ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (96) / 2007

Maciej Malicki,

BAJKI (2)

A A A
I.
Pasja



Był chłopak, który bardzo lubił Doorsów. Fascynował go Jim Morrison. Chłopak przeczytał wszystkie książki, miał wszystkie płyty i wszystkie koncerty. Słuchał i oglądał całymi dniami i nocami. Mieszkał w olbrzymim mieszkaniu, które zajmowało ostatnie piętro starej kamienicy. Zawsze sam. Był sierotą. Ale od pewnego czasu zamieszkał u niego przyjaciel.

Pewnego dnia przysiadł się do mnie w barze. Nie był w najlepszej formie. Z głośników cicho sączyła się muzyka. Doorsi. Chłopak podszedł do lady i poprosił barmankę żeby zrobiła głośniej. Nie zgodziła się.

Wrócił do mnie i powiedział:
– Wiesz, Jim był samotny. Był rozdzierająco samotnym człowiekiem.
Wstał, podszedł jeszcze raz do baru. Ponowił prośbę. Bez skutku. Barmanka była nieugięta.

Do baru wszedł jego przyjaciel. Ten, który od pewnego czasu z nim mieszkał. Po chwili wyszli razem.
Następnego dnia, około południa, spotkałem przyjaciela chłopaka.
– Ty wiesz co się wczoraj stało, a właściwie dzisiaj w nocy? – zapytał.
– Nie mam pojęcia.
– Z baru poszliśmy do pizzerii. Zamówiliśmy. W knajpie była grupa łysych. To on zaczął ich prowokować. Chciał się bić. Nie mogłem tego znieść. Nie chciał ze mną wyjść. To poszedłem. Trudno. Zostawiłem na stole napoczętą pizzę. Wróciłem do domu. Pojawił się po kilkunastu minutach. Okazało się, że łysi go olali, nie chcieli się z nim bić. Chwała im. Był rozżalony, wściekły i agresywny. Połamał stół i krzesło. Wyrzucił przez okno na ulicę wazon. Miotał się i tłukł wszystko co mu wpadło w ręce. Nie mogłem na to patrzeć. Zamknąłem się w sypialni. Rano zastałem go śpiącego w kuchni, nad kuchenką gazową. Wszystkie kurki były odkręcone. Ale dosłownie kilka dni wcześniej odcięli nam dopływ gazu. Zapomniał o rachunkach.




II.
Absynt



Zaczął Mecenas.
– Piłem wczoraj w Dekadencji absynt. Jest w barze. Barman podgrzewa cukier, dodaje, miesza i podaje w szklance. Mają dwa rodzaje. Mocny i bardzo mocny.

Później Maciek.
– Tak. Zgadza się. Spotkałem tam Malinę. Siedziała na wysokim stołku przy barze i piła absynt. Świetnie wyglądała.

Kilka dni później natknęliśmy się na Marcina i Hima. Siedzieliśmy wczesnym wieczorem w Dziurze, jak zwykle na kanapie.
– Podobno w Auchonie jest absynt – powiedział Marcin.
– Właśnie tam jedziemy. Kupimy – dodał Him.

Pojechali. A my przenieśliśmy się do Fraka. Pojawili się tuż przed dziesiątą.
– Bzdura. Nikt nie widział absyntu. Plotka. Idziemy do domu – mruknął Him.

Wyszli. Posiedzieliśmy jeszcze chwilę. A później poszliśmy na spacer. Kiedy dochodziliśmy do domu OB, telefon zasygnalizował nadejście esemesa. Przeczytałem treść na głos: macku, kupilismy oryginalny francuski absynt za stowke... w sklepie u wacka. Nadawca Bies Marcin.




III.
Zapomniana stacja



We wtorek poszliśmy z OB na grzyby. Wzdłuż torów, lasem, z Mikołowa do Łazisk Górnych. Trochę uzbieraliśmy. Po dwóch, mniej więcej, godzinach, wyszliśmy z lasu na wiadukt nad dwupasmową drogą krajową. Za nim na stację kolejową Łaziska Górne. Duże słowo. Jeden peron, ślad wiaty, rozkład jazdy. Bez kasy, bez ławek, w lesie. Przypomnieliśmy sobie, że w okolicach stacji jest knajpa „Stach”, o której dużo słyszeliśmy od wielu osób. Zapytana o drogę starsza pani nic o niej nie wiedziała. To OB zadzwoniła do Gały. Ta wytłumaczyła jej, którędy iść. Po dziesięciu minutach trafiliśmy, a po dwunastu siedzieliśmy na zewnątrz, pod parasolem, z dwoma dużymi piwami i bułką, którą dostałem poprzedniego dnia od siostry z Rzymu [fagottino alle olive]. Okazało się, że knajpa nazywa się „Karczma u Stacha”, o czym zaświadczał stosowny szyld nad wejściem. Znowu duże słowo. Ot, drewniany barak pod lasem, jeden parasol, dwa stoły, cztery ławy. Ale miło. Popijaliśmy, pogryzaliśmy, popijaliśmy. Ze środka dobiegały telewizyjne odgłosy sportowej transmisji. Zajrzałem. Końcówka meczu w siatkówkę. Polska – Serbia. Mistrzostwa Europy. Polki grały znakomicie i łatwo ograły Serbki trzy do zera. Wymieniłem kilka uwag ze starszym, postawnym mężczyzną w okularach i z dużą szopą siwych włosów. Następnego dnia pojechałem na dwie godziny do Świdra, a po powrocie, jeszcze następnego, jak zwykle wpadłem do Instytutu. Opowiedziałem Maćkowi o grzybach, Łaziskach i „Stachu”. Wspomniałem też o meczu, o mężczyźnie, o czymś jeszcze.
– Jak wyglądał ten mężczyzna? – przerwał mi Maciek.
– Postawny, w okularach, duża szopa siwych włosów.
– Rozmawiałeś z moim wujem. Nazywa się Erwin Pyka. Jego córka jest właścicielką knajpy, a on spędza tam całe dnie.
– Byłeś?
– Nie.




IV.
Do serca



Jest chłopak. Ma dziewczynę. Związek trwa już pięć lat ale jest specyficzny. Szarpany. Polega na rozstaniach i powrotach. Powiedzmy, raz na kwartał. Przerwy są różne. Raz dłuższe, raz krótsze.

Spotkałem go w piątek. Samotnego. Domyśliłem się, że trwa kolejne rozstanie. Ale nie pytałem. Nie potrzebowałem potwierdzenia. To było widać. Wyglądał bardzo źle. Pijany i upalony. Niechlujny. Nieobecne oczy.

Po kilku dniach, chyba w poniedziałek, zobaczyłem go na rynku. Zobaczyłem ich. Szli objęci, wtuleni w siebie. Nic nie widzieli. Świata nie widzieli. To było widać. Widziałem to z daleka.

Tego samego dnia, wieczorem, spotkałem współlokatora chłopaka.
– Pogodzili się? Znowu razem? – zapytałem.
– Tak. W sobotę. Dowiedział się, że dziewczyna przyjeżdża. Kupił kilka pigułek. Łyknęliśmy. Dla niej zostawił jedną. Specjalną. Ze znaczkiem. Maleńkim, czerwonym serduszkiem. Spotkali się wieczorem. Łyknęła. I pogodzili się. Tak. Znowu razem.




V.
Siódme



Podczas trzydziestych ósmych urodzinach Maćka, ukradłem zapalniczkę. Jak się upiję, to tak mam. Kradnę zapalniczki. Tym razem sprawa była poważna, bo zapalniczka była nietuzinkowa. Klasyczna podróbka Zippo z mapą Irlandii po jednej stronie. Bardzo ładna. Wiedziałem komu kradnę. Kasi i jej przyjacielowi – Irlandczykowi, którzy poprzedniego dnia przylecieli do Polski na tydzień.

Spotkałem ich dwa dni po urodzinach.
– Kasiu, oddaję zapalniczkę, nie wiem jakim sposobem znalazłem ją w domu, w kieszeni kurtki – skłamałem.
– Och, dziękuję, Maćku weź ją. Ot, drobiazg na pamiątkę.