ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (96) / 2007

Magdalena Boczkowska,

HISTORIA ZATOCZY SWE KOŁO

A A A
Jeśli spojrzeć na liczbę widzów polsatowskiego serialu Agnieszki Holland „Ekipa”, czy przypomnieć kontrowersje, jakie wywołał dokumentalny film Gabriela Range’a o fikcyjnym zabójstwie George’a W. Busha – „Zabić prezydenta”, można wówczas postawić tezę, że gatunek political fiction nie traci na popularności. Nic zatem dziwnego, że wkroczył także do literatury wysokoartystycznej. „Zabiłem prezydenta Kaczyńskiego” – pisze Michał Zygmunt na swojej stronie internetowej. Zaraz oczywiście dodaje, że tylko na kartach swej debiutanckiej powieści. Powieści, która w Czwartej Rzeczpospolitej mogła wywołać wiele emocji. Tyle tylko, że znowu wróciliśmy do Trzeciej...

„New Romantic” – bo taki tytuł nosi omawiany tom – składa się z trzech części, stanowiących właściwie odrębne całości. W pierwszej, zatytułowanej tak jak cała powieść, autor cofa się do roku 2005, w którym to odbyły się wybory prezydenckie. Na wszystkich kandydatów (Lecha Kaczyńskiego, Donalda Tuska, Macieja Giertycha i Zbigniewa Religę) przygotowano zamachy, w ich wyniku ginie Lech Kaczyński. Druga część – „Bądź sobą, wybierz Westerplatte” – składa się między innymi z korespondencji wojennych holenderskiego dziennikarza polskiego pochodzenia, Martina Kozickiego, oraz z fragmentów podręcznika do historii z lat 30. XXI wieku. Po długim okresie prawicowych rządów wybuchła w Polsce rewolucja. Na jej czele stanęli homoseksualiści, których Partia Rządząca kazała zamykać w obozach koncentracyjnych. W ostatniej natomiast części książki – zatytułowanej „Strach”, Zygmunt przedstawia losy młodego chłopaka żyjącego w typowym blokowisku. Część ta jest o tyle interesująca, że narrator i jednocześnie bohater opowiada swoją historię już po własnej śmierci.

Proza Michała Zygmunta jest satyrą nie tylko na władzę ostatnich dwóch lat, jest gorzkim i ironicznym obrazem polskiej zaściankowej mentalności, kompleksu wobec Zachodniej Europy, który ciągnie się za nami od Romantyzmu. „Jak mam pomóc temu skarlałemu narodowi, skoro nie jest on w stanie wytworzyć podstawowych mechanizmów solidarności? Na prawo i lewo słyszę, dwadzieścia pięć lat NSZZ Solidarność, wielki społeczny ruch, dziesięć milionów zjednoczonych ludzi. Gówno! Wtedy mogli się na rok zjednoczyć, bo wróg najzwyczajniej lał ich po mordzie, zabierał paszporty, w sklepach oferował smalec i ocet (...) SO-LI-DAR-NOŚĆ, trzeba tłuc im do głowy bez końca, solidarność, prawdziwa, ponad podziałami, tylko ona może sprawić, że ten pieprzony system wyzysku przegra, ale, kurwa, nie – on nigdy nie przegra, bo spolaczałe debile nigdy nie zrozumieją, że czasem warto zainteresować się też innymi”. Polacy – według pisarza – cierpią na nieuleczalną chorobą, a mianowicie na chroniczny brak tolerancji. Tolerancji wobec każdej zmiany, nowości, inności. Drugą przywarą Polaków jest natomiast własna wygoda. Owszem, potrafimy się zjednoczyć, ale tylko wówczas, gdy coś zagraża nam bezpośrednio – twierdzi Zygmunt. Sprawowaniu rządów przez partię katolickich narodowców nikt się nie sprzeciwiał. Dlaczego? Ano dlatego, że nikt nie zabraniał bogacić się czy wyjeżdżać za granicę. Gospodarka się rozwijała, władze samorządowe nikogo nie obchodziły. „Wolność słowa? Większość Polaków i tak nie czytała książek ani czasopism. Aborcja? Prawu do niej przeciwne były nawet kobiety w wieku rozrodczym, teoretycznie najbardziej zainteresowane. Pornografia? Zakaz poparto masowo (przy czym i tak nikt go nie przestrzegał). Cenzura obyczajowa? Najczęstszą reakcją było bardzo dobrze, skończy się pseudosztuka. Prawa homoseksualistów? Bez żartów, geje w Polsce zawsze byli znienawidzeni (...)”. I tak dalej, można by wymieniać w nieskończoność. Nie było buntu, nie było sprzeciwów, każdy żył sam, uprawiając własny ogródek.

Na kartach powieści Zygmunta historia zatacza swe koło. Rządy komunistów zostały zastąpione rządami homofobów i ksenofobów, a Służba Bezpieczeństwa – tajną policją, mającą do pomocy CBA i ABW. Poza tym jednak nic się nie zmieniło. Zamieszki na wyższych uczelniach, protesty i strajki „wykształciuchów” z powodu usunięcia Polski z Unii Europejskiej. Przysłowiową kroplą, przepełniającą czarę, było jednak zabójstwo profesora Jakuba Trzałkowskiego, które do złudzenia przypomina tajemnicę śmierci Stanisława Pyjasa. Wtedy śledztwo niczego nie wyjaśniało, za oficjalną przyczynę śmierci uznano upadek ze schodów, ale pogrzeb Pyjasa stał się narodową manifestacją a wszyscy żałobnicy wiedzieli, że był on najprawdopodobniej ofiarą samosądu SB. W „New Romantic” jest podobnie. Istnieją dwie „prawdy” na temat śmierci Trzałkowskiego. Pierwsza, oficjalna, mówi, że zamordowali go dwaj młodociani geje, których poznał w barze. Zwolennicy drugiej prawdy twierdzą natomiast, że profesor został zabity przez policję za to, że publicznie przyznał się do homoseksualizmu. Wybucha rewolucja. Armia Tęczowa kontra Partia Rządząca. Wojna polsko-europejsko-polska – jak ironicznie pisze Zygmunt. I znowu historia zatacza koło. Horror II wojny światowej niczego nie nauczył. W Krośnie powstaje obóz koncentracyjny, mający „zresocjalizować” homoseksualistów. Ci „wyleczeni” mogą przejść przez bramę, na której cyniczny napis „arbeit macht frei” zamieniono na równie cyniczny „cipka czyni wolnym”. Ci, których „nie udało się wyleczyć”, są zabijani i paleni w krematoriach. Tragizm wojny jest taki sam, nic się nie zmienia.

Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na tytuł powieści, który – poza odwołaniem do konkretnego stylu muzycznego – nasuwa także skojarzenia z popularnym w latach 50. gatunkiem nouveau roman. Ten awangardowy typ powieści przede wszystkim rezygnował z mimetycznych obowiązków literatury, znosił granicę między obiektywną a wyobrażeniową wiedzą o świecie. Zygmunt przestrzega więc nie przed mimetyzmem literatury wobec życia (bo tu nie ma przed czym ostrzegać), ale właśnie przed groźbą naśladownictwa rzeczywistości względem literatury. Zdaje się również pytać, czy dwa lata życia w IV RP mogą stanowić rodzaj przeżycia pokoleniowego, na którego brak cierpieli Polacy za młodzi, by pamiętać czasy sprzed roku 1989? „New Romantic” jest bez wątpienia przykładem literatury zaangażowanej. Przy czym jest to zaangażowanie specyficzne, bo oparte na opisach fikcyjnych i groteskowych wydarzeń, które jednak nie są tak absurdalne, jak mogłoby się początkowo wydawać. Książka jest reklamowana jako „pierwsza polska powieść antykaczyńska” (minęły dopiero dwa lata, trudno więc mówić o wielu tego typu książkach), nie oznacza to jednakże, że jest satyrą wymierzoną tylko i wyłącznie w braci Kaczyńskich. Zygmunt atakuje i lewicę i prawicę, nie oszczędza nawet gejów, wszak po wygranej przez nich wojnie Martin Kozicki napisze „w Polsce skończyła się wojna. Przegrali ją wszyscy”. Bez wątpienia trzeba również zauważyć, że proza Zygmunta ukazała się w najodpowiedniejszym czasie – po dwóch latach rządów PIS-u, tuż przed przedterminowymi wyborami, ale trzeba przyznać, że „Ha!art” zawsze miał dobrych specjalistów PR. Autor zadedykował swoją książkę Narodowi Polskiemu „ku pokrzepieniu serc”, ale diagnoza stawiana Polakom w książce Zygmunta nie jest może zbyt optymistyczna, a na pewno mniej niż wynik październikowych wyborów.
Michał Zygmunt: „New Romantic”. Korporacja Ha!art. Kraków 2007.