ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (97) / 2008

Łukasz Iwasiński,

HORNY TREES / KERD

A A A
”Horny Teres”. Kilogram Records, 2007 / “Swobodna wymiana” Sowdown Records, 2007.
„Horny Trees” oraz „Swobodna wymiana” to wydane właśnie płyty, które łączy osoba coraz aktywniejszego na warszawskiej scenie Maćka Bielawskiego – w pierwszym przypadku w roli współautora i muzyka, w drugim – wydawcy (Slowdown Records).

Na szczególną uwagę zasługuje debiut Horny Trees. W skład zespołu, poza obsługującym 8-stunowy bas oraz blaszane dęciaki Bielawskim, wchodzi Paweł Szamburski (klarnet i „plastikowe elektroniczne zabawki”) oraz Hubert Zemler (perkusja i instrumenty perkusyjne). „Nie jest to typowe freejazzowe granie (...) tylko wielkie, otwarte poszukiwanie. Z Horny Trees zagraliśmy około 10 koncertów i każdy był kompletnie inny: od etno, przez hardcore, metal, reggae’owe sprawy, do czegoś na kształt delikatnej muzyki ilustracyjnej. Ale wolimy unikać takich skojarzeń, tylko gramy, gramy i gramy i... słuchamy” – mówił kilka miesięcy temu o projekcie Maciek.

Teraz dostajemy debiutancką płytę, wydaną przez wytwórnię Mikołaja i Oli Trzaski. Składa się na nią 10 pełnych fantazji, pozbawionych jakiegokolwiek zadęcia, a przy tym przystępnych miniaturek. Koloryt nadaje im przede wszystkim klarnet Szamburskiego (który w ostatnich latach wspaniale się rozwinął!) oraz perkusja i perkusjonalia Zemlera. Jego zwykle bardzo skupione, prowadzone z transowym zacięciem bębnienie, uzupełnione zmyślnym wykorzystaniem różnych małych instrumentów, w dużym stopniu ustawia przestrzeń i koloryt tej muzyki. Artysta niekiedy bardziej koncentruje się właśnie na budowaniu przestrzeni i barwie, niż standardowej funkcji nadawania rytmu i trzymania czasu.

Formuła tria, jaka wyłania się z „Horny Trees”, wydaje się faktycznie ze wszech miar otwarta. W tyglu improwizacji mieszają się rożne tradycje jazzu, wątki ludowe czy wręcz ludyczne, motywy żydowskie, szeroko rozumiane etno, funk, elektroakustyka. Muzycy na bazie tych gatunków bądź stylów potrafią wyczarować cudownie nostalgiczny nastrój, ale niekiedy dają się też ponieść podlanym nieco groteską, karkołomnym dźwiękom. Jest tu dużo miejsca dla kontemplacji, choć zdarzają się i ogniste loty. Iście kameralistyczna szlachetność spotyka się ze swoistą „korzennością”. Wartość zawartej na albumie muzyki wynika w znacznej mierze z tego, że mimo swego eklektyzmu nie ma w niej postmodernistycznego manieryzmu, pustych zabaw formą i konwencją czy efekciarskiej kolażowości. To ekspresja pełna pasji i zaangażowania, ale daleka od niepohamowanych zrywów, odpowiednio wyważona. Znajdziemy tu kluczowe jakości nadające smak muzyce improwizowanej i nie tylko – klimat, radość grania i interakcji, ducha eksperymentu i wyprawy w nieznane, a jednocześnie dużą dbałość o formę i najdrobniejsze detale (co jest zwykle sprawą drugorzędną w przypadku free jazzu i tych kierunków, które na jego gruncie wyrosły). Bez wątpienia jest to jedna z najlepszych krajowych płyt w kategorii jazz / improv w minionym roku!




Punktem wyjścia dla Kerd jest tradycja funky-fusion. Formacja czerpie z wielu źródeł, ale można umieścić ją w obszarze silnego oddziaływania continuum wyznaczonego przez elektrycznego Milesa Davisa – Billa Laswella – Critters Buggin. Tak więc „Swobodna Wymiana” (2 CD; drugi, po wydanym własnym sumptem debiucie pt. „Kerd,” album grupy) przynosi gitarowo-klawiszowe pasaże, motywy czy też plamy osnute na energetycznie funkującej sekcji, czasem zdynamizowanej przez drum’n’bassowo rozedrganą perkusję. Do tego sporo wpływów dubu i nieco smaczków electro (najsilniej zaakcentowanych w singlowym „Nowe wszystko”, ocierającym się o estetykę Trans Am). W kilku innych momentach muzycy zdają się zerkać na około-tortoise’ową postrockową chicagowską scenę. A całość podają w psychodelicznej zalewie. Ciekawie wypadają utwory „S&P” i „Mamoni” - motoryczne, oparte na drapieżnych groove’ach, jakby wyrastających z tradycji King Crimson – Primus, ale przeniesionej na jazzowy grunt. Jest też kilka studyjnych improwizacji – bardziej impresyjnych, rozmytych niż „właściwe” kompozycje. Generalnie solidne granie, jednak, pomimo iż zróżnicowane i na pewno nie jednowymiarowe, niczym nadzwyczajnym nie zaskakuje. Inwencji na miarę najwybitniejszych krajowych projektów interpretujących po swojemu spuściznę współczesnego jazzu i postrocka – jak Robotobibok czy Pink Freud – muzykom Kerd brak. Niemniej miłośnicy przyzwoitego (szeroko rozumianego) fusion na pewno znajdą w tych dźwiękach wiele przyjemności.