ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 marca 6 (102) / 2008

Mariusz Sieniewicz,

FUNKCJONARIUSZE GŁUPOTY I MĄDROŚCI

A A A
Felieton
Kilka dni temu miałem sposobność uczestniczyć w panelu o dość enigmatycznej nazwie: „Krytycy – pisarze”. Zawarty w tytule myślnik zapowiadał bokserskie zwarcie między tymi, co literacko zmyślają, a tymi, co owo zmyślenie interpretują, tłumaczą, czynią jaśniejszym i bardziej przystępnym czytelniczej braci. Jako że towarzystwo dyskutantów zebrało się zacne (Białkowski, Kęder i Sołoducha), a historia zmagań krytyków z pisarzami jest długa, burzliwa i domagająca się szerszej debaty, postanowiłem w panelu wziąć udział, wtrącając swoje trzy grosze.

Jakież było moje zdziwienie, gdy zamiast walki do krwi ostatniej, zamiast ciosów, uników i klinczów, zaledwie po kwadransie zgodnie obwieściliśmy remis i opuściliśmy pięści. Nabraliśmy bowiem uzasadnionych podejrzeń, że ta walka jest z góry ustawiona, gdzieś wcześniej, przy zielonym stoliku. Przez kogo? Ano przez piątkę samozwańczych sędziów, którym na imię: kultura masowa, wydawnicze korporacje, marketing, media, promocja. To oni ustalają rankingi zwycięzców, to oni przyznają pas mistrza w wagach poetyckich, powieściowych i eseistycznych. To oni skreślają lub dopisują kolejnych pisarzy na transferowych listach, obiecując mistrzostwo i splendory sławy za książkę o nośnym temacie, zazwyczaj zadanym, a krytyków przemieniają w headhunterów i copyrighterów hiperbolicznych haseł w stylu: „twórca najwybitniejszy”, „książka najgenialniejsza”, „brawurowy stylista”, „utwór jedyny w swoim rodzaju”, „wielka literatura” „majstersztyk, czyniony z artystycznym rozmachem”.

W tym narzekaniu, w tych lamentacjach gorzkich i przykrych, sięgających prawie banału, stwierdziliśmy jednogłośnie, że tak naprawdę autor i książka są całkiem bezradni, że wszystko zależy od medialnych koncepcji, no i zasięgu prowadzonych kampanii, za sprawą których czytelnik nie ma większych szans na lekturę tego, co nie mieści się w obowiązującym dyskursie. Jakaż tedy rola krytyka, tego ostatniego Mohikanina pogłębionej recepcji, który oparł się finansowej pokusie służenia wspomnianej piątce i dłubie recenzje dla niszowych, a tym samym niskonakładowych czasopism? Powinien być – cytuję słowa Konrada Cezarego Kędera – „funkcjonariuszem mądrości”. Co oznacza mniej więcej: ganić stereotypy, oczywistości, schematy, doceniać nowe, odmienne opowieści, w których siła autentyzmu i wrażliwość autorskiego spojrzenia pozwala czytelnikowi zdobyć nieznaną dotychczas wiedzę na temat człowieka i rzeczywistości. Krytyk literacki, jako funkcjonariusz mądrości, musi stać na straży sensu i prawdy, tępić wszelkie przejawy głupoty. To heroiczne, moralne wręcz wyzwanie. No tak, trudno się z taką rolą krytyka nie zgodzić. Problem jest jednak z miejscem, ponieważ nisza to za mało, głos z niszy jest mało słyszalny, a w ogólnopolskiej prasie, w wysokim nakładzie, zamiast recenzji drukuje się wyłącznie kilkuzdaniowe noty i opisy rodem z ulotki reklamowej. Tu umilkliśmy na moment: i ja, i Kęder, i Sołoducha, i Białkowski. Tym bardziej, że ktoś z sali, bodajże Marek Jędrasik, zawołał, że byt zwany funkcjonariuszem mądrości zakłada uprzednie istnienie mądrościowego kanonu i instytucjonalnej formy jego przejawów – takiej, jaką przed laty miały chociażby szacowne mury uniwersytetów i akademii. A dzisiaj przecież kanon został zdetronizowany, sprowadzony do niezliczonej ilości relatywnych wariantów tego, co mądre, i tego, co głupie. Znowu milczenie, znowu ślepa uliczka, zaułek bez wyjścia. Wprawdzie jako autor mogłem powiedzieć, że mnie nic do tego, to problem właściwy wyłącznie krytyce literackiej, ja jeno książki piszę, a nie omawiam, jednak poczułem przez chwilę jedność w udręce z tą bratnią duszą, zwaną krytykiem, przyjacielem w literaturze. Za puentę spotkania mogły posłużyć prorocze zdania ze znanej bajki: po co swary, po co kłótnie głupie, wszak i tak zginiemy w zupie. Zupie medialnej, zupie cienkiej, z pijarowskiego wywaru. I zamiast się kłócić, lepiej na śmierć iść dumnie i razem, w zwartym szyku i z pieśnią na ustach o prawdziwej, a nie koniunkturalnej literaturze, w której tryumfuje pragmatyka nakładu i poczytności.

I już, konfesyjnie nastawiony, z krytyką literacką pogodzony, miałem zmierzać prosto do domu, gdy znajoma, przysłuchująca się panelowi, wręczyła mi recenzję mojej powieści – „Rebelii”, opublikowaną w jednej z gazet. Uprzedzę fakty – po przeczytaniu, zamiast do domu, poszedłem się napić. Z rozpaczy bezradnej i z bezsilności.

W tym miejscu jestem zmuszony złamać swoją zasadę niepisania o własnej twórczości, za co z góry przepraszam czytających ten felieton. Otóż, zanurzam się w lekturze recenzji i nie dowierzam, biegnę wzrokiem przez linijki i akapity, no i nóż się otwiera w kieszeni, ciśnienie skacze. I nie idzie o to, czy recenzja pochlebna, czy też ganiąca, czy wychwala me pióro wysoko, pod niebiosa, czy też sprowadza je do piwnicznego poziomu, w którym zamieszkuje grafoman. Krytyk albo recenzent, albo inny opisywacz, powieścionotacz (czyli ten, kto sporządza noty z powieści), podpisany inicjałem „ol” daje próbkę swych możliwości już w samym tytule: „Świetnie, ale nie za dobrze”. Hmm…, kręcę nosem, choć mam nadzieję, że w tekście znajdę wytłumaczenie tej nielogiczności, że to tylko taki koncept, prowokujący do zapoznania się z tekstem. Niestety, w tekście nie jest lepiej. Cytuję „ola”: „Mam problem – nie wiem, jak napisać o ‘Rebelii’. Pierwsza opinia – niezbyt pozytywna, bo język powieści jest trudny, przekombinowany”. Czyli jak? Skoro jest „pierwsza opina”, mogą być i następne, ergo o książce można mieć kilka opinii, nie tylko zgodnych, ale i pewnie przeciwnych. Język „przekombinowany” uznaję za sensowny argument, święte prawo krytyka. Jednak żeby z „języka trudnego” czynić zarzut, to dziwne. Trudny język powieści jest dzisiaj niefajny. Czy tylko język łatwy, lekkostrawny i zrozumiały ma znajdować uznanie? Zostawiam to, czytam dalej, a dokładnie: czytam, że „ol” nie zdołał doczytać powieści, nie wytrzymał do końca, bo w pewnym momencie „książka straciła rozpęd”. No, dobra, ale kilka linijek dalej pojawia się takie, kategoryczne wyznanie „ola”: „’Rebelia’ to świetna książka poruszająca bardzo chwytliwy problem w niecodzienny sposób”. No, myślę sobie, ktoś komuś robi wodę z mózgu. W końcowych zdaniach pojawia się klasyczny już zarzut, że zabrakło redaktora, który skróciłby powieść o połowę. Ciekawe, czy właśnie do tego miejsca, w którym recenzent „ol” skończył czytanie, co przecież wyznał otwarcie, choć nie omieszkał pokusić się o ocenę całości.

Przykład recenzji, jakiej doświadczyła moja powieść na własnej skórze, świadczy o tym, że podział na funkcjonariuszy mądrości i głupoty implikuje coś jeszcze: podział na logikę i potęgę nielogiczności, swoistego niechlujstwa myśli. „Ol” mówi o szansie „Rebelii” na kawał doskonałej literatury, lecz zaraz widzi w niej bełkot. Skrajność pogania skrajność. Zaznaczam raz jeszcze, nie idzie mi o samo wartościowane in plus, in minus. Dostać baty, nie grzech. Byle te baty były logiczne, trzymały się kupy. Idzie mi o wartościowanie konsekwentne, a nie rzucane uwagami od ściany do ściany. „Świetnie, ale nie za dobrze” – czy ktoś wytłumaczy, co to może znaczyć?

I pal licho z moim narcyzmem, z łechtanym lub karconym ego pisarskim. Ja jakoś przetrzymam te semantyczne paradoksy „ola”. Zastanawiam się jedynie, co sobie pomyśli zwyczajny, postronny czytelnik, ten przysłowiowy lekturowy Kowalski. „Ol”, krytyk, recenzent zakonspirowany tak zinterpretował książkę, że białe jest czarne, a czarne jest białe, że im gorzej, tym lepiej wychodzi, a im lepiej, tym nieciekawiej. Zdaję sobie sprawę, że wśród krytyki literackiej zawsze się znajdzie czarna owca i uogólniać jest nieporozumieniem. Jednak, no pasaran! W ten sposób nawet najżałośniejszy pisarz nie powinien być krytykowany, bo to urąga nawet nie jemu, a czytelnikowi, o którym najzwyczajniej się zapomina, i o tym, że czasem potrafi ze zrozumieniem czytać. I nieważnie, czy bierze do rąk wysokonakładową prasę, czy też niszowy periodyk. Logika krytycznego wywodu obowiązuje na każdym poziomie. W przeciwnym razie wszyscy staniemy się zarówno funkcjonariuszami, jak i ofiarami bezkarnego bełkotu.