ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 maja 9 (105) / 2008

Bernadetta Darska,

WIELE BIED I JEDNO SZCZĘŚCIE

A A A
Paulina Grych zadebiutowała w minionym roku powieścią „Numer zerowy”. Książka stanowiła, można by tak powiedzieć, dość niekonwencjonalną propozycję tzw. literatury kobiecej. Po pierwsze, wpisała się w modny temat demaskowania prawdziwej twarzy środowisk prawicowych. Politykę wymieszano z erotyką, skąd już blisko do wielkiej katastrofy rodzinnej, która, oczywiście, ma miejsce. Po drugie, powieść miała być portretem stopniowo emancypującej się kobiety, dotychczas typowej Matki Polki, w finale świadomej siebie i swoich atutów osoby, panującej nad wszystkimi wydarzeniami. O ile portret prawicowca, który nie wprowadza w życie głoszonych wartości, okazuje się dość wiarygodny, o tyle proces wybaczania, przepracowywania zdrady i odkrywania swojej seksualności przy pomocy porad z prasy kobiecej (sic!) w wydaniu bohaterki jest zdecydowanie wątpliwy. Pytanie więc nasuwa się samo: co z drugą książką, która właśnie się ukazała? Czy Paulina Grych proponuje coś nowego? Czy można – po drugiej książce, powtarzam – powiedzieć, że oto pojawiła się interesująca autorka, która co prawda od pop-pisania nie ucieka, ale wyciska z niego treści przełamujące schemat typowej powieści popularnej z miłością i romansem w tle? Myślę, że tak. „Schiza”, bo taki tytuł nosi powieść Grych, potwierdza tendencję rozwojową w pisarstwie szczecińskiej autorki.

Tym razem pisarka próbuje zaprezentować czytelnikom portret zbiorowy ludzi skrzywdzonych przez życie, zagubionych, niepewnych, znajdujących ratunek w drobnych, mniej lub bardziej kontrolowanych, szaleństwach. Jednocześnie skupia wystarczająco dużą uwagę na historiach jednostkowych, co powoduje, że jesteśmy świadkami nie tylko powstawania grupy przyjaciół, ale też – a może przede wszystkim – stopniowego dojrzewania do zaufania drugiemu człowiekowi. „Schiza” przypomina z jednej strony powieść Marii Kann „Dziewięć bied i jedno szczęście” – w powadze problemów, z drugiej zaś „Grupową psychoterapię” Rafała Czocha – w autoironii, akceptacji inności, w chęci odnajdywania jasnych stron tam, gdzie pozornie panuje ciemność. Bohaterowie książki Grych są ludźmi dorosłymi, ale bardzo dobrze pamiętają rozczarowania z dzieciństwa i z całkiem niedalekiej przeszłości. Próbują oswoić teraźniejszość, choć nie bardzo mają pomysł, jak to zrobić.

Wariaci, szaleńcy, odchyleni od normy, nieprzystosowani, zmarginalizowani – oto bohaterowie książki Pauliny Grych. Inni? Nie, całkiem normalni. Pogruchotani życiem, które jakoś nie chciało ich rozpieszczać. Tyle że potrafią przyznać się przed sobą, że mają problem. Szukają rozwiązania. Przyjmują leki, spotykają się na dziennym oddziale szpitala psychiatrycznego, uczestniczą w psychoterapii. Aż w końcu wypisują sobie sami receptę – rozmowa z drugim człowiekiem, przyjaźń, miłość, wiara, że wszystko będzie dobrze. I właśnie te medykamenty, psychologiczne i niefarmakologiczne, okazują się najbardziej skuteczne.

Autorka „Numeru zerowego” umiejętnie łączy retrospektywę z teraźniejszością. Dzięki temu poznajemy Szczecin i kilka pokoleń jego mieszkańców. Grych zdaje się sugerować, że wszystko, co złe, co odrzucane przez społeczeństwo, wynika przede wszystkim z braku miłości. Dość banalny, co prawda, to wniosek, ale pisarce udaje się skomponować kilka zwykłych, przekonujących i zdecydowanie nieharlequinowych historii. Wariactwo miesza się tu z normalnością, bycie sobą z koniecznością odgrywania ról, udawanie z chęcią pokazania prawdziwego oblicza. Poznajemy Dianę, nieco infantylną młodą kobietę, która porzucona przez matkę, nie ma nikogo bliskiego. Szuka miłości, ale trafiają się jej same pomyłki, łącznie z wpadką i aborcją. Wreszcie odnajduje szczęście w weekendowym związku z dużo starszym, żonatym Niemcem, płatna i dość dwuznaczna relacja niespodziewanie zamienia się w bliskość między dwojgiem ludzi. Matka Diany, Jenny, samotnie wychowująca córkę malarka, rzuca się w wir przypadkowych związków, wreszcie opuszcza kraj, zostawiając córce wspomnienie samotnego dzieciństwa, mieszkanie i telefon do „wujka”. Henryk, wspomniany wujek, Żyd, namiętny i czuły kochanek Jenny, damski bokser w stosunku do byłej żony i siostry, przechodzi metamorfozę. Po wielu latach postanawia odnaleźć tę, której nigdy nie zapomniał i której nie zdążył powiedzieć, żeby nie wyjeżdżała, bo ją kocha. Beata, mieszkająca z rodzicami i rodziną siostry, nie mająca swojego miejsca, bo wszystkie jej rzeczy wyniesiono do piwnicy, molestowana przez szwagra, traktowana jak przedmiot. Marek, żołnierz elitarnej jednostki wojskowej, walczący w Iraku, teraz zapomniany i ciągle od nowa przeżywający traumę śmierci podległych mu żołnierzy, podobno – tak wszyscy wokół mówią – na zawsze utracił sprawność seksualną. To główni bohaterowie „Schizy”. Jest jeszcze sąsiadka Henryka, dużo starsza pianistka, kobieta samotna i rozczarowana swoim małżeństwem. Jest jego siostra, próbująca ułożyć sobie życie i odcinająca się od przeszłości. Jest wspomnienie matki Jenny i matki Henryka, i pamięć zakładu fryzjerskiego, w którym banał sąsiaduje z wielkim sekretem, rzeczy ważne z plotkami, a świat kobiet zamyka się przed światem mężczyzn. Są tajemnice, które wychodzą na jaw po latach, będące efektem dawnych namiętności, porywów serca i ciała.

Grych, co ważne i nie tak częste w prozie kobiecej, nie sili się na obyczajową poprawność. Nie ocenia ludzkich wyborów, dzięki czemu przysłuchujemy się opowiadanym historiom i z empatią przyglądamy się zmianom, jakie zachodzą w bohaterach. Sportretowani w powieści ludzie nie są idealni, nie zawsze są dobrzy, często są okrutni i zadają innym cierpienie. Przykładem może być chociażby „kupienie” sobie żony przez ojca Henryka, znęcanie się nad kobietami przez niego samego czy beztroskie wychowywanie córki przez Jenny. Grych pokazuje, że ludzie się zmieniają, że czasami zaczynają żałować tego, co było, że po latach w niektórych przypadkach można odbudować nadwątlone urazami i nienawiścią więzi.

Marek pełni w powieści rolę kogoś, kto jednoczy grupę, pokazuje sposoby rozwiązania problemów, wspiera i pomaga, gdy trzeba – używając do tego siły fizycznej. Jest mieszaniną Anioła Stróża, rycerza i żołnierza, który nawet w cywilu pilnuje, by światu nie zaszkodził samoodnawiający się bałagan. W związku z tym nieustannie sprząta. Budzi pewność siebie i kobiecość w Beacie, pomaga Henrykowi odnaleźć Jenny, gdy Diana ma kłopoty, szybko neutralizuje i ustala źródło problemu. Zdaje się, że bez jego fastrygowania i zszywania świata, niewiele by się mogło wydarzyć.

Ciekawym wątkiem w powieści jest uczenie się przez bohaterów wszystkiego od początku. Odbywa się to w rytualny sposób przy pomocy innego języka. Diana musi przypomnieć sobie język angielski, żeby porozumieć się z Niemcem. Uczy się także swojego ciała, bo choć wcześniej miała liczne kontakty seksualne, to dopiero z nowym starszym przyjacielem przeżywa po raz pierwszy orgazm. Janka, wrażliwa dziewczynka, w dzieciństwie przezywana wariatką, w dorosłym życiu przyjmuje imię Jenny, a kiedy po latach, w Berlinie, odnajduje ją dawny kochanek, musi się uczyć mówienia od nowa. W katastrofalnym stanie fizycznym i psychicznym jest jak dziecko, któremu trzeba pokazywać świat od podstaw. Henryk, dawniej nazywany Henrym lub Heńkiem jebaką, chętnie wciela się w rolę nauczyciela. Brutalność, potem namiętność, zostają zastąpione delikatnością i wyrozumiałością – to również zupełnie nowy język. Zgwałcona Beata odkrywa i oswaja swoją seksualność przy Marku, a ten, ucząc dziewczynę języka ciała, także sam czerpie terapeutyczne korzyści ze związku. Szkoła życia powoduje wycofanie bohaterów, szkoła szaleństwa, ale przeżywanego razem, daje im możliwość powrotu do miejsc, relacji i emocji, z których wcześniej zrezygnowali bez walki.

W powieści Grych właściwie wszyscy mieli trudne dzieciństwo. To z pewnością dość schematyczne założenie, ale – trzeba autorce to przyznać – pokazane w różnorodnych odsłonach, dzięki czemu udaje się uniknąć powtarzalności. Interesującym zabiegiem jest zapętlenie losów bohaterów w taki sposób, iż na końcu okazuje się, że dość dużo ich łączy nie tylko „tu i teraz”, ale że ich losy splatały się również wcześniej. Autorka unika czarno-białych przedstawień postaci, dzięki czemu każdy z bohaterów ma swoje dobre chwile, ale ma też te wstydliwe, które wolałby zapomnieć. Tytułowa schiza jest tak naprawdę codziennością. Opisane postaci choć biorą leki, uczestniczą w zajęciach w szpitalu psychiatrycznym, to jednak niewiele się różnią od tych, którzy mienią się normalnymi. Wariactwo jest więc tutaj rodzajem innego życia, ucieczką przez formą i zwyczajnością, jest poddaniem się chwili i przekonaniem, że warto walczyć o siebie.
Paulina Grych: „Schiza”. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2008.