ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 lipca 13 (493) / 2024

Kamila Czaja,

WIECZNIE MŁODY KACZOR O WIELU OBLICZACH (NASZ WIELKI DONALD)

A A A
„Nasz wielki Donald”, jubileuszowy komiks Egmontu, imponuje przepychem. Wydawca świętuje dziewięćdziesiąte urodziny słynnego kaczora „na bogato”. Trzysta siedemdziesiąt dwie strony w twardej oprawie, kremowy papier (rozwiązanie moim zdaniem lepsze od papieru błyszczącego), złoty napis na grzbiecie (przy czym złotko, jak właściwie zawsze w takich sytuacjach, zaczyna „schodzić nawet przy ostrożnym trzymaniu). A na dodatek barwione brzegi z obrazkami, a więc trend obecny głównie w literaturze YA, tu świetnie zastosowany dla podkreślenia uroczystego charakteru publikacji. Słowem: ten Donald jest zaiste wielki. Ozdoba biblioteczki, nieco wręcz onieśmielająca. Nie powinno się jednak oceniać komiksu po okładce, nawet tak skupiającej na sobie uwagę. Liczy się zawartość. Ta, zgodnie z kwietniowymi przeciekami niezawodnej „Kaczej Agencji Informacyjnej” (w czerwcu prezentującej też szczegółowy polski spis treści), oparta została na wydaniu niemieckim.

„Nasz wielki Donald” przede wszystkim próbuje pokazać w sześciu rozdziałach, jak zróżnicowane wcielenia przypadały tytułowemu bohaterowi przez dziewięć dekad. Podkreśla to już przedmowa Ralpha Trommera i Fabiana Grossa, „Liczne role Kaczora Donalda”. Dla osób zafascynowanych tematem pewnie niewiele tu nowych informacji, ale dla mniej zaawansowanych fanek i fanów – dobre zebranie ciekawych faktów i prezentacja ewolucji postaci. Bardzo trafne wydało mi się określenie Donalda jako bohatera „tragikomicznego” (s. 3). Natomiast informacja, że stworzono aż 50 tysięcy komiksów z nerwowym kaczorem (zob. s. 7), pozwala lepiej zrozumieć wyzwanie redakcji, bo jak wybrać z takiej puli względnie reprezentatywny zbiór historyjek do jubileuszowej edycji.

Zaczynamy „Kaczorem historycznym”. Podobno dla społeczności kolekcjonerskiej wydarzeniem jest wydanie wreszcie po polsku debiutu Donalda, wyglądającego wtedy jeszcze zupełnie inaczej”, czyli „Mądrej kurki” (1934). Dla mnie, nie aż tak zaangażowanej, to raczej ciekawostka (chociaż już paski z prasy codziennej z lat 1938-1940, otwierające rozdziały, mnie urzekły). Następnie jest fenomenalny „Linoskoczek” Carla Barksa, komiks brzmiący dziś równie świeżo jak w roku 1944. Potem wkraczają „Trzej Caballeros” (1945), obszerna adaptacja filmu animowanego o tym samym tytule, stanowiąca pewnie ważny punkt tomu jako pierwsze wydanie polskie, ale mnie pozostawiająca raczej obojętną.

„Kaczor rodzinny” to powtórka z amerykańskiej rewolucji („Klimat dawanych czasów”), z dzisiejszego punku widzenia zabawna senna wizja roku 2024 („Rzut oka w przyszłość”), „Na cienkim lodzie” z jedną z niezliczonych rywalizacji Donalda i Gogusia o Daisy oraz holenderska seria jednostronicówek z roku 2017: „Pierwsze przyjęcie”, „Pierwsze wakacje”, „Pierwsze okulary”, „Pierwsza piosenka” – niby drobiazgi, ale dla największych miłośników i miłośniczek Kaczogrodu istotne, bo występuje w nich, wciąż po tylu dekadach mocno tajemnicza, Della, czyli siostra Donalda.

Rozdział trzeci to kaczor jako „Poszukiwacz przygód”. Tę część otwiera moja ulubiona historia z tomu – „Na łonie natury” Barksa (1950). Wszystko się tu zgadza: intryga, morał, emocje. Nie bez powodu to rzecz absolutnie klasyczna i kultowa, trzeci już raz drukowana w Polsce. Po tej genialnej opowieści dostajemy włoski komiks „Na krańce świata” – i przekonujemy się, że przedmowa Trommera i Grossa słusznie ostrzegała przed stereotypami charakterystycznymi dla początku lat 60. Jednak fakt, że ten kawałek mnie nie zachwycił, może częściowo wynikać także z „wciśnięcia” go między wspomniany ponadczasowy majstersztyk Barksa i historyjkę Dona Rosy „Kaczor, który spadł na Ziemię” (1991) – niezły przykład wyobraźni tego wspaniałego twórcy, kojarzącego mi się głównie z „Życiem i czasami Sknerusa McKwacza”.

„Bez nerwów, kaczorze” podkreśla, że wyjątkowy temperament Donalda zasłużył na osobny rozdział. Tu uwagę przyciąga przede wszystkim długi włoski komiks „Stąd do błogości” (z rysunkami Romano Scarpy, 1974), po raz pierwszy po polsku. Mniej zapadają w pamięć znacznie nowsze „Irracjonalna irytacja” i „Początki kaczego rodu”, ale też wciągają. Rozdziałowi służy wąsko zakrojony temat, dzięki czemu komiksy wchodzą w dialog.

Rozdział piąty, „Kaczor pracujący”, ma nieco szerszy zakres i pewnie niełatwo było wybrać zaledwie cztery przykłady z tak licznych zawodowych poczynań Donalda. Otwierający tę część „Niebezpieczny wywiad” to nowość na polskim rynku, ale w docenieniu tego komiksu z roku 1970 przeszkadzała mi jego słabsza jakość (np. nieco rozlane kolory, wychodzące poza kontury). Dalej jednak była już świetna zabawa. Wprawdzie „Dostawę natychmiastową” odświeżyłam sobie zaledwie dwa miesiące temu, przy reprincie pierwszego polskiego numeru „Kaczora Donalda”, ale tej świetnej historyjki Williama Van Horna nigdy dość. „Okazja goni okazję” z rysunkami Rodriquesa to też świetny scenariusz – chociaż komediowy, to przy okazji trafnie zarysowujący problem „zbieractwa”. A na koniec tej części, pierwszy raz w Polsce, obszerny, oryginalnie trzyczęściowy, „Wzlot i upadek Kaczora Donalda” (2000), z ciekawym pytaniem o ambicję i z kpiną z – może nawet dziś bardziej problematycznej niż przed ćwierćwieczem – wiary, że wielcy bogacze na pewno wiedzą, co robią.

Po tak udanym rozdziale pewnym rozczarowaniem okazał się dla mnie rozdział szósty i równocześnie ostatni, „Zuch kaczor”. Rozumiem, że przegląd ról byłby wybrakowany bez Superkwęka, Doubleducka („Triumf miłości”) i wariacji na temat bohaterskiej klasyki (tu „Beowulfa”), ale akurat historyjki tu wybrane nie przekonują. O „Prawdziwym bohaterze” łatwo zapomnieć, „Trumf miłości” wprawdzie wyróżnia się ciekawa, inną niż w reszcie tomu warstwą graficzną Francesca D’Ippolito, jednak fabularnie wydaje się nijaki, a „Walczący z potworami” jest graficznie, dosłownie, niewyraźny, mimo że to dzieło samego Marca Roty.

Zauważyłam, że kolekcjonerzy komiksów Disneya narzekają na zbyt wiele przedruków w tomie, twierdząc, że jak ktoś chce Barksa czy Rosę, to Egmont wydaje przecież osobne serie. Trudno mi sobie jednak wyobrazić, żeby jubileuszowy tom nie zawierał komiksów tych twórców. Jak można by celebrować dziewięćdziesięciolecie Donalda bez nich? Prędzej narzekałabym na jakość niektórych nowszych historii, bo jednak między częścią z nich a „Na łonie natury” jest przepaść.

W wyważony sposób mocne i słabe strony tomu omawiał Radosław Koch, wskazując choćby na brak „Buon compleanno, Paperino!” Roty. Równocześnie twórca KAI uważa „Naszego wielkiego Donalda” za tom naprawdę udany, nawet jeśli niedoskonały. I myślę, że taka opinia znawcy tożsama z moimi odczuciami jako osoby zaliczającej się raczej do niedzielnych bywalczyń Kaczogrodu potwierdza, że mimo nierównej zawartości udało się jakimś cudem wypośrodkować między jubileuszowym tomem dla zaawansowanych a publikacją dla sentymentalnie powracających do Donalda lub dopiero przygodę z nim zaczynających.
„Nasz wielki Donald” („Der dicke Donald”). Przeł. Jacek Drewnowski. Egmont Polska. Warszawa 2024.