ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 lutego 4 (100) / 2008

Mariusz Sieniewicz,

EGZEGEZA NA DZIEŃ ŚWIĘTEGO WALENTEGO (PRÓBA RE-FEMINIZACJI I DE-AMERYKANIZACJI)

A A A
Felieton
„Myślę, że największym przyjacielem kobiety jest penis” – stwierdziła Manuela Gretkowska w jednym z wywiadów, udzielonym pogromczymi literatury najnowszej Magdalenie Miecznickiej w „Dzienniku” i skomentowanym „diamentowo” przez Lolitę na jej blogu (a propos: nie rozumiem, dlaczego Word z uporem belferskiego automatu zamienia mi Lolitę na Lolitkę, jakby frywolność była wyłącznie funkcją zdrobnienia i młodego wieku, zbywając jednocześnie tytuł dzieła Nabokova.) Pisarka objaśniła dalej z bezpretensjonalną prostotą: „On [penis – M.S.] nie kłamie i jest w wiecznym dialogu z nami. Samym mężczyznom zarzucamy przecież kłamstwa i milczenie, nieumiejętność wyrażania emocji. W mężczyznach jest też poezja, inny wymiar. Pojawia się często wbrew nim, niezamierzenie, jak przedwczesny wytrysk”.

Hmm… Gretkowska nie w kij dmuchał, że się tak wyrażę. Lata młodzieńcze, studenckie poświęciłem lekturze jej książek i nie była ona toksycznym poświęceniem, więc szacun autorka ma u mnie zadekretowany. I żeby nie było: mizoginistą nie jestem, z chęcią pomogę podpalić stos pod patriarchatem. Jednak to, co przeczytałem, wprawiło mnie w zakłopotanie, z zakłopotania wpadłem w konfuzję, a po konfuzji przyszła myśl o bon mocie Gretkowskiej jako: albo hiperbolicznej ściemie, albo przebłysku gnostycznej wiedzy, która mnie niedostępna a priori, z zasady, jest całkiem oczywista dla pisarki, co akurat nie dziwi, skoro potrafi wyposażyć Bebę Mazeppo w dwie łechtaczki i zdolność orgazmu stereo, wprawiając recepcję i percepcję panów w osłupienie. Jedno jest pewne: pisarka, umiłowana siostra języka, nie rzuca słów na wiatr, postępuje świadomie, roztropnie, więc nie ma mowy o jakiejś pomyłce, przejęzyczeniu, czy intelektualnej wpadce.

Próbując pojąć istotę owego przebłysku wiedzy tajemnej, doszedłem do niezręcznych i złych dla mężczyzn konsekwencji. Po pierwsze, zanim doszedłem, podążyłem tropem lacanowskiej myśli, w której freudowska psychoanaliza rozkwita na gruncie językoznawstwa i antropologii społecznej. Odkryłem, nie bez zdziwienia, symboliczną wręcz kontaminację-skojarzenie. Otóż Gretkowska swe zdanie: „Największym przyjacielem kobiety jest penis” buduje na archetypicznej już frazie, mającej moc związku frazeologicznego i trwale zakotwiczonej w uzusie, która mówi, że „Pies jest najlepszym przyjacielem człowieka.” Budując zaś, czyni z niej parafrazę brzemienną w skutkach. Wymiana posłusznego, wiernego „psa” – przyjaciela, towarzysza, obrońcy – na słowo „penis” jest w tym miejscu niezwykle znacząca, choć nie wiem, czy akurat budująca dla męskiej części rodziny ludzkiej. Pies, owszem, to ważna, lecz podrzędna względem homo sapiens istota, to wtórna wartość dodana, spełnia nominalnie funkcje towarzysko-gospodarskie, zależnie od rasy. Można kazać mu aportować, można pozwolić spać na kanapie, lecz można również uwiązać go na łańcuchu do budy. Aż strach przeprowadzać analogiczną egzegezę względem zamiennika, który wprowadziła Gretkowska. Jedno tylko powiem: skandal takimi sugestiami penisa obarczać i chcieć myśl rozwijać.

Po drugie, w rzeczonym zdaniu mamy fundamentalną zmianę przymiotnikową, która wprowadza semantyczną różnicę i – pośrednio – wiele zdradza na temat obecnego światopoglądu autorki „My zdies’ emigranty”. Widać czarno na białym, że „najlepszy przyjaciel” został zastąpiony „największym przyjacielem”. No, to już się nadaje do pisemnej skargi złożonej na ręce Ojca Dyrektora! Wspomnę w tym miejscu wypowiedź pisarki sprzed paru lat o tym, że „kultura jest supermarketem”. Te słowa odbijają się teraz echem – nieważna przyjaźń najlepsza, lecz przyjaźń największa, nie liczy się intensywność i jakościowy walor, tylko wielkość, rozmiar i rozmach, co zdradza iście konsumpcyjne, żeby nie powiedzieć hedonistyczne nastawienie niewiasty Gretkowskiej. Tutaj nie ma zgody. Non pasaran! Nie po to pojawiła się pokoleniowa książka „Dezerterzy ze społeczeństwa konsumpcji” pod redakcją Mareckiego i spółki, by teraz ową konsumpcję przeszczepiać na grunt damsko-męskich uczuć. Tutaj pokolenie roczników siedemdziesiątych różni się i różnić się musi od twórców i myślicieli z dawnej formacji brulionu.

Dalej nie jest lepiej, może nawet i gorzej. Klasyczny chwyt męski, znany choćby z „Płci mózgu” Anne Moir i Dawida Jessela, polegający na fragmentaryzacji i rozczłonkowywaniu kobiecego ciała przez mężczyzn, Gretkowska stosuje dla własnych, kobiecych potrzeb. Jest penis i jest reszta mężczyzny. I ta reszta niewiele znaczy, nie do końca się liczy, zwłaszcza jeśli milczy, a gdy już przemawia, to od razu kłamie i kręci. Jeśli dobrze się wczytać, pisarka chce pobić nas naszą bronią. Bo nic tak nie działa na mężczyznę deprymująco, jak oderwanie od jego tożsamości dość ważnej części ciała, i bezczelne wchodzenie z nią w nieznane relacje, poza naszą kontrolą i władzą. Co więcej, ów „wieczny dialog”, otwierając perspektywę transcendentną, jest niedostępny nam – śmiertelnikom, porażonym stetryczeniem i uwiądem. Umieramy, lecz dialog kobiecości z penisem nie ustaje. Czytając tę część wypowiedzi szefowej Partii Kobiet, miałem odruchy ambiwalentne. Z jednej strony byłem dumny, że jest we mnie coś (przepraszam pierwszą osobę za to pars pro toto), co łamie prawa przemijalności i czasu w myśl zasady non omnis moriar, z drugiej – rósł trudny do wyrażenia sprzeciw i uprzedzenie. No bo jak to? Moja głowa, moje ręce, brzuch, nogi, nie mówiąc o duchowym wnętrzu, mają stanowić części zbędną kobieco-fallicznej narracji?

Nawet próba załagodzenia drażliwej sprawy, widoczna w dyplomatycznie poprowadzonym, ostatnim zdaniu, dolała jedynie oliwy do ognia. Już, już pojawia się wyznanie o poezji i poetyczności mężczyzn, o zdolności do intuicyjnych i mistycznych uniesień, emocjonalnym otwarcie na świat, twórczym, zapładniającym i zapładnianym, bliźniaczym do wszechobecnej Uterus Mundi, co ma znamionować szlachetniejszą stronę męskiej natury, gdy raptem buch! – jak siekierą przez łeb. Tym czymś jest tylko i aż przedwczesny wytrysk. Bądźmy szczerzy – to plama na naszym honorze. Wszystko, co najlepsze w mężczyźnie, dokonuje się wbrew jego woli, jest „niezamierzone”, balansujące na granicy wstydliwej klęski, nierzadko i sromoty. Gretkowska w tej fazie „przedwczesności” dopatruje się najlepszych, pozaświadomych cech rodzaju męskiego. W tym tkwi przebiegła strategia twórczyni „Tarota paryskiego”, ponieważ jednym z programowych postulatów kobiecej emancypacji jest jedność na polu psychofizycznym, psychoseksualnym, tworząca wzajemny, dopełniający się dialog ducha i ciała, syntezę czynów i myśli, imperatywów biologii i rytmu woli. Tymczasem w kontekście mężczyzn – Gretkowska podkreśla i sankcjonuje podział. Nieuświadomione instynkty, wyzbyte schopenhauerowskiej kontroli stoją i stać mają w antynomii do trzeźwych, zdroworozsądkowych predyspozycji mężczyzny, który zazwyczaj kalkuluje, analizuje i chce być panem własnej anatomii.

Tak oto koło się zamyka i w tym peanie na cześć penisa, w tej apologii możliwej przyjaźni, wyłazi czystej wody myśl feministyczna. A to Europejka-lisica! A to czarownica! Kumpela Judith Butler, Margaret Atwood, Alice Parker i całej plejady świętych przeklętych. Cóż za perfidne wyrachowanie. Jeśli hasła wywoławcze: „szklany sufit”, „lepka podłoga”, mają czytelne i ewidentnie pejoratywne nacechowanie, tak „penis-przyjaciel” jest wallenrodowym, podstępnym zaklęciem w walce kobiecej. Wyznać penisowi przyjaźń, namówić go do rejterady z patriarchalnego pomnika, a nam, facetom, pozostawić figowy listek i pustkę w modnych stringach. Przewrotność kobiet, zwłaszcza pisarek, nie zna granic.