż złożona z osób pochodzących z różnych stron Polski i w różnych miejscach teraz mieszkających  uznaliśmy, że powinien ukazać się też w artPAPIERze".