Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (97) / 2008

Wiesław Kowalski,

FESTIWAL PRAPREMIER

A A A
Człowiek… na smyczy

Na miniony Festiwal Prapremier w Bydgoszczy dyrektor Paweł Łysak zaprosił 12 spektakli, z których dwa publiczność nagrodziła owacjami na stojąco. Dlatego, oczekując na ogłoszenie werdyktu jury, najwięcej mówiło się o „Transferze!” w reżyserii Jana Klary i „Smyczy” w reżyserii Natalii Korczakowskiej jako potencjalnych kandydatach do nagrody Grand Prix. Tymczasem okazało się, że tylko młodsza część jury doceniła talent wokalno-aktorski Bartosza Porczyka, profesjonaliści zdecydowali się nagrodzić tylko przedstawienie z Teatru Współczesnego z Wrocławia. Pominięcie walorów „Smyczy” z Teatru Polskiego z Wrocławia było sporą niespodzianką i niemałym zaskoczeniem. Pozornie wydawać by się mogło, że konwencja słowno-muzycznego spektaklu Korczakowskiej, opartego na wielu różnych tekstach, między innymi Becketta i Barthesa, jest dość odległa od głównego nurtu festiwalu, prezentującego w dużej mierze dokonania teatrów angażujących się w problematykę społeczno-polityczną. Ale tak naprawdę „Smycz” z niemniejszą siłą rażenia i z niemniejszym potencjałem myślowym opowiadała historię człowieka nie potrafiącego odnaleźć się we współczesnym świecie zdeterminowanym przez politykę, religię czy nieautentyczne autorytety. Człowieka pełnego rozpaczy, ogarniętego przeraźliwą samotnością, niepotrafiącego nie tylko kochać drugiego człowieka, ale i zaakceptować samego siebie. Bartosz Porczyk niczym kameleon, w ciągu półtorej godziny, genialnie przeistacza się w postaci włamywacza, prostytutki, księdza, starca i klienta supermarketu. Owe transformacje, dokonywane również przy użyciu elementów kostiumów czy peruk, osiągają swój niepokojący i sugestywny wyraz przede wszystkim dzięki nieprawdopodobnym możliwościom aktora w operowaniu swoim ciałem i modulacji nieprzeciętnego głosu. Każda sekwencja, monolog, piosenka czy taniec zaskakuje nowatorskim rozwiązaniem formalnym i niejednoznaczną pointą. Przestrzeń sceniczna, ograniczona do kilku niezbędnych znaków czy rekwizytów, staje się w tym teatralnym colleage’u swoistym terytorium uzależnień: od Boga, pracy, a także miłości. „Smycz” to spektakl, pomimo młodego wieku realizatorów, szalenie dojrzały, konsekwentny w formie i bogaty w treści, perfekcyjny w aktorskim wyrazie i precyzyjnie zakomponowany w budowaniu niepowtarzalnego nastroju, raz pełnego niepokoju, to znów gorzko śmiesznego czy pełnego tragizmu.

Wojna. Terror. Przemoc. Polityka.

Tych problemów dotykało kilka ważnych, interesujących, niekiedy kontrowersyjnych spektakli tegorocznego festiwalu, choć temat ludzi okaleczonych, skrzywdzonych i represjonowanych podawany był w różnej formie i teatralnej konwencji. Bez wątpienia największe wrażenie wywołał „Transfer!” Jana Klaty, zasłużony zdobywca Grand Prix, opowiadający autentyczne historie Polaków i Niemców, boleśnie doświadczonych przez wojenny los. Emocje, jakie wywołuje wrocławski spektakl trudno jest opisać w kategoriach estetyczno-artystycznych. Ascetyczna, prosta i surowa inscenizacja Klaty to konfrontacja rzeczywistości i przestrzeni czysto teatralno-inscenizacyjnej z tym, co w człowieku najbardziej zwykłe, autentyczne i prawdziwe. Teatr gry aktorskiej to platforma osadzona na metalowym podwyższeniu, miejsce dla Wielkiej Trójki, Churchilla (Wiesław Cichy), Roosevelta (Zdzisław Kuźniar) i Stalina (Przemysław Bluszcz). Kiedy politycy wezmą gitary w ręce, jak na koncercie zabrzmi „Day of the Lords” Joy Division. Groteskowość, absurdalność i karykaturalność scen konferencji jałtańskiej rozgrywanych na „górze” skontrastowana została z tragicznymi wyznaniami zwykłych ludzi, prawdziwych przesiedleńców, które mają miejsce na „dole”. Wrażenie, jakie robi to zderzenie, jest piorunujące i wstrząsające. Nie bez wzruszenia słucha się intymnych zwierzeń ludzi, którzy pokonują własny wstyd i walczą ze słabością pamięci. Ale prawda tego przekazu wybrzmiewa z ogromną siłą i intensywnością.

Podobnie jest w inaugurującym festiwal przedstawieniu „Motortown” Simona Stephensa, w reżyserii Grażyny Kani. Tyle że w przypadku bydgoskiego spektaklu mamy do czynienia z tragicznymi skutkami wojny w Iraku. Kania z niezwykłą pieczołowitością i konsekwencją zadbała o wewnętrzny rytm spektaklu, zwartość teatralnej konstrukcji, kompozycję i rozwój psychologiczny poszczególnych postaci, zindywidualizowanych i do bólu prawdziwych. Marek Tynda, w nagrodzonej przez jury roli Danny’ego, z dużą dozą wiarygodności ukazuje proces destrukcji osobowości żołnierza po powrocie z Basry. Równie intensywne w wyrazie postaci stworzyli w tej realizacji Artur Krajewski jako Lee, niepełnosprawny brat wojennego weterana, Marta Ścisłowicz w roli młodej Rosjanki, Michał Marek Ubysz jako perwersyjny Paul i Kuba Ulewicz w roli przyjaciela Danny’ego. Podobny temat, tyle że związany z wojną w Czeczenii, poruszony został w dramacie Władimira Zujewa „Osaczeni”, który zrealizowała Małgorzata Bogajewska w Teatrze im. Jaracza w Łodzi. Choć przedstawienie otrzymało nagrodę Radia PiK za siłę teatralnej ekspresji, nie da się ukryć, że festiwalowa prezentacja rozsadzona została poprzez zbyt skrajny naturalizm zachowań, który miejscami prowadził nawet do aktorskiej szarży.

Niepowodzeniem zakończył się pokaz głośnego spektaklu Wiktora Rubina, zrealizowanego w Teatrze Polskim we Wrocławiu, na podstawie powieści Tima Staffela. W niesprzyjającej temu przedstawieniu przestrzeni Opery Nova w Bydgoszczy wszystkie naddatki inscenizacyjne, zastosowane przez realizatorów, zabrzmiały fałszywie, stając się interpretacyjno-teatralnym nadmiarem. „Terrodrom Breslau” miast stać się ostrzeżeniem przed konsekwencjami szeroko pojętej polityki, również tej medialnej, raczej znieczulił i wychłodził recepcję festiwalowej publiczności. Próba skarykaturyzowania zachowań bohaterów na modłę tych znanych z sejmu czy telewizji, częściej budziła dezorientację niż refleksję nad tym, czym może być terror i przemoc we współczesnym świecie, a także jak może dewaluować naszą osobowość.

Dużo ciekawiej zaprezentowali się aktorzy Teatru Montownia w tragigrotesce Pavla Kohouta „Wojna na trzecim piętrze”. Reżyser Paweł Aigner znakomicie zainscenizował absurdalność sytuacji, nawiązującej momentami do klimatu z Mrożka, Frischa czy Kafki. Stworzył metaforyczną przypowieść o prywatnej wojnie domowej, w której uczestniczą jednostki wyselekcjonowane przez komputer. Doktor prawa Emil Blaha (bardzo dobra rola Rafała Rutkowskiego) musi stoczyć w swoim własnym pokoju, w środku nocy, batalię z niemieckim handlarzem win, Millerem. Ofiary, jak w każdej wojnie, nie ominą żadnej ze stron. Spektakl Montowni jest bardzo precyzyjnie zakomponowany od pierwszej sceny małżeńskiej do finałowej hekatomby. Jest mądry, inteligentny i przerażająco aktualny.

Za bary z polską współczesnością

W tym nurcie festiwalu niewątpliwym zwycięzcą był legnicki „Osobisty Jezus” Przemysława Wojcieszka, nagrodzony za reżyserię, scenografię Małgorzaty Bulandy i rolę Ryśka w interpretacji Przemysława Bluszcza. Szkoda, że w gronie laureatów nie znalazł się jeszcze Wiesław Cichy, który stworzył niezwykle wyrazistą postać lokalnego gangstera Tadka.
„Osobisty Jezus” to dla wielu najlepszy z dotychczasowych spektakli zrealizowanych przez Wojcieszka w polskim teatrze. I trudno z tą opinią polemizować. Autor „Made in Poland” pokazał w bardzo piękny, przejmujący i prosty sposób przypowieść o człowieku poszukującym Boga, o jego wewnętrznym i duchowym pojedynku z tym, co rządzi sercem, a co umysłem. Jest to o tyle interesujące, że opowiada o ludziach z marginesu życia społecznego, prowincjonalnych więźniach i przestępcach. To tylko podkreśla dotkliwość opowiadanej historii. Tak samo jak cała prostota użytych środków teatralnych, scenograficzna ascetyczność i umowność, ograniczona do swoistego ringu, gdzie nikczemność, małość i podłość stoczą pojedynek o ludzką duszę.

Za najlepszy tekst premierowy oraz najbardziej wyrazistą wypowiedź na temat współczesnej Polski jury uznało spektakl „Był sobie Polak, Polak, Polak i diabeł" Pawła Demirskiego, w reżyserii Moniki Strzępki z Teatru im. J. Szaniawskiego w Wałbrzychu. To utrzymane w nastroju politycznej bulwarówki przedstawienie, nie ustrzegło się jednak błędów, do jakich zaliczyć można mało śmieszne żarty, oparte na kabaretowych i burleskowych gagach, grane wyraźnie pod publiczkę. Stąd często warstwa myślowa zawarta w monologach traciła na klarowności i nie układała się w spójną całość. Jest jednak w tej farsowej inscenizacji, toczącej się gdzieś w zaświatach, wiele scen pysznie skonstruowanych, jak choćby sposób pojawiania się poszczególnych postaci, całej galerii typów od popkulturowej gwiazdki do niemieckiego turysty powracającego na „ojcowiznę”, od generała Jaruzelskiego po arcybiskupa Paetza, rozprawiających o narodowych kataklizmach, frustracjach i niespełnionych marzeniach. Szkoda jednak, że wybrana przez realizatorów konwencja nie pogłębia i nie wyostrza teatralnej próby zmierzenia się z naszą narodową mitologią.

Ciekawiej pod tym względem wypadło przedstawienie „Zabijanie Gomułki” wg Jerzego Pilcha, przywiezione przez teatr zielonogórski. To przede wszystkim znakomita komedia. Spektakl jest ciepły, dynamiczny, czysty, ze świetnymi dialogami, jednocześnie pełen dystansu do PRL-owskiej rzeczywistości, skonfrontowanej ze światem niemożliwych do ziszczenia w komunizmie marzeń. Niewątpliwe zalety zielonogórskiego spektaklu potwierdziły nagrody dla Zbigniewa Walerysia za rolę Józefa Trąby i dla Małgorzaty Bulandy za scenografię.

Brak konsekwencji

Wysoki poziom artystyczny szóstej edycji Festiwalu Prapremier, przygotowanej po raz pierwszy przez dyrektora Teatru Polskiego w Bydgoszczy Pawła Łysaka, zakłóciły dwa pokazy. To nieudana realizacja „Amatorek” (na podstawie Elfriede Jelinek), wyreżyserowanych przez Emilię Sadowską w Teatrze Polskim w Poznaniu oraz spektakl Teatru Współczesnego ze Szczecina „Na gorąco” Michała Zadary, mało śmieszna komedia inspirowana filmem „Pół żartem, pół serio”. Tym bardziej, że obydwa przedstawienia w żaden sposób nie wpisywały się w problematykę festiwalu, która obracać się miała wokół rozrachunku z przeszłością: osobistą, społeczną, polityczną i historyczną. W jednym z wywiadów dyrektor Łysak powiedział: „Tak silne sprofilowanie pokazuje, co jest obecnie w teatrze ważne, o czym twórcy chcą z widzami rozmawiać. Myślę, że skończyły się czasy optymistycznego patrzenia w przyszłość, na świecie zauważalna stała się tendencja do myślenia historycznego i rozrachunków z przeszłością”. Wszystko się zgadza Panie Dyrektorze. Ale w tych dwóch przypadkach zabrakło konsekwencji.
Festiwal Prapremier. Bydgoszcz 2007. 29 września – 6 października 2007. Aneks 19 – 22 października 2007.