ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 lutego 3 (51) / 2006

Wojtek Mszyca Jr,

KULT HAŁASU

A A A
Robert Piotrowicz “Rurokura and the Final Warn”. emd.pl/records, 2005.
Robert Piotrowicz to jedna z centralnych postaci polskiej muzyki awangardowej. Wspólnie z Anną Zaradny prowadzi wytwórnię płytową Musica Genera, specjalizującą się w wydawaniu płyt z muzyką największych „gwiazd” eksperymentów dźwiękowych. Współorganizuje ważny w skali europejskiej festiwal muzyki eksperymentalnej i improwizowanej Musica Genera Festival, który w maju każdego roku ściąga na koncerty do Szczecina czołowych wykonawców z całego globu, reprezentujących najważniejsze i najaktualniejsze nurty dźwiękowej awangardy, oraz komplet wiernej publiczności. Przede wszystkim jednak Robert sam jest muzykiem, ma na swoim koncie liczne koncerty w wielu krajach, współpracę z szeregiem uznanych artystów, swój własny, oryginalny muzyczny język i warsztat oraz... niemal całkowity brak wydawnictw, które by dokumentowały jego muzyczne dokonania.

Nawet bardzo ciekawy i wiele koncertujący artysta nie może w pełni zaistnieć na scenie eksperymentalnej bez wydawania płyt. Wynika to zarówno z nieobecności awangardowego przekazu w masowych mediach (poza Internetem, ale i tu odnotowywane są głównie wydawnictwa płytowe, a nie koncerty), jak i stosunkowo nielicznej i rozproszonej publiczności tego rodzaju muzyki. Tym bardziej cieszy fakt, że nakładem emd.pl/records właśnie ukazała się pierwsza płyta dokumentująca solowe dokonania Roberta. Wcześniej można go było usłyszeć jedynie na dwóch albumach dostępnych na nośnikach CD-R. „Rurokura and the Final Warn”, bo tak brzmi tytuł nowego wydawnictwa, jest więc pierwszą „prawdziwą” płytą CD, która daje szansę na zapoznanie się z twórczością jednego z ważniejszych artystów polskiego undergroundu.

Muzyka Roberta może być pewnym szokiem dla niewtajemniczonych, dlatego radzę ostrożność tym z potencjalnych słuchaczy, którzy nie wiedzą, czym jest w muzyce estetyka noise. Dodam jedynie, że dosłowne tłumaczenie tej nazwy daje pewne pojęcie o tym, czego należy się spodziewać. Każdy, kto chciałby wykonać krok w nieznane, spróbować wykroczyć poza swoje dotychczasowe przyzwyczajenia i ograniczenia estetyczne, powinien sięgnąć po tę płytę. Dla tych z kolei, którzy wiedzą kim jest Kevin Drumm lub Masami Akita, jest to pozycja obowiązkowa!

Nie sposób nie zacząć od wzmianki o stronie edytorskiej wydawnictwa. Autorem projektu zaskakującego opakowania z elastycznego tworzywa sztucznego jest Michał Kopaniszyn. Bez wątpienia jest to jedno z najefektowniejszych i najoryginalniejszych opakowań w historii krajowej fonografii. Mocna grafika, w przerysowany sposób operująca atrybutami stylistyki typowej dla agresywnej muzyki (krew, gotycka czcionka), sprawia wrażenie gry z oczekiwaniami koneserów gatunku.

Robert tworzy muzykę za pomocą oryginalnego zestawu, którego serce stanowi syntezator analogowy, używa jednak również innych źródeł dźwięku, określonych na okładce płyty jako urządzenia elektroakustyczne. Uzyskuje dzięki temu niezwykle nasycone i potężne brzmienie, typowe dla analogowych urządzeń. Na krążku znajdują się cztery utwory, trwające łącznie nieco ponad 30 minut. To niewiele, jednak przy takiej intensywności przekazu nie można uznać tego za wadę. Cenię bardzo Roberta za perfekcyjne wyczucie czasu, dzięki któremu jego muzyka nigdy nie jest przegadana, ma wyrazistą strukturę i wciągającą narrację. Nie inaczej jest w tym przypadku, każdy z utworów jest wyraźnie odrębny od pozostałych, wnosi coś nowego i oryginalnego, ma wyraźny kierunek, punkty zwrotne, momenty przesilenia. To cenne i nie tak często spotykane zalety w, pozbawionej wyraźnego rytmu, melodii, czy harmonii muzyce noise. Tutaj podstawą jest brzmienie, każdy zaś artysta musi znaleźć swój własny sposób, by jego przekaz nie był jedynie amorficzną ścianą hałasu.

Pierwsze trzy utwory są – ogólnie rzecz biorąc – bardzo dynamiczne, ich siłą napędową jest zmiana, różnorodność. Pośród syntetycznych dźwięków można wyłapać strzępy przetworzonych, jakby zatartych huraganem analogowego hałasu, ludzkich głosów. Wyraźniej słychać je w ostatnim, nieco odmiennym utworze. Jako jedyny operuje on transowym powtórzeniem motywu głównego, który, początkowo cichy, narasta i rośnie w siłę, zdążając do punktu kulminacyjnego, który nie następuje. W połączeniu z wybrzmiewającymi gdzieś w tle głosami, ta mroczna i potężna mantra nieodmiennie budzi we mnie skojarzenia z pierwotnym rytuałem, plemiennym misterium, tajemniczymi obrzędami zaginionej cywilizacji. „The Final Warn”, bo tak brzmi tytuł ostatniego utworu, w jakiś sposób określa charakter całej płyty, która jawi mi się jako odnaleziony gdzieś, zatarty zapis obrzędów starożytnego kultu. Kultu hałasu.