Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (98) / 2008

Beata Mytych-Forajter,

KRISTEVA W PROCESIE

A A A
Nazwisko Julii Kristevej znane jest każdemu, kto zajmuje się szeroko rozumianą humanistyką, chociażby z racji imponującego spektrum jej zainteresowań. Literaturoznawstwo, lingwistyka, psychoanaliza, mistyka i teologia prawosławna, studia nad Biblią, wreszcie beletrystyka – to tylko niektóre rejony, w które zdążyła zapuścić się autorka, której nazwisko odruchowo łączymy zwykle z pojęciem intertekstualności. Polski czytelnik Kristevej nie był dotychczas rozpieszczany przez tłumaczy, dostawał drobne fragmenty jej bogatego dorobku. „Czarne słońce” wydaje się zwiastować zmianę tej sytuacji. Tytułowa figura, mająca postać oksymoronu, odsyła, być może zupełnie przypadkowo, do zjawiska całkowitego zaćmienia Słońca – wydarzenia tak niezwykłego, że uznawanego za zwiastun nieoczekiwanego przełomu. Może więc rzeczywiście za sprawą wróżebnego charakteru tej anomalii natury, a zarazem tytułu książki Kristevej, zaległości translatorskie zaczną być redukowane. Już bowiem zestawienie bibliograficzne prac o charakterze naukowym, kończące wstęp Michała Pawła Markowskiego („Przygoda ciała i znaków. Wprowadzenie do pism Julii Kristevej”) każe zastanowić się nad stanem polskiej myśli humanistycznej: z dwudziestu sześciu książek mamy dziś bowiem jedną, za chwilę pewnie dwie (wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego przygotowuje wydanie „Potęgi obrzydzenia”), ale to wciąż mniej niż mało.

Kim była Julia Kristeva pisząca „Czarne słońce” (pierwodruk 1987, Gallimard)? To dość ważne pytanie, ponieważ dotyczy osoby znajdującej się w nieustannym egzystencjalnym, naukowym i pisarskim ruchu, twórczyni pojęcia homo multiplex (człowiek mnogi) i sujet-en-procès (podmiot-w-procesie), rzeczniczki złożoności i nieustannej zmienności „ja”, autorki, która pisząc o depresji i melancholii, jest równocześnie empatyczną terapeutką, psychoanalityczką, wysłuchującą mantrycznych zwierzeń swoich pacjentek, oraz czytelniczką wielkich tekstów kultury (malarskich, literackich i filmowych), akcentującą związek znaków z ciałem człowieka oraz leczniczy charakter sztuki. W wywiadzie udzielonym Perry’emu Meislowi (zatytułowanym„Korzenie intelektualne”) Kristeva powie: „Jeśli [artysta – przyp. BMF] nie będzie pracował, tworzył muzyki, pisał książek czy rzeźbił, stanie się po prostu człowiekiem chorym lub martwym. Moc symbolicznego tworzenia, która buduje somę i daje tożsamość, jest znakomicie widoczna we współczesnych tekstach”.

Kształt „Czarnego słońca” sugeruje wewnętrzne pęknięcie myśli autorki, nazbyt oczywiste dychotomie: ciało pacjenta/ tekst kultury czy terapia/ twórczość, a także sposób rozumienia człowieka. Natomiast przyjęta przez Kristevą perspektywa splątanej somy i logosu (semiotycznego i symbolicznego) nie pozwala na tak proste wnioskowanie. Używając figury chiazmu (gr. skrzyżowanie), która w sposób obrazowy opisuje przenikanie się tych dwóch sfer, można wręcz mówić o doskonałej symetrii „Czarnego słońca”. Rozdziały o charakterze stricte psychoanalitycznym prowadzą w kierunku analiz tekstów kultury, tym samym książka zaczynająca się w gabinecie terapeuty, kończy się w przestrzeniach sztuki. Co najciekawsze, w tym chiazmatycznym poplątaniu opowieść snuta przez „chorą na Matkę” kobietę momentami przypomina surrealistyczny scenariusz filmowy, zaś artystycznie finezyjny sonet romantycznego poety okazuje się próbą zastąpienia utraconej we wczesnym dzieciństwie rodzicielki. Zwornikiem książki – i kompozycyjnym, i myślowym – jest rozdział czwarty („Piękno, inny świat depresji”), najkrótszy ze wszystkich, lecz pokazujący, jak przepracowana melancholia zamienia się w piękno dzieła sztuki („Piękno jest w stanie zastąpić wszystkie przemijające wartości psychiczne”, s. 102).

W tym miejscu warto przez chwilę zastanowić się nad stosunkiem Kristevej do tytułowych stanów depresyjno-melancholijnych. Z jednej strony okazują się one rodzajem genetycznie wdrukowanego w człowieka kodu, wspólnego właściwie wszystkim, bo „bez skłonności do melancholii nie istnieje psychika” (s. 6). Z drugiej jednak strony depresja osiągająca poziom uniemożliwiający istnienie, powodująca zapadanie się w czarną dziurę rozpaczy wymaga ingerencji terapeuty, rozmowy, która ma za zadanie leczyć poprzez przyglądanie się przestrzeni wewnętrznej. W wywiadzie udzielonym Suzanne Clark i Kathleen Hulley („Obcość kulturowa i podmiot w kryzysie”) powie Kristeva: „Jako terapeuta uważam, że lepiej jest wyjść z depresji, bo jeśli się tego nie zrobi, można umrzeć”. Obserwując ludzi w kryzysie, wysłuchując ich często splątanych życiowych fabuł, chcąc nie chcąc wchodzi ona z nimi w niezwykłe relacje, oddaje się swym pacjentkom jako obiekt przeniesienia ich często dramatycznych emocji. Odpowiada własną semiotycznością na ich gesty ciała. Tym samym profesja psychoanalityka staje się nieomal zakonną misją czy mistycyzmem. Wciąż pozostaje jednak niedająca się usunąć wątpliwość, drobny mankament przyjętej metody. Chodzi oczywiście o jej terapeutyczną skuteczność: żadna z historii opisanych przez Kristevą nie kończy się przecież „zmartwychwstaniem”. Zostawiamy kobiety jakby w połowie drogi, zamknięte w swoich „kokonach z Matki”. Wprawdzie stan kryzysu, w jakim się znajdują nie jest traktowany przez autorkę książki jako moment totalnej zapaści, raczej jako chwila gwałtownej kreacji, dająca nadzieję odrodzenia. Ale równocześnie pamiętamy o figurze martwego Chrystusa Holbeina, leżącego w krypcie metafizycznej pustki, rozciągniętego po horyzont, bez nadziei na porządek wertykalny. Zresztą pojęcie „krypty” (gr. sklepienie, jama) służy Kristevej wielokrotnie do nazywania tej wewnętrznej przestrzeni próżni, która poprzez brak języka staje się wszystkim, epicentrum zapaści, centrum osobowości depresyjnej.

Pacjentki Kristevej opowiadają w gruncie rzeczy jedną, choć wielowątkową historię – historię źle przeżytej relacji z Matką. Melanie Klein, na którą powołuje się Kristeva, wprowadza do języka psychoanalizy pojęcie fazy depresyjnej w rozwoju dziecka, stanowiącej jego reakcję na oderwanie od Rzeczy Matczynej. Prawidłowo przeżyta zamieni się w mówienie, dzięki któremu możliwe będzie odnalezienie utraconego obiektu w innym porządku. Z kolei u dorosłego depresja spowoduje dokładną odwrotność, powrót do etapu sprzed mowy, do języka „nie-z-tego-świata” (termin Michała Pawła Markowskiego ze wstępu do „Czarnego słońca”), afatycznego zamilknięcia lub bezsensownego bełkotu. Wątpliwość budzić może jedynie funkcjonalność tej konstrukcji myślowej. Jeśli bowiem akt oderwania od Matki, najpierw od jej ciała w momencie porodu, a potem wskutek odstawienia od piersi, jest doświadczeniem każdego człowieka, to czy oznacza to, że każdy nosi w sobie jej „mumię”? Zerwanie jest przecież każdorazowo dramatyczne, a depresja przeżyta przez dziecko odsuwa się tylko na plan dalszy, nie znika, przyczajona czekając na kryzysowy moment, by znowu straszyć. Ta człowiecza niedola, psychiczne utknięcie w matczynej chorze wydaje się zbyt łatwo tłumaczyć psychotyczne zachowania niektórych ludzi. Najwięcej wątpliwości budzi jednak próba używania tej konstrukcji do rozumienia literatury czy, myśląc szerzej, sztuki. Już klasyczne studium metody psychoanalitycznej autorstwa Marii Bonaparte („Psychoanalityczna interpretacja opowiadania ‘Berenice’ Edgara Allana Poe”) odwoływało się do planu biograficznego autora. I nawet jeśli naprawdę i Poe (analizowany przez Bonaparte), i Nerval (czytany przez Kristevą) mieli realne życiowe problemy związane z tą najbardziej pierwotną relacją, to przecież nie tłumaczą one całej złożoności ich pisarstwa.

Melancholijna odmowa uznania utraty Rzeczy Matczynej okazuje się jednak w świetle książki Kristevej także skutkiem wybrakowania trzeciego ogniwa, koniecznego, by mogła ustanowić się ludzka tożsamość – miłującego, przededypalnego ojca (figura czułego ojca nakazywałaby być może wielu z nas myśleć o dziadku). Harmonijne przejście z porządku semiotycznego (dziecięcego gaworzenia przy matczynej piersi) do porządku symbolicznego (porządku mowy) domaga się bowiem tego pośredniczącego elementu, osłaniającego niejako dziecko przed ojcem władzy i surowości. Kristeva wielokrotnie akcentować będzie wagę empatycznej czułości, którą najlepiej oddaje rosyjskie słowo умиление, czyli taki rodzaj miłości, w której kryje się także rzewność i smutek, podszyty wiedzą o śmierci. Jedną z najważniejszych ikon prawosławia (to ważny w tej książce kontekst interpretacyjny), jest przedstawienie Matki Boskiej przytulonej prawym policzkiem do lewego policzka Dzieciątka (ikona zatytułowana Умиление). Pełen czułości i lirycznego smutku kontakt matki i dziecka podkreślać ma wymieszanie tego, co niebiańskie, z tym, co ziemskie. Pochodząca z Bułgarii Kristeva, dla której prawosławie jest tradycją macierzystą – choć rozumienie religii tej zawdzięcza ojcu, nie matce – tłumaczy kryzys człowieka Zachodu, pozostającego z metafizyczną pustką po uśmierconym Bogu, doktrynalną różnicą między kościołem łacińskim i prawosławnym. Racjonalny człowiek Zachodu zyskuje tożsamość w analogii do niezależności Syna równego Ojcu (formuła per Filioque), a tym samym gubi jakiś rodzaj ciemności i mistycznej głębi Trójcy prawosławnej (formuła per Filiom), w której erotyczny charakter więzi tworzących ją osób przypomina „boromejski węzeł”, jedną z figur topologii Jacques’a Lacana, próbujących opisać wewnętrzną złożoność „ja”. Tradycja prawosławna, wyzyskana przez Kristevą w kontekście prozy Dostojewskiego (rozdział 7: „Dostojewski: pisarstwo cierpienia i wybaczenia”), jest uzasadnionym, choć nienowym pomysłem interpretacyjnym, ale już próba rozumienia złożoności człowieka przy wykorzystaniu teologicznych konceptów Wschodu może razić intelektualnym eklektyzmem. Jeśli jednak pamiętamy o procesualności podmiotu (sujet-en-procès), który pisze tę książkę, trudno oczekiwać, by pozostał wierny metodzie sprzed lat, czyli marksistowsko zabarwionej semiologii. Natomiast odczytując te gesty Kristevej w porządku podstawowego tematu „Czarnego słońca”, można uznać je za powrót do Rzeczy Matczynej (esej „Bulgarie, ma souffrance”), która wybrzmiewa w snach, akcencie, intonacji i zmysłowości.

Pozostaje jeszcze kwestia stylu, w którym odciska się ciało piszącej. Najprościej rzecz ujmując, nie upraszcza on lektury, nie pozwala przyzwyczaić się do jednego rejestru języka, a raczej skazuje czytelnika na ciągłe balansowanie pomiędzy dyskursami psychoanalitycznym, literaturoznawczym, teologicznym i filozoficznym. I znowu, albo uznamy, że Kristeva bawi się tym eklektycznym splątaniem, albo zrozumiemy, że usiłuje w ten sposób wyrazić wielorakość „ja”, niezborność i nieskończoność podmiotu w ciągłym procesie zmiany. Tytułowe, metaforyczne „Czarne słońce” staje się w tym kontekście figurą niekończącego się ruchu znaczeń, interpretacji bez nadziei na pointę.
Julia Kristeva: „Czarne słońce. Depresja i melancholia”. Przeł. Michał Paweł Markowski, Remigiusz Ryziński. Universitas, Kraków 2007 [seria: „Horyzonty Nowoczesności”, t. 63].